Ja p******ę... Poczujcie ludzie ten cringe, kiedy piszecie do partnera z propozycją wspólnego mieszkania, żeby zastanowił się nad wynajęciem czegoś, pomyślał, czy w ogóle chciałby coś takiego. Jesteśmy razem około dwa lata, więc uznałam, że pomyśleć o wynajęciu czegoś nie zaszkodzi, bo obydwoje mieszkamy ze swoimi rodzicami i nie ukrywam, że dla nas obydwojga byłoby łatwiej mieszkać w mieście, bo tam mamy pracę i studia na weekendy, a poza tym z dojazdami do siebie też mamy problem, bo mieszkamy poza miastem po dwóch różnych jego stronach. Sprawa do przemyślenia, do pogadania i w ogóle.
Po kilku dniach spotykam się z nim, a on mi ni z gruchy, ni z pietruchy oznajmił, że oglądał mieszkania z mamą, bo jego znajomy do akademika się zapisuje, więc on też myślał o przeprowadzce do miasta.
Dwójka dobrych znajomych: ja i on.
Młodzi, gniewni, niewyżyci. To ostatnie dotyczy szczególnie jego. Energię zużywa na siłowni, jest na co patrzeć.
Jak to bywa, po pewnym okresie znajomości, sympatię okazujemy sobie niewinnymi aktami przemocy. Dźganiem w żebra lub torturami łaskotek. Jednak ostatnio z niemałą satysfakcją obserwuję u niego coraz bardziej sadystyczne zachowania.
Uwielbiam to uczucie, kiedy jego silne dłonie zaciskają się powoli na mojej szyi.
Wiem, że jemu się to podoba, on też czegoś się domyśla. Żadne z nas nie przyzna się do swoich chorych upodobań.
Nie będzie żadnego sado-maso, przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Od kilku miesięcy moje współlokatorki śmieją się ze mnie, że mam wielki tyłek. Niby to tylko niewinne żarcik, lekkie docinki między normalnymi wypowiedziami, ale dające się odczuć. Największym przegięciem było zrobienie sobie zdjęcia z moimi majtkami, kiedy oczywiście nie było mnie w mieszkaniu, bo jedna z nich „dziwiła się kto ma taką wielką dupę”. Zanim z nimi zamieszkałam, nie miałam nic do mojego tyłka, teraz zaczynam wstydzić się chodzić w ciasnych ubraniach.
Noszę rozmiar 36.
Tak właśnie powstają kompleksy.
Dziś na własnej skórze przekonałem się, jak podli są zazdrośni ludzie.
Od pewnego czasu poruszam się na wózku. W szczegóły nie ma co wnikać, ale istotne jest, że w związku z tym otrzymałem dość pokaźne odszkodowanie. Postanowiłem sprzedać swoje mieszkanie i dokładając pieniądze z odszkodowania, kupić coś przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych. Znalazłem mieszkanie na parterze, dosłownie dwa bloki dalej. Z kawałkiem ogródka zamiast balkonu. Co więcej, mieszkanie było już wcześniej zajmowane przez osobę na wózku, więc mogłem wprowadzać się niemal natychmiast. Bez przeróbek czy remontów. Po prostu bajka.
Niestety, okazało się, że od pewnego czasu na to mieszkanie ząbki ostrzyła sobie również mieszkająca w tym samym bloku pewna kobieta. Jako że była ona mocno skonfliktowana z poprzednią właścicielką mieszkania, stało się tak, że ja zostałem nowym właścicielem. Wszystko pięknie ładnie, od kilku tygodni mieszkałem sobie spokojnie, ale gdy dziś wracałem ze sklepu okazało się, że zniknął podjazd dla wózków przed klatką schodową (przy wejściu na klatkę jest pojedynczy stopień, po jego prawej stronie był podjazd w postaci stalowej płyty z poręczą, który prawdopodobnie wymontowany został przez jej synalków). Ledwo zdążyłem przetrawić obecną sytuację, gdy ta baba wychyliła się ze swojego okna z bananem na mordzie i rzuciła tekstem:
„Teraz to sobie ch*ju pomarzniesz”.
Na szczęście jeden z sąsiadów pomógł mi pokonać stopień i zaoferował się abym dzwonił śmiało, gdy będę potrzebował wejść/wyjść, przynajmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
Mając chyba z 19 lat, to były początki lat 90., wybierałem się na wymarzony obóz survivalowy na drugim końcu Polski. Byłem w związku z dziewczyną już 4 lata, planowaliśmy wspólną przyszłość, kiedy ślub i takie tam bzdury. Wyjeżdżając, żegnany przez grupkę znajomych, powiedziałem do mojego przyjaciela brzemienne w skutki słowa: „Przypilnuj mi dziewczyny, jak mnie nie będzie”. Przejął się chłopina rolą, nie odstępował jej na krok, a kiedy w weekend nasza paczka zorganizowała ognisko w leśnym uroczysku, po kilku winach a`la patyk lub paru głębszych szklankach chleba Gosi się zachciało na stronę, a że koleżka obiecał pilnować, to poszedł z nią, coby się nie zgubiła. Koniec końców skończyło się w krzaczkach w ciemnym lesie. Kiedy wracali rozpromienieni, nie mogło to ujść uwadze pozostałych.
