Paulina była moją dziewczyną od 6 lat - od 4 mieszkaliśmy w Stanach. Byliśmy zapracowani, ale szczęśliwi. Bez względu na wszystko poświęcaliśmy sobie codziennie czas. Układało nam się finansowo bardzo dobrze, ale bardzo rzadko zdarzało się, byśmy mieli dłuższy okres wolnego - nie było to takie złe, każde z nas pracowało z wielką pasją.
Wysyłaliśmy często zaproszenia dla rodziny Pauli (ja jestem z domu dziecka, nie mam żadnych krewnych) z propozycją, że zapłacimy za przelot. "Teściowie" jednak a to nie mieli czasu, a to krowa była w ciąży, a to święta były blisko (2 miesiące!) i za dużo przygotowań. Jakoś to przebolałem, ale wiedziałem, że Paulinie było przykro. Chciała nie tylko ich zobaczyć, ale również pokazać jak mieszkamy, jak wygląda teraz nasze życie. Sama nie bardzo mogła latać samolotem - dostawała wtedy duszności i (przyznam szczerze) było to na tyle poważne, że nie zgadzałem się na jej podróż.
Cztery miesiące temu wzięliśmy ślub. W USA. Jej rodzina nie przyjechała. Przeboleliśmy to - w końcu i tak dużo ważnych dla nas osób towarzyszyło temu. Trzy "miodowe" dni spędziliśmy w łóżku oglądając filmy, ale w końcu się wyłamaliśmy z tej bezproduktywności z ulgą: w końcu już od kilku lat żyliśmy jak małżeństwo. To był tylko papierek.
Jakiś czas po naszych zaślubinach, Paulina odebrała wyniki badań od lekarza. Okazało się, że trzeba zrobić jeszcze kilka innych. Dość szybko dowiedzieliśmy się, że ma raka płuc. Drobnokomórkowego, 5 lat przeżywa około 1% chorych. Czy może być bardziej jak w jakimś melodramacie czy innym tanim filmie? Może.
Gdy już trochę okrzepliśmy z tymi "nowinami" zostawiłem ją. Na dwa dni. To była szybka decyzja - telefon do kumpla z liceum, aby wszystko załatwił (bilety, dokumenty, informacje). Jazda na lotnisko, lot do Polski z przesiadką, podróż do Krakowa. Wziąłem ukochanego psa, którego Paula musiała zostawić w Polsce i wróciłem z nim. A teściowie? Prosili, bym o nią dbał. Tyle.
Nie będę wam opowiadał o terapii jaką przeszła moja żona, to zbędne. Ale wiedzieliśmy, że nie ma zbyt wielu szans. Staraliśmy się jak mogliśmy, by spędzić ten czasem razem: ja, Paula i pies Bruno. Pracę rzuciłem, pieniądze nie były problemem.
W końcu nastąpiła ostatnia faza - trafiła do szpitala. Chciałem, aby umarła. Wiecie czemu? Dlatego, że ją kochałem. Jeśli wiecie jak wygląda śmierć przy raku płuc, to pewnie rozumiecie.
I stało się.
Płakałem. Chyba bardziej ze szczęścia niż smutku. Brakowało mi jej. Cholernie. Ale wolałem, by nie żyła, niż wyła w nocy z bólu, dusiła się i dławiła krwią.
Ale to wyznanie nie ma być ani o mnie, ani o moim bólu w związku ze stratą Pauli. Ma mieć pozytywne zakończenie. "Teściowie" w końcu zobaczyli moją Paulinkę po raz pierwszy, po sześciu latach rozłąki. W trumnie :)
Od jakiegoś czasu śledzę swoją koleżankę w drodze do pracy.
Otóż okazało się, że do pracy jadę tym samym autobusem co moja koleżanka. Pech chciał, że zmienili mi rozkład jazdy i zamiast jechać wcześniej, muszę jechać o tej samej godzinie co ona. Gdzie problem?
Nienawidzę z kimś znajomym jeździć komunikacją miejską! Gadki-szmatki o niczym mnie okropnie męczą, a do tego mam problem ze słuchem i w większości przypadków połowy tego co ktoś mówi nie słyszę przy warkocie autobusu.
Tak więc już dłuższy czas unikam koleżanki jak ognia, żeby się nie wydało. Czekam na przystanku końcowym, aż przejdzie kawałek drogi i dopiero ruszam za nią i tak idę, zatrzymując się przy każdym zakręcie i czekając, aż dotrze pierwsza do pracy.
Czuję się z tym okropnie, ale chyba jeszcze gorzej by było, jakbym musiała dzień w dzień zmuszać się do rozmowy o 5 rano, kiedy jedyne o czym marzę to wrócić do łóżka.
Ot, mój mały sekret.
Rzecz działa się paręnaście lat temu, miałam może 7-8 lat. Jak to bywało u mnie na wsi, dzieci bawiły się całe dnie niedaleko domu, a później wracały nad wieczór całe umorusane i wykończone zabawą, wszyscy wszystkich znali i nie było problemu. Tak było i tym razem, z koleżankami bawiłyśmy się na odległej piaskownicy jakoś 2 km od domu, piaskownica ta znajdowała się obok drogi, którą od czasu do czasu ktoś przejeżdżał, a jak tylko słyszeliśmy samochód, uciekaliśmy do pobliskiego lasku (ot, taka zabawa). Często tam przychodziliśmy pogrzebać się w piasku. Zdarzenie to pamiętam doskonale.
Było już około godziny 17 może 16, wszystkie dzieci już poszły do domów i zostałam tylko ja z moją młodszą o rok siostrą. Stwierdziliśmy, że chyba już najlepsza pora udać się do domu, bo na pewno mama się martwi.
Gdy byłyśmy jakoś może 200 metrów od miejsca zabaw, pojawił się pan, dziadek, około 50 lat, siwy, dogonił nas i zapytał czy pomożemy mu 'pchać samochód', ponieważ razem ze swoją żoną utknęli w lasku i nie mogą wyjechać. Od razu przyszło mi na myśl, że przecież może iść do sąsiada, bo co my mu takie dwie dziewczynki pomożemy? Jednak on przekreślił ten pomysł, i zaproponował cukiereczki w ramach pomocy.
Momentalnie przypomniało mi się, gdy w szkole nauczyciele ostrzegali przed tajemniczymi panami częstującymi słodkościami, dlatego też odmówiłyśmy, po czym naprawdę szybko zaczęłyśmy po prostu uciekać do domu.
Do dziś jestem w szoku, mieszkałam w naprawdę małej wiosce, pana już więcej nie widziałam, ale jestem z siebie dumna, bo chwila zawahania i mogłoby dojść do tragedii.
Moi rodzice rozwiedli się, gdy byłam bardzo mała. Mama zawsze mówiła mi, że rozwiedli się przez to, że zbyt od siebie się różnili i że ojciec pierwszy przestał kochać mamę. Nie winię ich za rozwód, teraz myślę, że to nawet lepiej, bo jakbym miała żyć w domu z mamą i ojcem, to chyba bym oszalała lub uciekła. W wieku chyba 5 lat zaczęłam jeździć do ojca co drugi weekend i zostawać tam aż do niedzieli. Pamiętam, iż strasznie mi się tam nudziło i czułam się samotna. Ojciec wtedy kupował mi zabawki: jakieś klocki, lalki, gadającego psa. Parę lat później poznałam znajomych, kolegów i koleżanki, którzy mieszkali niedaleko i spotykaliśmy się. Jednak gdy osiągnęłam wiek nastoletni, moje relacje z ojcem się zmieniły.
Teraz też jeżdżę do niego co drugi weekend. Mój ojciec lubi jeździć w góry i lubi rower. Ja na początku też to robiłam, lecz potem odkryłam, że mnie to nie interesuje i robiłam to z przymusu, by zadowolić ojca. Dopiero teraz się zorientowałam, że robiłam źle. Teraz mam dużo nauki i jestem już nastolatką, a co się z tym wiąże: menstruacja, którą przechodzę źle. Każdego dnia podczas tych dni czuję duży dyskomfort, a o moich bólach brzucha już nie wspomnę (w skrócie: umieram). Próbowałam wytłumaczyć ojcu, iż kiedy mam okres, nie pójdę z nim w góry za żadne skarby świata, a on dalej swoje. Na zeszłoroczne święta dostałam buty górskie, pomimo tego, że ojciec wie, iż bardziej interesuję się mangą, prawie się popłakałam. Jeżdżę do niego z przymusu, by nie zrobić mu przykrości. Mam w cholerę dużo nauki i zadań domowych i przeważnie wszystko odrabiam w weekendy, bo jak przychodzę do domu, to robię zadanie, które mam na kolejny dzień i jestem po prostu tak zmęczona, że przeglądam coś w telefonie, bo już nie mogę myśleć i idę spać. Wsiadając do auta ojca słyszę jednak: „Kiedy jedziemy w góry?”. Chciałabym odpowiedzieć, że nigdy i że nienawidzę jechać z nim w góry, ale nie mam odwagi. Oprócz tego ojciec bagatelizuje moje problemy. Gdy powiedziałam mu, że nie chcę żyć, odpowiedział, iż hormony mi buzują i każdy ma gorszy dzień. Z drugiej strony potrafi zasypywać mnie wiadomościami o fałszywej, przesłodzonej wręcz treści: „Jak się czuję moja kochana córeczka?”. Gdy powiem mu, że źle, udaje troskę. Rok temu poprosiłam, by kupił mi coś przez internet – czekam rok i nic. Nie to jest najważniejsze teraz, ja już mam po prostu dosyć, a z czasem będzie tylko gorzej. Moja mama musiała go błagać (i to dosłownie), by odwiózł mnie wcześniej do domu. Ojciec nie rozumie słowa NIE, jest egoistą. Moja mama musi go błagać o podwyższenie alimentów (każda taka prośba o podwyższenie musi być w sądzie, bo inaczej ojciec się nie zgodzi), bo ojciec jest bogaty, a mama nie, i brakuje trochę tych pieniędzy. Kupuje mi rzeczy, których nie chcę, zamiast po prostu mnie zrozumieć. Mam już tego dość.
Gdy chodziłam do przedszkola, a dokładnie do sześciolatków, upatrzylam sobie najmniejszego i najmłodszego chłopca w całym przedszkolu. Godzinami myślałam jak go porwać do domu - tak, aby rodzice się nie zorientowali - i torturować w piwnicy.
Jestem ze swoim chłopakiem już prawie 5 lat. Niedawno zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca do wynajęcia lub kupna, zależnie od tego, co możemy znaleźć w naszym mieście. Z racji tego, bardzo dużo czasu spędzamy na rozmowach, zwłaszcza o tym co myślimy itd. Dwa dni temu powiedział mi, że musi mi się do czegoś przyznać. Od kiedy był nastolatkiem, ma problem z oglądaniem treści dla dorosłych. Nie zrozumcie mnie źle, mi to za bardzo nie przeszkadza, sama czasami oglądam takie strony, nie mieszkamy razem, tak że rozumiem, że ma swoje potrzeby. Ale przyznał się, że zamiast używać tych typowych stron, on płacił za materiały na OnlyFans.
Spytałam się kiedy, i on powiedział, że ostatnio w zeszłym miesiącu. Przez około 3 lata on ma dostęp do nagrań ze mną i często mówił mi, że są lepsze niż te strony, że to jest takie super, to pozwalałam mu je robić, chociaż nie byłam stuprocentowo tego pewna.
Pytałam się go, czemu on za to płaci, a on mówi, że nie wie. Że jak je poogląda, to jest potem sobą obrzydzony. Że nie rozumie, czemu wraca. Nie pamiętam jak dokładnie to powiedział, ale kontekst był taki, że on nad tym nie panował. Powiedział, że to nie ma związku ze mną.
Nie, nie byłam na niego zła. Wysłuchałam go, ale było mi strasznie przykro i nie mogłam tego ukryć. On obiecał, że już nigdy tego nie zrobi, że pokaże mi te treści, jeśli chcę zobaczyć. I ufam mu, kocham go. Ale boję się, że on nie przestanie. Trzęsę się, pisząc to wyznanie. Bo czuję się trochę jak hipokrytka, ale też czuję się okropnie. Jest mi niedobrze, nie wiem czemu. Nie wiem co zrobić. Powiedziałam mu, że mi to przeszkadza, on rozumie i nie chce kontynuować tego.
I nie wiem co robić. Nie rozumiem, czego tak reaguję. Nie jestem zazwyczaj zazdrosna, i nie wydaje mi się, że to jest zazdrość. Czy macie jakiekolwiek porady?
Pewnej nocy wprost zwijałam się z powodu niezaspokojonego pragnienia doznań seksualnych, a mój luby był dość daleko. Sytuacja ta miała miejsce wiele razy w przeszłości, a cóż, palce przestały mi wystarczać. Podjęłam pierwszą poważną decyzję mojego dorosłego życia: zakup dildo.
Kilka dni później wrócił ze mną do domu pewien szklany dżentelmen. Jako, że lubię nadawać imiona różnym przedmiotom, stał się Kapitanem Jędrzejem. Urządziłam mu miłe gniazdko między piżamami w szafie.
Nie spodziewałam się, że mama będzie tam czegoś szukać (uczę się w liceum, więc mieszkam z rodzicami). Wyjęła mojego zgrabnego przyjaciela i z właściwą dozą zaskoczenia zapytała, cóż to jest. Byłam czymś mocno zajęta, więc tylko zerknęłam i z najwyższą obojętnością przedstawiłam Jędrusia po imieniu.
Zabrzmiało niezwykle dumnie.
Jakby tego było mało, gdy mama otrząsnęła się z szoku, podarowała mi futerał od okularów, cobym mogła go sobie tam schować, żeby się tak nie prezentował po przerzuceniu kilku piżam. Miło z jej strony. Odebrałam od niej nowy statek Kapitana, obejrzałam dokładnie i powiedziałam: "Nie wiem, czy się zmieści".
To ją dobiło. Powiedziała, że to już zdecydowanie za wiele i już nigdy nie zajrzy do mojej szafy. XD
Mój ojciec jest niewierzący i mówi, że Bóg to bzdury i gusła, mama i ojczym nie chodzą do kościoła, jednak wierzą w Boga. A ja nie wiem już, czy wierzę czy nie...
Szykuję się aktualnie do bierzmowania i w wymaganiach na przystąpienie do bierzmowania jest, że muszę co niedzielę chodzić do kościoła, a oprócz tego brać udział w roratach, adwencie, poście i tak dalej. Wszystko świetnie, tylko jest jeden problem: mój ojciec jest niewierzący, jak już wcześniej mówiłem. Raz na dwa tygodnie jadę do niego na weekend i on mieszka na drugim końcu miasta. Co niedzielę muszę chodzić do kościoła, co jest niewykonalne. Znam mojego ojca na tyle, iż nie będzie on mnie wiózł do żadnego kościoła, tym bardziej kościoła na drugim końcu miasta (tego, w którym będę miał bierzmowanie).
Jeżeli ktoś zamierza teraz w komentarzu napisać: „Ale to twoja wiara, a nie twojego ojca” – owszem, to moja wiara, lecz jak już wcześniej wspomniałem, sam mam kłopot z określeniem, czy jestem wierzący, a poza tym mój ojciec to mój rodzic i to on (jak sam mówi) decyduje, jak spędzamy wspólny czas. Przekonanie go jest niewykonalne, ojciec miał problem z tym, żeby odwieźć mnie dwie godziny wcześniej do domu... Moja matka doskonale znając mojego ojca i moją sytuację (sama kiedyś była w podobnej i też z moim ojcem, bo on jest uparty jak osioł albo nawet bardziej) napisała wiadomość do tego księdza, w którym wyjaśniła moją sytuację. Poprosiła, by ksiądz się nade mną zlitował, bo jednak ja nie mam na to wpływu (aż tak dużego) – to moi rodzice i oni decydują, a charakteru ojca nie da się tak o zmienić.
Miałem niedawno religię z tym księdzem i wydawało mi się, że patrzy na mnie z takim współczuciem w oczach, a ja po prostu się uśmiechnąłem do niego. Szkoda tylko, iż do bierzmowania przygotowuje mnie i resztę kandydatów inny ksiądz, który nie zna mojej sytuacji i prawdopodobnie nie dopuści mnie do bierzmowania.
Mając 16 lat skłamałam mojej babci, że jadę na parę dni do kuzynki. Tak naprawdę wylądowałyśmy ze znajomymi w Niemczech na koncercie Rammsteina.
Do tej pory nie wiem jak to przeszło...
Ksiądz, który uczy moją koleżankę, kazał wybierać jej między urodzinami babci a pójściem do kościoła.
Jakiś tydzień temu, może trochę dłużej, zadzwoniła do mnie moja koleżanka. Streściła mi sytuację, która wydarzyła się na lekcji religii w jej szkole. Moja koleżanka przygotowuje się do bierzmowania i na pierwszej lekcji religii ksiądz wyjaśniał, co to bierzmowanie i mówił o sprawach organizacyjnych dotyczących przygotowania do tego sakramentu. Omawiając sprawy organizacyjne, ksiądz wspomniał o spotkaniach w kościele – miały odbywać się raz w miesiącu i pierwsze miało być 2 października, z tego, co powiedziała mi ta koleżanka. 2 października akurat wypadły 75 urodziny przyszywanej babci tej koleżanki i wiadomo, już wcześniej została zaplanowana impreza i zaproszeni goście. Koleżanka wyboru nie miała, jechała jej mama i ojczym, więc ona też musiała. A poza tym ona chciała pojechać na te urodziny, bo ta babcia pomimo tego, że była jej przyszywaną babcią, zawsze traktowała ją jak swoją prawdziwą wnuczkę. Koleżanka grzecznie i kulturalnie zapytała księdza o to, co jak komuś wypadło coś ważnego (urodziny babci) i nie może być na spotkaniu, czy da się to spotkanie jakoś odrobić? Ksiądz popatrzył na nią i odpowiedział: „A do dla ciebie jest ważniejsze: Bóg czy babcia, która da 100 zł do portfela?”.
Jak mi o tym opowiadała, to się śmiała z całej sytuacji, ale gdybym ja była wtedy na jej miejscu, to chyba bym się popłakała.
Dodaj anonimowe wyznanie