Ostatnio miałam taką fajną rodzinkę w barze, w którym pracuję. Na początku fajnie, miło, na poziomie. Do czasu kiedy dzieci się nie rozbrykały i nie zaczęły rozwalać wszystkiego, co miały na swojej drodze. Oczywiście rodzice zero reakcji. Mało tego, na stole obok, gdzie nikt nie siedział, tak po prostu, zaczęli przewijać swoje najmłodsze dziecko. Ale kiedy rozwalili, niby niechcący, trzy figurki (mamy taką kolekcję w barze, kilkanaście sztuk), nie wytrzymałam i delikatnie zwróciłam im uwagę, że to jest bar, tu ludzie jedzą i niektórym gościom przeszkadza ten hałas. No i się zaczęło... Mamuśka zaczęła się na mnie wydzierać, że ja taka i owaka, że jakim prawem w ogóle śmiałam zwrócić im uwagę, że oni tyle pieniędzy u nas już zostawili, a ja mam czelność się „rzucać” o jakieś świeczniki (tak na marginesie, to ich rachunek wynosił 100 zł, więc około 25 na osobę). Kiedy pani już wywaliła z siebie swoje żale, kazała mi zawołać kierownika. Kierownik przyszedł, a pani powiedziała mu, że jestem arogancka, bezczelna i chamska i żądają albo rabatu, albo darmowych deserów dla wszystkich. Na szczęście mój kierownik jest osobą mądrą i zamiast wdawać się w dyskusje z panią, wyliczył jej cenę wszystkich zbitych figurek. Jakoś odechciało im się rabatów i deserów gratis :)
PS Kierownik odpuścił już kwestię zapłaty za zniszczenie figurek, ale jak powiedział, dzięki temu więcej tu już nie przyjdą.
PPS Oczywiście figurki były bardzo tanie, ale specjalnie zawyżył przy nich ich ceny.
Moja mama zmarła na raka. Spokojnie, to było tak dawno temu, że mam wrażenie, że w poprzednim życiu. Zaczęło się od raka piersi. Walczyła 5 lat. W tamto lato, jako jeszcze student, wyjechałem do pracy za granicę na parę miesięcy. Po powrocie żyła jeszcze jakieś 6 tygodni. Nigdy nie powiedziała mi ani mojej siostrze, jak bardzo źle z nią jest w tej ostatniej fazie – choroba zajęła cały organizm i wyłączała po kolei kolejne narządy. Chyba w jakiś pokręcony sposób chciała nas chronić, choć do tej pory nie bardzo potrafię zrozumieć przed czym. A może sama nie chciała dopuścić do siebie myśli, że umiera.
Nie róbcie tego!
Jeśli jesteś rodzicem i masz raka, nie rób tego swoim dzieciom. Jeśli jesteś w tej sytuacji, to zdajesz sobie doskonale sprawę ze swojego stanu. Jeśli jesteś już na takim etapie, że wiesz, że koniec się zbliża, powiedz to swoim dzieciom. A właściwie to nie czekaj do ostatniego momentu i powiedz wcześniej. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że nic nie zauważyłem, że ona nic nie powiedziała. A miałem tak dużo pytań. Było tak wiele rzeczy, o które chciałbym spytać. Od najbardziej trywialnych – jak przygotować ulubioną pieczeń – do bardziej poważnych – np. jak się poznali z tatą. Czy chociaż powiedzieć jej, że dobrze mnie wychowała, że postaram się tak postępować w życiu, aby zawsze była ze mnie dumna i że zawsze będzie w moim sercu. A może ona chciała mi coś powiedzieć? Może chciała przekazać mi coś ważnego? Być może mówiła, a ja nie słuchałem zbyt uważnie. Może gdybym zdawał sobie sprawę z jej stanu, moja uwaga byłaby większa.
W poniedziałek rano już prawie nie było z nią kontaktu, nie miała siły utrzymać szklanki w ręce. Zabrałem ja do szpitala. Tam usłyszałem wyrok. Zmarła w piątek o 5 rano. Miałem tyle pytań... Twoje dzieci też mogą je mieć.
Za dzieciaka wpadłem wraz z kuzynką na genialny pomysł. Otwieramy sklep. Na szybko z kilkunastu desek znalezionych w szopie zbiliśmy mały stragan, wymalowaliśmy piękny szyld i otwarliśmy interes.