I tak za jednym zamachem pozbyłem się i przyszłej żony, i przyjaciela.
Ergo: „Boże, chroń mnie od przyjaciół, przed nieprzyjaciółmi sam się obronię”.
Jak wiadomo, każdy samotny samiec (a już w szczególności taki, który nie chce być sam) czasem odczuwa potrzebę poznania osobnika płci przeciwnej. Również i mnie to dopadło. Była zima, mróz siarczysty, w pubie panowało przyjemne ciepełko, od razu przy wejściu obrałem kurs na bar. Kufel złocistego nektaru lał się przyjemnym strumieniem w gardło, z chwilami przerwy na komentowanie wyczynów sędziego w telewizorze za pomocą dość niecenzuralnych zwrotów. Jakoś w okolicy trzeciego tankowania dosiadła się do mnie kobieta, lat około 30, przeciętnej urody (w rzeczywistości pewnie była brzydka, ale po trzech mocnych świat pięknieje;D ). Jako że właśnie na poszukiwanie samicy się wybrałem, postanowiłem poczekać na rozwój wydarzeń. Nawiązał się dialog, najpierw o wszystkim i niczym, następnie zszedł na temat sportu, samochodów, by ostatecznie zahaczyć o temat... finansów. Pierwsza myśl – blachara! Od słowa do słowa okazało się jednak, że pani jest przedstawicielką znanej firmy udzielającej pożyczek na lichwiarski procent. Cwana bestia, ubrana w wielki dekolt i mini do pół d... bajerowała podchmielonych kolesi, aby podpisali dokumenty potwierdzające zaciągnięcie pożyczki. Na szczęście moja lampka ostrzegawcza z napisem „zabij albo spierniczaj” zapaliła się w porę. Chwyciłem długopis, złożyłem podpis, śmiejąc się pod nosem, i ruszyłem chwiejnym krokiem po kolejny kufelek. Pani bardzo się ucieszyła i przysiadła do następnego typa.
Na umowie podpisałem się „Jurand ze Spychowa”.
Żałuję tylko, że nie widziałem jej miny, gdy to odkryła. ;)
Ostatnio miałam taką fajną rodzinkę w barze, w którym pracuję. Na początku fajnie, miło, na poziomie. Do czasu kiedy dzieci się nie rozbrykały i nie zaczęły rozwalać wszystkiego, co miały na swojej drodze. Oczywiście rodzice zero reakcji. Mało tego, na stole obok, gdzie nikt nie siedział, tak po prostu, zaczęli przewijać swoje najmłodsze dziecko. Ale kiedy rozwalili, niby niechcący, trzy figurki (mamy taką kolekcję w barze, kilkanaście sztuk), nie wytrzymałam i delikatnie zwróciłam im uwagę, że to jest bar, tu ludzie jedzą i niektórym gościom przeszkadza ten hałas. No i się zaczęło... Mamuśka zaczęła się na mnie wydzierać, że ja taka i owaka, że jakim prawem w ogóle śmiałam zwrócić im uwagę, że oni tyle pieniędzy u nas już zostawili, a ja mam czelność się „rzucać” o jakieś świeczniki (tak na marginesie, to ich rachunek wynosił 100 zł, więc około 25 na osobę). Kiedy pani już wywaliła z siebie swoje żale, kazała mi zawołać kierownika. Kierownik przyszedł, a pani powiedziała mu, że jestem arogancka, bezczelna i chamska i żądają albo rabatu, albo darmowych deserów dla wszystkich. Na szczęście mój kierownik jest osobą mądrą i zamiast wdawać się w dyskusje z panią, wyliczył jej cenę wszystkich zbitych figurek. Jakoś odechciało im się rabatów i deserów gratis :)
PS Kierownik odpuścił już kwestię zapłaty za zniszczenie figurek, ale jak powiedział, dzięki temu więcej tu już nie przyjdą.
PPS Oczywiście figurki były bardzo tanie, ale specjalnie zawyżył przy nich ich ceny.
