Sytuacja miała miejsce wczoraj w jednym z większych polskich miast. Tuż po pracy poszedłem do spożywczego po coś do jedzenia. Jako że mi się trochę spieszyło, nie zmieniałem stroju, w którym pracowałem, co będzie najważniejsze w tej sprawie.
Przy stoisku z nabiałem podeszła do mnie urocza, na oko dwudziestokilkuletnia niewiasta. Zaczęła rozmowę, mówiąc, że pierwszy raz podchodzi do nieznajomego i bardzo się wstydzi, ale musiała to zrobić, bo jestem „nieziemsko przystojny”, a fakt, że posiadam ów uniform „nakręca” ją jeszcze bardziej. Całą pochlebną mi wiązankę skwitowała prostym zapytaniem o numer telefonu i spotkanie.
Było mi naprawdę miło. Tylko że ten uniform to sutanna, a ja wracałem z popołudniowej mszy.
Dla ciekawskich: nie, nie spotkałem się z nią; grzecznie zaprosiłem natomiast na Drogę Krzyżową, ale chyba zrezygnowała, bo jej nie widziałem. No cóż :D
Pracuję z dziećmi w różnym wieku.
Raz dziecko przedszkolne wyjątkowo się zmartwiło z powodu popełnionego przez siebie błędu. Powiedziałam, jak zwykle, że każdy robi błędy lub ma braki w wiedzy, także dorośli. To zupełnie normalne. I nawet jak już będzie bardzo stare, to dalej będzie się czasem myliło. Przedszkolak rozpogodził się i spostrzegł radośnie: „Pani też!”.
Kwestia nieperfekcyjności jest dla mnie bardzo trudna i usłyszenie takich słów z ust rozpromienionego i pełnego akceptacji dla mnie dziecka było dla mnie wyjątkowo cenne. Chciałabym usłyszeć podobne przesłanie z podobnym przekonaniem i podobnie bezbrzeżną akceptacją od kogoś dorosłego, a chyba zawsze wyczuwam w takich słowach jakiś odcień oceny.
Pracuję nad moim odbiorem słów i rzeczywistości, oczywiście.
Chciałam to napisać jako komentarz do wyznania o ośmiolatku, który znał ciekawostkę biologiczną, jakiej nie znała jego siostra z biol-chemu, ale pomyślałam, że przestrzeń tutaj może być bardziej odpowiednia.
Za dzieciaka rodzice często wysyłali mnie po wodę źródlaną, czego bardzo nie lubiłem. No to szedłem sobie z baniaczkiem do kolegi, napełniałem go wodą z kranu, trochę pograłem na konsoli i wracałem do domu. Rodzice siedzieli później przy stole i cmokali z zadowoleniem „jaka ta herbatka wspaniała na tej wodzie źródlanej”.
Sytuacja sprzed miesiąca.
Przyszły do mnie sąsiadki z bloku z pretensjami, że słucham w mieszkaniu muzyki (nie że jakoś głośno, tylko że w ogóle), bo one są w ciąży i wymagają ciszy nocnej zarówno w nocy, jak i w dzień.
He, he, he... Zabawne, że jak kilka razy w czasie ciszy nocnej zdarzyło się, że mój były mnie maltretował, a ja krzyczałam „Ratunku! Pomocy!”, to nikt nie słyszał.
Głupio mi się przyznać, ale pierwszy raz się zakochałam i to jest prawdziwa katorga. Od prawie 2 miesięcy mogę myśleć tylko o nim. Moja desperacja i brak dostawania miłości jak byłam dzieckiem posunęły mnie do stalkowania mojego lubego i nawet zabawy w witchcraft, aby on mnie zauważył i abyśmy chociaż raz porozmawiali. Popadam w ekstremalne stany depresyjne, gdy zbyt długo nie mam z nim kontaktu i dostaję euforii, gdy do niego dochodzi. Chciałabym wyjść z tego i kochać jak normalna osoba, lecz z każdym dniem jest tylko gorzej i już nie mam pomysłu co robić.