Towary przez nas oferowane mógłbym teraz określić jako dość niecodzienne i bezsprzecznie urocze. Raz były to foliowe siateczki podwędzone mojej mamie z kuchni i napełnione piaskiem z piaskownicy, innym razem najładniejsze kamyki i gałązki jakie udało nam się znaleźć, a nawet ślimaki, na które polowaliśmy po wiosennych deszczach. Ceny były niewygórowane, 30 groszy za kamień. Kto by nie skorzystał?! Marketing również działał. Kuzynka większość czasu spędzała na bieganiu po wsi z kartonem... Stfu... Niesamowitym szyldem reklamowym zawieszonym na szyi, namawiając wszystkich do odwiedzenia naszego sklepu. Ja natomiast zajmowałem się sprzedażą i skrzętnie notowałem wszelkie transakcje w "księdze rachunkowej". Nie trzeba było długo czekać, by cała wieś huczała o naszym przedsięwzięciu. I ludzie kupowali, bo kto by dziecku odmówił :)
Dzisiaj znalazłem zeszyt, w którym prawie dwie dekady temu zapisywałem nasze handlowe dokonania. Z ciekawości zsumowałem wszystkie zawarte w niej kwoty. Oniemiałem... Nasz sklep funkcjonował dobre trzy miesiące. Później, jak to dzieciom, znudził się nam i poszliśmy się bawić w inne spajdermeny. Mimo to udało się nam na zwykłych patyczkach i kamyczkach zarobić mniej więcej 800 złotych. Nie ma to jak dzieciństwo :)
Nienawidzę ludzi. Wszystkich. Każda znajomość kończyła się porzuceniem i rozczarowaniem. Nikt mnie nigdy nie lubił, tym bardziej kochał. Kiedyś zależało mi na znajomościach, próbowałam jak mogłam, zaczęto się nade mną znęcać. Teraz każdy mnie niesamowicie irytuje (dotyk, zaglądanie w telefon, łażenie razem, łażenie za mną, nieporadne ciągłe próby zbliżenia się do mnie, zwykle w złym albo samolubnym celu, lub jestem „mniejszym złem” dla kogoś, kto nie ma też znajomych i chce kogokolwiek mieć), nieważne, czy ma dobre czy złe intencje. Nawet jak do kogoś zagadam, aby nie było niezręcznie, jestem zbywana jako gorsza osoba, ktoś, kto jest „mniej” człowiekiem. Chcę spędzić życie sama, bez nikogo. Nienawidzę ludzi.
Jestem w 3 klasie liceum. Od kilku lat biorę tabletki antykoncepcyjne, na początku ze względu na problemy z miesiączkowaniem, a później również jako antykoncepcję. Ostatnio, gdy byłam w szkolnej toalecie, zadzwonił mi alarm w telefonie, że to już czas na tabletkę, więc wyjęłam opakowanie z plecaka i próbowałam wyciągnąć pigułkę. W tym momencie do toalety weszła nauczycielka i wyrwała mi z rąk tabletki, po czym zaczęła krzyczeć, że jak ja mogę je brać, że to trucizna, a poza tym jest to nieodpowiednie zachowanie (?). Stałam jak wmurowana, a ona wygłosiła całą przemowę na temat tabletek antykoncepcyjnych, po czym zabrała je i poszła. Jestem nieśmiała, więc wpadłam w panikę, bo co mam zrobić, skoro nawet nie zdążyłam tej tabletki wziąć? W końcu przemogłam się i wyjaśniłam sytuację wychowawczyni, która poszła porozmawiać z tamtą nauczycielką i tabletki odzyskałam.
Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że ta nauczycielka uczy WDŻ...
Japońska miejska legenda mówi, że jeśli nadal jesteś prawiczkiem kończąc 30 lat, zostaje się Magiem.
Za około rok przekonam czy to prawda, bo w moim przypadku prędzej nauczę się jak chodzić po wodzie, niż pójdę z dziewczyną chociaż na randkę.
Kiedy byłam mała i nieświadoma wielu rzeczy (miałam gdzieś 5 lat) bardzo dużo czasu poświęcał mi mój starszy brat. I jak to brat wytłumaczył mi już skąd się biorą dzieci.
Dokładnie pamiętam jak pewnego wieczoru siedziałam z bratem i rodzicami w kuchni, a że moi rodzice nie mieli zielonego pojęcia o tym, że ich mała córcia wie już co nieco, zaczęli sobie żartować ze mnie i zadawać niezręczne pytania typu: a (moje imię) może powiesz nam skąd się biorą dzieci?
Z pewnością byli przekonani, że opowiem o kapuście czy bocianie.
Ku ich zdziwieniu zaczęłam opowiadać mniej więcej takie rzeczy: "kiedy robi się ciemno kobieta się rozbiera i wchodzi do łóżka, a mężczyzna schowany nago w szafie czeka na odpowiedni moment i wybiega z szafy po czym kładzie się na kobietę."
Zawstydzone miny moich rodziców - bezcenne.
W tamtym roku niedługo po wakacjach przyszedł czas, abym w końcu poznał rodziców mojej dziewczyny. Mieli przyjechać w odwiedziny do miasta, gdzie studiujemy.