Moja mama zmarła na raka. Spokojnie, to było tak dawno temu, że mam wrażenie, że w poprzednim życiu. Zaczęło się od raka piersi. Walczyła 5 lat. W tamto lato, jako jeszcze student, wyjechałem do pracy za granicę na parę miesięcy. Po powrocie żyła jeszcze jakieś 6 tygodni. Nigdy nie powiedziała mi ani mojej siostrze, jak bardzo źle z nią jest w tej ostatniej fazie – choroba zajęła cały organizm i wyłączała po kolei kolejne narządy. Chyba w jakiś pokręcony sposób chciała nas chronić, choć do tej pory nie bardzo potrafię zrozumieć przed czym. A może sama nie chciała dopuścić do siebie myśli, że umiera.
Nie róbcie tego!
Jeśli jesteś rodzicem i masz raka, nie rób tego swoim dzieciom. Jeśli jesteś w tej sytuacji, to zdajesz sobie doskonale sprawę ze swojego stanu. Jeśli jesteś już na takim etapie, że wiesz, że koniec się zbliża, powiedz to swoim dzieciom. A właściwie to nie czekaj do ostatniego momentu i powiedz wcześniej. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że nic nie zauważyłem, że ona nic nie powiedziała. A miałem tak dużo pytań. Było tak wiele rzeczy, o które chciałbym spytać. Od najbardziej trywialnych – jak przygotować ulubioną pieczeń – do bardziej poważnych – np. jak się poznali z tatą. Czy chociaż powiedzieć jej, że dobrze mnie wychowała, że postaram się tak postępować w życiu, aby zawsze była ze mnie dumna i że zawsze będzie w moim sercu. A może ona chciała mi coś powiedzieć? Może chciała przekazać mi coś ważnego? Być może mówiła, a ja nie słuchałem zbyt uważnie. Może gdybym zdawał sobie sprawę z jej stanu, moja uwaga byłaby większa.
W poniedziałek rano już prawie nie było z nią kontaktu, nie miała siły utrzymać szklanki w ręce. Zabrałem ja do szpitala. Tam usłyszałem wyrok. Zmarła w piątek o 5 rano. Miałem tyle pytań... Twoje dzieci też mogą je mieć.
Za dzieciaka wpadłem wraz z kuzynką na genialny pomysł. Otwieramy sklep. Na szybko z kilkunastu desek znalezionych w szopie zbiliśmy mały stragan, wymalowaliśmy piękny szyld i otwarliśmy interes.
Towary przez nas oferowane mógłbym teraz określić jako dość niecodzienne i bezsprzecznie urocze. Raz były to foliowe siateczki podwędzone mojej mamie z kuchni i napełnione piaskiem z piaskownicy, innym razem najładniejsze kamyki i gałązki jakie udało nam się znaleźć, a nawet ślimaki, na które polowaliśmy po wiosennych deszczach. Ceny były niewygórowane, 30 groszy za kamień. Kto by nie skorzystał?! Marketing również działał. Kuzynka większość czasu spędzała na bieganiu po wsi z kartonem... Stfu... Niesamowitym szyldem reklamowym zawieszonym na szyi, namawiając wszystkich do odwiedzenia naszego sklepu. Ja natomiast zajmowałem się sprzedażą i skrzętnie notowałem wszelkie transakcje w "księdze rachunkowej". Nie trzeba było długo czekać, by cała wieś huczała o naszym przedsięwzięciu. I ludzie kupowali, bo kto by dziecku odmówił :)
Dzisiaj znalazłem zeszyt, w którym prawie dwie dekady temu zapisywałem nasze handlowe dokonania. Z ciekawości zsumowałem wszystkie zawarte w niej kwoty. Oniemiałem... Nasz sklep funkcjonował dobre trzy miesiące. Później, jak to dzieciom, znudził się nam i poszliśmy się bawić w inne spajdermeny. Mimo to udało się nam na zwykłych patyczkach i kamyczkach zarobić mniej więcej 800 złotych. Nie ma to jak dzieciństwo :)
Nienawidzę ludzi. Wszystkich. Każda znajomość kończyła się porzuceniem i rozczarowaniem. Nikt mnie nigdy nie lubił, tym bardziej kochał. Kiedyś zależało mi na znajomościach, próbowałam jak mogłam, zaczęto się nade mną znęcać. Teraz każdy mnie niesamowicie irytuje (dotyk, zaglądanie w telefon, łażenie razem, łażenie za mną, nieporadne ciągłe próby zbliżenia się do mnie, zwykle w złym albo samolubnym celu, lub jestem „mniejszym złem” dla kogoś, kto nie ma też znajomych i chce kogokolwiek mieć), nieważne, czy ma dobre czy złe intencje. Nawet jak do kogoś zagadam, aby nie było niezręcznie, jestem zbywana jako gorsza osoba, ktoś, kto jest „mniej” człowiekiem. Chcę spędzić życie sama, bez nikogo. Nienawidzę ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie