Gosia to moja przyjaciółka od czasów szkolnych, ale za jej mężem nie przepadam. Tolerujemy się, ale za sobą nie przepadamy.
Ostatnio wpadłam na weekend do ich domu na wsi, bo odkąd kupili gospodarstwo, to rzadko się widujemy. Odpoczywam sobie w salonie, gdy nagle na ścianie widzę ogromnego, obrzydliwego pająka, prawdziwe monstrum, więc w pierwszym odruchu umykam z pokoju. Wracam może po kwadransie, z oczami dookoła głowy, a Gosia siedzi w fotelu i spokojnie czyta książkę. Rozglądam się po ścianach i pytam: „A gdzie polazł ten ohydny dziad?”. A Gosia na to: „Nie wiem, chyba skręca coś w ogrodzie...”.
Ja rozumiem, że za jej mężem nie przepadam, no ale nie aż tak :D
Są to delikatne fakty i moja opinia, którą chcę się podzielić.
1. Miałam wtedy 11 lat. Spędzałam wakacje z rodzicami w Turcji. Podczas jednego spaceru oddaliłam się od rodziców. W sekundę wokół mnie zjawiło się kilku mężczyzn. Niby mili, przyjaźni, po angielsku rzucali jakieś komplementy. Zaniepokoiłam się jednak porządnie, gdy jeden z nich zaczął mnie przytulać, głaskać, klepać po pupie. Na szczęście wzrokiem znalazłam w tłumie tatę. Na nasze skargi usłyszeliśmy: "bo oni już tacy są, mają inną mentalność, proszę się z tego śmiać".
2. Rok później wakacje w Egipcie, 12 lat. Sklepik hotelowy. Mama była w przymierzalni, ja przeglądałam ciuchy. Zagadał do mnie sprzedawca, na oko 20-kilkuletni chłopak. Angielski już jako tako znałam. Najpierw zaoferował mi przymierzenie sukienki, później zaproponował zmianę muzyki na "romantyczną", a następnie zaczął komplementować moje kształty dotykając przy tym moich bioder i talii. Kiedy byłam bliska płaczu (a byłam zbyt mało domyślna, aby po prostu stamtąd uciec), wkroczyła mama.
3. Te same wakacje w Egipcie, wycieczka pod piramidy. Moich rodziców zastanawiał fakt, dlaczego ciągle łazi za naszą trójką podejrzany mężczyzna. Pilotka wycieczki wyjaśniła, że jest to nasz ochroniarz i jest to absolutnie normalna procedura - ochraniał mnie przed ewentualnym porwaniem lub napastowaniem.
4. W dniu wyjazdu do domu, te same wakacje w Egipcie. Zamiast udać się na śniadanie, wolałam dłużej pospać. Akurat odbywało się sprzątanie pokoi i tak też do mojego przyszedł facet z obsługi celem wymiany ręczników, pościeli itd. Zamiast "robić swoje", przysiadł na brzegu łóżka. Obudził mnie, będąc przy tym niezwykle sympatycznym i zaproponował, że pochwali się znajomością polskiego. Pokazał na moją głowę - "głowa", na mój nos - "nos" itd. Po "ręka" dotknął jednak mojej piersi (czy też będącego w fazie wzrostu rodzynka) i wtedy wyleciałam z łóżka jak z procy. Ten jednak zdążył jeszcze do mniej podejść, aby na dowód skruchy spróbować mnie pocałować. Doskonale wiedział, ile mam lat. Po tym incydencie zapłakana znalazłam rodziców, a ojciec urządził nie lada awanturę.
5. Trzy lata temu, studencki pub. Przysiada się grupka "erasmusów" z Turcji. Grzeczni i mili. Wypytuję jednego o relacje damsko-męskie w Turcji. Nie dziwi mnie opowieść, że mimo iż do randek podchodzi się liberalnie, to wybrankę serca chłopaka musi zaakceptować cała jego rodzina, a dziewczyna musi być gotowa na całkowite podporządkowanie. Nic nie budzi mojej kontrowersji, bo mówi o tym tak naturalnie i spokojne jakby dyktował przepis na rosół.
Nie mam traumy ani koszmarów, ale nauczyłam się, że świat jest niesamowicie różnorodny, a jedna "inność" nie zawsze zrozumie drugą "inność". Dlaczego więc poprawność polityczna nakazuje "innościom" egzystować koło siebie za wszelką cenę?
Uderzyłam łbem w kasownik biletów w autobusie. Przeprosiłam go.
Historia miała miejsce rok temu, kiedy pracowałam w branży turystycznej, powiedzmy muzeum. Przyjechał do nas gość, który potrafił porozumiewać się tylko w języku hiszpańskim. Podszedł do mnie i do mojej kierowniczki i nawija coś w swoim języku, a słowotok miał fascynujący. Nie wiedziałam jak uciąć jego monolog, a nie rozumiałam go w żadnym stopniu. Przypomniałam sobie urywek piosenki w jego języku, więc rzekłam „Tengo la camisa negra!”, na co Hiszpan odpowiedział „Si, si” i odszedł.
Kierowniczka chyba uznała mnie za poliglotkę, a ja do dziś nie wiem, co wtedy powiedziałam.
Mój współlokator kradł mi jedzenie i zużywał moje kosmetyki. Nie pomagało podpisywanie, zamykanie ani chowanie w pokoju – podbierał i używał po kryjomu i myślał, że ja o tym nie wiem. Prośby nie pomagały, więc wkurzony na maksa postanowiłem się na nim zemścić. No i dolewałem mu olej do płynu do mycia naczyń...
Niby nic, ale strasznie się cieszyłem, jak tamten wkurwiony nie mógł niczego domyć.
Zawsze unikałem bezdomnych, po prostu się ich bałem. Bałem się, że jak obok nich przejdę, to wtedy na mnie wyskoczą. Nigdy jakoś im nie pomagałem, nie dawałem na bułki, chociaż widziałem, że tego potrzebują. Do czasu.
Ostatnio było mi niedobrze. Wstałem rano z wielkim bólem brzucha, lecz jakoś powlekłem się do szkoły. Nie zdążyłem wtedy zjeść śniadania, a kanapek do szkoły zapomniałem spakować. Po całych 8 godzinach nauki, idąc przez ulicę, zemdlałem. Kiedy się obudziłem, stał nade mną bezdomny. Pytał się, czy wszystko jest okej, czy ma iść do budki telefonicznej i zadzwonić po pogotowie. Odpowiedziałem mu, że nie, bo tylko jestem głodny. Wtedy on wyciągnął bułkę z serem i dał mi. Oddał mi to, co było mu bardzo potrzebne.
Od tego czasu cały czas pomagam bezdomnym, bo są to naprawdę troskliwi ludzie :)
Kiedyś czytałam jedną z książek J. Chmielewskiej. Kto czytał, ten wie – trup ściele się gęsto, morderca, jak to bywa w lepszych kryminałach, nie do wykrycia do ostatniej strony. Kryminał ten pisany był w latach 90. W treści, w toku śledztwa, główny bohater odnajduje karteczkę z numerem telefonu.
W czasach, w których kryminał powstał, telefony nie były powszechne, zaś numer podany na karteczce ewidentnie pasował do numeru telefonu komórkowego. Tak więc, nie myśląc za dużo, wykręcam numer. A tutaj... sygnał! Szybko się rozłączam. Po pewnym czasie telefon oddzwania... Odrzucam. I piszę wiadomość, w której zawieram informacje, że morderca, że numer, że przepraszam.
Wiadomość zwrotna: „a ja się zastanawiałam, dlaczego mam tak dużo anonimowych telefonów bez odzewu...”.
Postanowiłam schudnąć. Naturalnie zaczęłam się zdrowiej odżywiać, ale coby efekty były szybsze, zdrowsze i lepsze, wybrałam się na siłownię. Na początku walczyłam o każdy oddech, motywowałam się w przeróżny sposób, żeby się nie poddać. Wizualizacje super fit sylwetki działały tylko na trochę. Schodziłam z bieżni upocona jak mysz i wcale nie byłam szczęśliwa po treningu. Przełom nastąpił wtedy, kiedy usłyszałam pewną wypowiedź największego Janusza w Polsce. No tak mnie to wkurzyło, że całe 50 minut na bieżni myślałam tylko o tym, że są na świecie tacy mężczyźni i co gorsza, mają grono swoich „wyznawców”. Wymyślałam najróżniejsze tortury dla takich delikwentów (wyrywanie pojedynczych wąsów pęsetką było najłagodniejsze). O kurczaki, jak to zbawiennie wpłynęło na moje bieganie!
Przed następną wizytą przeczytałam wiadomości polityczne i bach! Znalazł się nowy obiekt tortur. I tak codziennie znajdzie się powód, by odwiedzić siłownię. Co z jednej strony jest super, a z drugiej strony mnie jako osobę kochającą ten kraj naprawdę przeraża.
Zima idzie, a ja biegam, bo mnie politycy wku*wiają. Pewnie do wiosny zostaną ze mnie tylko kości.
Jestem młodym lekarzem, który rozpoczął niedawno pracę ze starszymi medykami. Ja i moi koledzy po studiach jesteśmy przerażeni, mimo że dorośli z nas faceci, jak niską opinię o pacjentach mają starsi lekarze. Dla nich pacjenci są nikim. Cieszą się z ich śmierci albo jej oczekują, nawet jeżeli pacjent nie cierpi. Idealny szpital dla starych lekarzy to szpital bez pacjentów.
Jest to zjawisko masowe, występujące w wielu szpitalach. Sami jako początkujący nic nie możemy zrobić w tej sprawie.
Pod koniec 1. roku studiów zaczęłam spotykać się z kolegą z roku. Ja mieszkałam w akademiku, ale zdarzało się, że zostawałam u chłopaka na noc. Mój akademik był na drugim końcu miasta i ciężko było tam o chwilę spokoju i prywatność.
Któregoś razu, przed porannymi zajęciami, musiałam wrócić do siebie. Żeby zdążyć, złapałam pierwszy autobus o niedorzecznej porze (coś przed 5 rano).
Jestem jedyną pasażerką. Po ulicach z rzadka snuja się pierwsi przechodnie, miasto jeszcze śpi. Na jakimś przystanku wsiada lekko niedoprany i niedopięty mężczyzna, około 50. Z niewielką torbą w ręku i naiwnym szaleństwem w wyblakłych oczach.
Jestem jedyną osobą w autobusie, a on siada obok mnie i z łagodnym uśmiechem intensywnie mi się przygląda. Torbę kładzie między nogami. Patrzę za okno równie skoncentrowana na przydrożnym rowie, co pasażer na mnie. W torbie jest coś żywego!! Ze wszystkich sił się szamocze i próbuje wydostać. Po odgłosach domyślam się, że to gołąb. Kiedy chcę spojrzeć w stronę torby, widzę, że twarz pana jest niepokojąco blisko mojej. Wracam do podziwiania widoków miejskich. Po trwającej całą wieczność chwili pan, nadal patrząc na mnie, włożył dłonie do torby... Rozległo się krótkie chrupnięcie i ruch wewnątrz ustał...
Nie zniknął natomiast ani uśmiech z jego twarzy, ani obłęd w spojrzeniu.
Na następnym przystanku uciekłam.
Dodaj anonimowe wyznanie