Przyjechałem do niej z samego rana, bo mieli być tam przed południem. Moja dziewczyna wyszła do sklepu, żeby kupić jakieś ciasto. Ja zostałem w mieszkaniu sam i coś czytałem na jej komputerze. Pomyślałem, że to świetny moment, aby zrobić kupę, póki jestem sam. Powstrzymywałem się już od dłuższego czasu, bo krępuję się załatwiać się u niej. Jej mieszkanie jest bardzo małe, to pokój z aneksem kuchennym i łazienką. Wszystkie ubikacyjne odgłosy są wszędzie doskonale słyszalne.
Gdy skończyłem z przerażeniem odkryłem, że skończył się papier toaletowy. Rozejrzałem się, sprawdziłem w szafce - nic. Wyszedłem z łazienki z opuszczonymi spodniami i w panice rozglądałem się za czymś, czym można się podetrzeć. Nic, nawet głupiej chusteczki. Przecież nie wytrę się w zasłonkę. W desperacji chwyciłem worek z krojonym chlebem. Nie mogłem dłużej zwlekać, a nic co by się lepiej nadało nie znalazłem.
Uff, nadało się. I to jak dobrze. Kromki miały idealną fakturę, były takie delikatne. Nie za twarde, nie za miękkie. Zużyłem chyba pół worka. Minusem za to było, że musiałem spuszczać wodę wiele razy i pomagać sobie szczotką.
Wychodzę z resztą chleba w ręce z łazienki, a tu moja dziewczyna wraz z rodzicami. Stoją i patrzą na mnie z obrzydzeniem. W całym mieszkaniu smród, a ja z tym chlebem wyglądam jakbym sobie zakąszał srając. Jak jakaś świnia.
Nie mogłem dopuścić, aby wywrzeć takie złe pierwsze wrażenie. Wyjąkałem, że nie jadłem, tylko nie miałem czym się podetrzeć. To był błąd, zaraz się zorientowałem po ich minach, jak do nich dotarło, że podcierałem się chlebem.
Nic już więcej nie mówiłem tylko wyszedłem. Parę tygodni potem zerwaliśmy, może to i lepiej, bo uniknąłem drugiego podejścia do poznawania jej rodziców.
Mam 16 lat i nie chcę w przyszłości mieć dzieci, dla mnie to jest nadmiar obowiązków i wyrzeczeń i chcę przeżyć swoje życie tylko dla siebie, bez ograniczeń, jakim jest ogromna odpowiedzialność za drugą osobę. Ostatnio powiedziałam o tym swojej matce, jej reakcji po niej się nie spodziewałam. Powiedziała, że to brzmi idiotycznie i że pewnie naczytałam się jakichś głupot w internecie i dlatego tak uważam, ale kiedyś z pewnością przyjdzie moment że odmieni mi się (jestem pewna że nie). Powiedziała że muszę koniecznie urodzić dziecko bo jeżeli organizm kobiety nie spełni najważniejszej funkcji to potem będą problemy ze zdrowiem. Cóż, jakoś nie przekonało mnie to do zmiany zdania.
To zdarzyło się w poprzednie Walentynki. Jestem miłym gościem. Uważam, że swojej kobiecie trzeba okazywać uczucie każdego dnia roku i dlatego zawsze olewałem Walentynki jako sztuczne, marketingowe pseudoświęto, mające na celu napędzanie sprzedaży w sklepach. Jednak trudno było nie zauważyć, że moja dziewczyna ma inne zdanie i chciałaby jakoś uczcić ten dzień.
Zarezerwowałem zatem stolik w romantycznej, małej restauracji i zamówiłem bukiet z dostawą do domu, a na załączonym bileciku zleciłem aby wydrukowali “Od... ?”. Bo ja przecież nie obchodzę Walentynek. Nie był to trafiony pomysł.
Gdy przyszedł 14 lutego i kurier przyniósł kwiaty spytałem ją dla żartu “Jak myślisz kto taki mógł je przysłać?”. Odpowiedź zupełnie mnie zaskoczyła “Pewnie Marcin z pracy.”. EEE? Kto to kurde jest Marcin z pracy?
Jak pomyślałem tak powiedziałem: “Nie, są ode mnie! Kto to do cholery jest Marcin z pracy?”. Moja dziewczyna wyjaśniła, że Marcin z pracy od kilku miesięcy usilnie próbuje ją poderwać i ostatnio pytał jakie są jej ulubione kwiaty (tulipany - takie też kupiłem). Resztę dnia spędziliśmy na omawianiu Marcina z pracy i jego zalotów. Kolacja w restauracji upłynęła w niezręcznej atmosferze, a po powrocie do domu znaleźliśmy kartkę walentynkową w skrzynce na listy. Nie było napisane od kogo…
Moja rada lepiej podpisujcie walentynkowe liściki albo ona pomyśli, że to Marcin z pracy.
Dodaj anonimowe wyznanie