Gdy mieliśmy z kolegami po 12-13 lat, parę kroków od naszych bloków stały garaże, takie wiecie, stare, opuszczone blaszaki, po których biegaliśmy, skakaliśmy, chowaliśmy się w nich, gdy były pootwierane, no po prostu miejsce zabaw idealne dla dzieciaków. Nagle większość garaży zniknęła, teren został ogrodzony siatką, nasz teren! Pora wdrożyć plan zemsty i odbicia terenu. Kolega wytrzasnął nożyce do drutu, wycięliśmy w siatce dziurę, by dostać się na okupowany teren. Blok rósł w oczach. Początkowo prowadziliśmy tylko rekonesans, aż do momentu, gdy blok urósł do wysokości około trzech pięter, na dolnych poziomach pojawiały się okna. Terenu pilnowało wówczas dwóch ochroniarzy. Członkowie mojej ekipy byli ogromnymi fanami gry Splinter Cell – działanie w ukryciu, tak w skrócie, toteż tak samo w ukryciu przejmowaliśmy bazę. Wspinanie po rusztowaniach, przekradanie się pod gzymsami, chowanie się pod plandekami lub zanurzanie się w hałdach żwiru, gdy strażnik szedł na obchód. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie byli świadomi naszej obecności tam, nigdy nas nie gonili.
Co robiliśmy, by przejąć teren? Wynosiliśmy wyposażenie – młotki, piły, dłuta, nożyce, kaski, pistolety do kleju, kombinerki. Po kilku dniach szabru naznosiliśmy do jednego z ostatnich garaży blaszaków dumnie nazwanego „Trzeci Eszelon” całą górę wyposażenia budowlanego. Nie było to w celach sprzedażowych, a tak po prostu, by naznosić – przejąć wyposażenie okupanta. Dodatkowo zrobiliśmy sobie kwaterę polową w jednym z pomieszczeń na samej górze bloku, skąd było widać cały plac budowy łącznie z trasami patrolujących ochroniarzy. Ochroniarzy nazwaliśmy Alpha i Bravo. Wszystko rzecz jasna robiliśmy po godzinach pracy budowlańców, wiadomo, lekcje w 1 gimnazjum, odrobić przyrę, obiad i dopiero był czas na misję.
Kiedy nasz proceder się skończył? Gdy dumnie wędrowaliśmy do kwatery Trzeciego Eszelonu na kolejną odprawę, a tam stały dwa radiowozy, kilku policjantów robiących zdjęcia garażu, wyciętej dziury w płocie. Jako grzeczne dzieci spytaliśmy panów policjantów, co tu robią. Dzieciom nie odmówili, powiedzieli, że chyba jakaś zorganizowana grupa okradała budowę, na innej budowie niedaleko dzieją się podobne rzeczy. Lepiej, żebyśmy się nie kręcili tutaj, to miejsce przestępstwa.
Zbrodnia doskonała, sprawcy na miejscu zrzucają podejrzenia na innych. Misja częściowo udana, agenci Trzeciego Eszelonu nie zostali wykryci. Niestety siatka szybko została zastąpiona blachą, a gdy się kręciliśmy w okolicy głównego wejścia, to widzieliśmy, że ochroniarze dostali jakiegoś dużego Burka do pomocy. Teren ostatecznie trafił w ręce okupanta. Ale cegiełka jakaś jest „nasza” – jeden z członków ekipy kupił w tym bloku mieszkanie ;)
Dzisiaj mój chłopak przeszedł samego siebie. Przyszedł do mnie rano po upojnej sobotniej imprezie i stwierdził, że ma bardzo suche usta, jako wzorowa kobieta oczywiście musiałam mu pomóc. Kazałam mu iść do kuchni (mam blat pomiędzy pokojem i kuchnią, gdzie zazwyczaj rano się maluję) i wysmarować „jajeczkiem” (chodziło mi o słynną pomadkę do ust eos).
Możecie sobie tylko wyobrazić moja minę, jak zobaczyłam, że mój mężczyzna smaruje sobie usta kurzym jajem i krzyczy na cały dom, że to naprawdę pomaga :D
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale do tej pory nie mogę zrozumieć jakim cudem do tego doszło. Na wstępie chciałabym powiedzieć, że byłam studentką i miałam studenckie konto bankowe w jednym z popularnych banków.
