#k8kjU
Towary przez nas oferowane mógłbym teraz określić jako dość niecodzienne i bezsprzecznie urocze. Raz były to foliowe siateczki podwędzone mojej mamie z kuchni i napełnione piaskiem z piaskownicy, innym razem najładniejsze kamyki i gałązki jakie udało nam się znaleźć, a nawet ślimaki, na które polowaliśmy po wiosennych deszczach. Ceny były niewygórowane, 30 groszy za kamień. Kto by nie skorzystał?! Marketing również działał. Kuzynka większość czasu spędzała na bieganiu po wsi z kartonem... Stfu... Niesamowitym szyldem reklamowym zawieszonym na szyi, namawiając wszystkich do odwiedzenia naszego sklepu. Ja natomiast zajmowałem się sprzedażą i skrzętnie notowałem wszelkie transakcje w "księdze rachunkowej". Nie trzeba było długo czekać, by cała wieś huczała o naszym przedsięwzięciu. I ludzie kupowali, bo kto by dziecku odmówił :)
Dzisiaj znalazłem zeszyt, w którym prawie dwie dekady temu zapisywałem nasze handlowe dokonania. Z ciekawości zsumowałem wszystkie zawarte w niej kwoty. Oniemiałem... Nasz sklep funkcjonował dobre trzy miesiące. Później, jak to dzieciom, znudził się nam i poszliśmy się bawić w inne spajdermeny. Mimo to udało się nam na zwykłych patyczkach i kamyczkach zarobić mniej więcej 800 złotych. Nie ma to jak dzieciństwo :)
Dziwne że przy takich zarobkach państwo nie przyjebalo się o VAT i kasy fiskalne
To były inne czasy, kiedy państwo nie przypieprzało się do wszystkiego. Z czasem powstawało coraz więcej regulacji i dokładano coraz więcej podatków... Paradoksalnie pod koniec komuny było więcej wolności niż teraz.
Kasy fiskalne trzeba posiadać jeżeli zarobi się 20.000 zł dopiero
Też o tym od razu pomyślałem :)
To jakieś 2667 sprzedanych kamyków, brawo. Daje to jakieś tysiąc kamyków na miesiąc, 30 na dzień, zakładając, że pracowaliście każdego dnia. Najs. Można powiedzieć, że sprzedaliście/sprywatyzowaliście część wsi. :D
Nie tylko kamyki, zapewne ślimaki były droższe, bo to żywe zwierzęta (u mnie w sklepie poszłabym po 70 gr)
*poszłyby
Piękna matematyka 👌👍
Czytając te obliczenia, dostałam mini orgazmu ^^
Urząd Skarbowy lubi to💰
My sprzedawalismy galazki bzu i korale z jarzebiny :-)
My z kolegą też kiedyś sprzedawaliśmy kamienie i ślimaki :,)
Ja jak byłam mała to z kuzynką, z którą mieszkałam i naszą koleżanką sprzedawałyśmy wiśnie w słoikach i pomalowane kamyki
Kurcze, przypomniałeś mi jak ja, za dzieciaka, w latach 90tych, brałam kocyk i kupę zbędnych mi drobiazgów, jakieś broszki, maskotki, figurki itp, i rozstawiałam się pod osiedlowym supersamem. Dzisiaj pewnie zaraz przyleciałby ktoś z opieki społecznej, albo kazaliby płacić placowe.
Teraz fiskus załatwił by wasz interes, że zostało by jeszcze parę tys. długów.
Ja pamiętam jak bukiety z kolegą szprzedawaliśmy przy teptaku. 5 zł tylko zarobiliśmy.
Zastanawiam się czy Autor oby na pewno wie od czego pochodzi skrót "stfu".
A to nie jest taki dźwięk splunięcia? :o
Właśnie, też byłam pewna, że to onomatopeja. Jest inne wyjaśnienie? Zostawiam kom, coby się dowiedzieć.
Shut the fuck up.
Oooo, anonimowe uczą. Dzięki.
Myślę, że można tego używać jak "splunięcie" i skrót opisany wyżej. W każdym razie, dużo osób używało tego jako splunięcie
Splunięcie to raczej "Tfu"