Postanowiłam schudnąć. Naturalnie zaczęłam się zdrowiej odżywiać, ale coby efekty były szybsze, zdrowsze i lepsze, wybrałam się na siłownię. Na początku walczyłam o każdy oddech, motywowałam się w przeróżny sposób, żeby się nie poddać. Wizualizacje super fit sylwetki działały tylko na trochę. Schodziłam z bieżni upocona jak mysz i wcale nie byłam szczęśliwa po treningu. Przełom nastąpił wtedy, kiedy usłyszałam pewną wypowiedź największego Janusza w Polsce. No tak mnie to wkurzyło, że całe 50 minut na bieżni myślałam tylko o tym, że są na świecie tacy mężczyźni i co gorsza, mają grono swoich „wyznawców”. Wymyślałam najróżniejsze tortury dla takich delikwentów (wyrywanie pojedynczych wąsów pęsetką było najłagodniejsze). O kurczaki, jak to zbawiennie wpłynęło na moje bieganie!
Przed następną wizytą przeczytałam wiadomości polityczne i bach! Znalazł się nowy obiekt tortur. I tak codziennie znajdzie się powód, by odwiedzić siłownię. Co z jednej strony jest super, a z drugiej strony mnie jako osobę kochającą ten kraj naprawdę przeraża.
Zima idzie, a ja biegam, bo mnie politycy wku*wiają. Pewnie do wiosny zostaną ze mnie tylko kości.
Dodaj anonimowe wyznanie
Plus jest taki, że albo szybciej zdołasz im uciec, albo jak przyjdzie co do czego, dokopiesz im jak na to zasługują.
Polecam podczas biegania słuchać ulubionej muzyki, bądź ciekawych podcastów z internetu.
Też chodzę na siłownię i w/w rzeczy pozwalają mi zabić monotonię orbitreka ;-) Choć i Twoje sposoby z "torturowaniem" wydaja się o tyle ciekawe, że jak kiedyś zapomnę słuchawek bądź bateria telefonu okaże się wyczerpana, to tego spróbuje ;-)
Super, że się nie poddałaś! Może z czasem zmienisz zabijacz czasu, póki co biegaj :D