Piękny, słoneczny wakacyjny dzień. Ja od samego rana nadrabiam zaległości prasowania i oglądania ulubionego serialu. Tę cudowną sielankę przerywa dzwonek telefonu, więc stopuję film, odstawiam żelazko i odbieram telefon – numer nieznany. Po drugiej stronie słuchawki bardzo miła pani rozpoczyna rozmowę od szybkiego przedstawienia się w taki sposób, że nawet nie da się zapamiętać jej imienia oraz określenia z jakiej firmy dzwoni – oczywiście bank, kolejny telefon z jakąś ofertą, której i tak nie przyjmę, no ale w zwyczaju mam wysłuchanie oferty do końca i dopiero wtedy szybkie „nie, dziękuję, ale nie jestem zainteresowana”. Potwierdzam, że zgadzam się na nagrywanie i pani zaczyna swój monolog, który brzmiał mniej więcej tak:
„Przygotowaliśmy dla pani specjalną ofertę dotyczącą ubezpieczenia na życie. W naszym banku posiada pani konto studenckie, czyli wnioskujemy, że jest pani młodą studiującą osobą, a jak to wiadomo, w czasie studiów zdarzają się różne wypadki, czasem podczas praktyk, a czasem podczas studenckich imprez. Prawdopodobnie słyszała pani na temat wypadku podczas ostatnich otrzęsin na jednej z uczelni w Bydgoszczy, gdzie zginęła studentka... Dlatego przygotowaliśmy taką ofertę dla pani, bo nigdy nie wiadomo, czy panią nie spotka coś podobnego”. W tym momencie zamarłam, w takim szoku nie byłam jeszcze chyba nigdy. Zabrakło mi słów, a nie wiedząc co zrobić, po prostu się rozłączyłam. Kobieta ta próbowała dodzwonić się do mnie jeszcze raz – nie byłam w stanie odebrać.
Od tamtej sytuacji minęło już sporo czasu, ale do tej pory nie rozumiem, jak można zniżyć się do takiego poziomu i wykorzystać taką tragedię w celach marketingowych.
Będzie szczerze i bez upiększania.
Będąc na studiach, ledwie wiązałem koniec z końcem. I to niestety nie przez imprezy, alkohol itp., a przez zwykłą biedę. Po opłaceniu mieszkania i abonamentu na telefon na cały miesiąc zostawało mi 100-150 zł. Oczywiście nie da się za tyle przeżyć w mieście, więc od poniedziałku do piątku uczelnia, a w weekend praca.
Moje znoszone do granic przyzwoitości buty były już dziurawe. W pewien weekend nie miałem żadnej fuchy, więc stwierdziłem, że pójdę na basen uczelni, który miałem za darmo, a gdzie chodziłem tylko brać prysznic, żeby zaoszczędzić na rachunku za wodę. Będąc w szatni, zobaczyłem na podłodze praktycznie nowe buty Nike, praktycznie takie same jak moje. Ukradłem je. Po prostu założyłem i zostawiłem swoje w ich miejsce. Chodziłem w nich do końca studiów, często myśląc o tym, czy tamten chłopak miał choć trochę lepiej i utrata używanych butów nie była dla niego wielkim ciosem. Czy żałuję? Trochę tak, to jednak kradzież, a z drugiej strony wiem, że kupno butów w tamtym życiu było abstrakcją.
Mam wspaniałą żonę, dwie śliczne córeczki, psa, sarnę :) (znalazłem potrąconą na poboczu, z połamanymi nogami, po wyleczeniu nie mogła już wrócić do lasu), dom z dużym ogrodem. Stać mnie na egzotyczne wakacje i wyszukane rozrywki. Krótko mówiąc, jestem szczęściarzem. Jest jednak na tym szczęściu głęboka rysa.
Na studiach, przez dwa lata chodziłem z, powiedzmy, Hanią. Niestety, Hania musiała wyjechać do Kanady. Początkowo na trzy miesiące. Trzy miesiące przedłużyły się do pół roku. Czekałem, dzwoniłem, pisałem. Po roku już wiedziałem, że zostaje na stałe. Cóż, takie życie. Trzeba iść naprzód i nie oglądać się za siebie. Ale bolesny cierń cały czas tkwił w moim sercu.
Spotkałem Hanię w Polsce jeszcze przed pandemią. Przyleciała na jakiś kongres. Poszliśmy na kawę, pogadaliśmy, powspominaliśmy. Pokazaliśmy sobie zdjęcia dzieciaków. Zaproponowała, żebyśmy wymienili się telefonami. Zapytałem „ale po co, Haneczko?”.
Od tamtej pory śni mi się co jakiś czas w ten sam sposób, zwłaszcza wtedy, gdy coś idzie nie tak w pracy albo w domu. Odwraca się przed przejściem przez bramki na Okęciu, patrzy na mnie z takim smutkiem w oczach i mówi: „zadzwonię”, ale nie dzwoni. Ja potem też nie dzwonię. Budzę się z głębokim, dojmującym poczuciem straty. Żalem, że bezpowrotnie ją straciłem.
Dodaj anonimowe wyznanie