Obecnie mam 25 lat, niedawno dowiedziałam się, że mam raka w zaawansowanym stadium. Marna szansa, abym w pełni się z tego wyleczyła. Cóż mi więc pozostało? Jedynie pogodzić się ze swoim losem.
Nie mówiłam o tym nikomu, jedynie chłopakowi, na którym mogłam polegać, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ten zostawił mnie jednak i powiedział, że to go przerasta, nie może już dłużej ze mną być. Śmieszne, bo po niecałym tygodniu był już w związku z jakąś inną dziewczyną, widziałam na Facebooku. Zostawił mnie właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia. Serce pękło, zostałam z tym całkiem sama.
Mój kot zakochał się w mojej dziewczynie. Odkąd tylko zaczęliśmy widywać się u mnie, Toffi nie opuszcza jej na krok, kiedy ona wychodzi, zaczyna żałośnie miauczeć, snuje się smętnie po domu, zachowuje się jak nieszczęśliwie zakochana nastolatka. Słucha też tylko jej. Przykład? Od czterech lat próbujemy całą rodziną oduczyć go drapania mebli, bezskutecznie. Izie wystarczyło kilka minut, powiedziała mu coś w stylu: „Nie podoba mi się, kiedy tak się zachowujesz” i problem rozwiązany! Gdy oglądamy film na kanapie, Toffi siedzi na jej kolanach i nie ma siły, która by go stamtąd ruszyła, miewa też napady zazdrości, kiedy chcę pocałować swoją dziewczynę, raz nawet ugryzł mnie w brodę, poza tym strzela fochy i prycha. Iza się z tego śmieje, ale czuję, jakby nawet wolała sierściucha ode mnie. Z nim wita się najpierw, jego mizia po główce, jemu przynosi smakołyki, prawi komplementy... Jestem przekonany, że gdyby Toffi był człowiekiem, zrobiłby wszystko to samo dla niej, jest w nią wpatrzony jak w obrazek.
Nie wiem, czy moja luba jest jakąś zaklinaczką czy czymś takim, że tak oczarowała tego kota, ale zaczynam być poważnie zazdrosny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziliśmy czas sam na sam. Mój kot odbija mi dziewczynę.
Wychowałam się w biednej rodzinie. Najtańsze jedzenie, ubrania z lumpeksu, wakacje w domu, bo na nic nie było nas stać. O wymarzonej Baby Born mogłam zapomnieć.
Tak samo jak o deskorolce.
Jak wyprowadziłam się z domu i zaczęłam sama zarabiać, zaczęłam odkuwać sobie to, czego za dzieciaka nie miałam.
Kupowałam sobie Lego, puzzle, no i wymarzoną Baby Born.
W sklepie z zabawkami jestem stałym gościem.
A w mieszkaniu mam cały pokój zabawek, w tym moje ulubione Minionki i Krainę Lodu.
Takie oto wyznanie 22-letniej singielki.
Moja dziewczyna ma kochankę, a mi to nie przeszkadza.
Byłam wtedy dzieckiem, miałam z 9 lat. Księża z mojej parafii organizowali dwutygodniowe kolonie dla dzieci w moim wieku i trochę starszych. Byłam bardzo podekscytowana, to miał być mój pierwszy taki dłuższy wyjazd, gdzie miałam być bez rodziców, tylko z kolegami i koleżankami z mojej szkoły. Ksiądz, który to organizował, niezbyt za mną przepadał. Byłam takim dzieckiem, które zdawało zawsze dużo pytań typu „skoro Bóg jest dobry, to dlaczego na świecie są choroby?” i tym podobne. Byłam po prostu ciekawa, nie widziałam w tym nic złego. Zawsze mi odpowiadał tylko tyle, że nie powinnam zadawać takich głupich pytań i najlepiej, żebym siedziała cicho, nigdy nie tłumaczył dlaczego. Mimo wszystko jakoś nigdy nie miałam do niego wrogiego nastawienia. Byłam dobra i życzliwa, nie lubiłam się z nikim kłócić itd.
Pierwszy tydzień – wszystko było super. Na początku drugiego tygodnia siedziałyśmy wieczorem z koleżankami (dostałyśmy czteroosobowy pokój), jedna z nas, nazwijmy ją Ania, wpadła na super pomysł, żeby nastraszyć inne dzieciaki. Otworzyła okno i zaczęła wyć jak wilk, ile tylko miała sił w płucach (nie pytajcie, dzieciaki mają czasem dość głupie i bezsensowne pomysły). Zapomniała przy tym, że pokój opiekunów był tuż nad nami. Po jakiejś minucie do naszego pokoju wpadł ksiądz (ten, który mnie nie lubił) z jednym z opiekunów. Zaczęli się drzeć, że co to ma być, co my robimy, jest późno i powinnyśmy spać. Od razu stwierdził, że to na pewno ja wpadłam na taki poroniony pomysł. Nie pamiętam dokładnie, co tam mówił, ale jedno zdanie szczególnie utkwiło mi w pamięci: „Nie prowokuj mnie, gówniaro, bo jak zrobisz to jeszcze raz, to będziesz wyć, ale z bólu”. Nie powiem, było mi przykro. Ania ani żadna z koleżanek nawet się słowem nie odezwały. Później byłam „tą dziwną dziewczynką”. Opiekunowie z księdzem przez następny tydzień bardzo mi dogryzali. Śmianie się ze mnie, chamskie odzywki itp. były na porządku dziennym.
Jakoś ten tydzień minął, szczęśliwie wróciliśmy do domu. Z nikim nie gadałam o tym, było mi głupio po prostu.
1,5 tygodnia później dostaliśmy pamiątkową płytkę ze zdjęciami. Bardzo chciałam je obejrzeć. Ogromnie się zawiodłam, kiedy zobaczyłam, że wszystkie zdjęcia, na których byłam, ukazywały mnie w dość kompromitujących pozach, a specjalnie szczupła wtedy to nie byłam. Np. zdjęcia, na których byłam, zrobione na jakiejś tam plaży, ukazywały tylko zbliżenie na mój brzuch, nogi, tyłek. Wszystko bardzo przybliżone na owe części ciała. Wszyscy znajomi oczywiście się ze mnie śmiali.
Do tej pory czuję wstyd, jak sobie o tym pomyślę.
Mój mężczyzna potrafi zmienić się w minutę w człowieka, którego nie znam. Jest kochanym mężem i ojcem, jest troskliwą i ciepłą osobą. Już na początku naszej drogi zauważyłam, że bardzo łatwo jest go wyprowadzić z równowagi, ale uznałam, że da się wspólnymi siłami nad tym zapanować. Niestety, ja nie potrafię go powstrzymać. Robi się coraz bardziej agresywny. Nigdy nie podniósł ręki na mnie ani na dzieci, ale jego słowa wypowiadane w szale trafiają nieraz mocniej niż prawy sierpowy. Wystarczy mu mała iskra... Nawet nie muszę być zapalnikiem, a i tak cała agresja słowna spada mi na głowę.
Wiele razy mówiłam mu, że boli mnie to, jak się zachowuje. Wiele razy informowałam, że oddalam się od niego z każdą taką akcją. On za każdym razem przeprasza, twierdzi, że nie wie, co się z nim dzieje. Nie chce słyszeć o żadnej terapii.
Teraz chwilowo mieszkam u rodziców wraz z dziećmi. Dałam mu odetchnąć i przekonać się do tego, co go czeka, gdy w końcu przestanę mieć do tego cierpliwość.
Nie mam pojęcia co robić. Rodzice twierdzą, że powinnam go zostawić... ale jak mogę odejść od ojca moich dzieci, dobrego człowieka, którego kocham, tylko dlatego, że jest chory? Czy to nie jest zbyt samolubne?
Parę dobrych lat temu na nasz numer stacjonarny dzwonili cały czas telemarketerzy z zaproszeniem na jakieś spotkania, na których naciągali na kasę. Nie pomagały prośby i groźby, żeby nie dzwonili.
Raz zadzwoniono do nas z zaproszeniem, a za przyjęcie go miałam dostać kolczyk – drugi do odebrania przy wizycie na spotkaniu. Poprosiłam więc ładnie o wysyłkę zaproszenia, dla świętego spokoju. Oczywiście nie poszłam, ale kolczyk dostałam.
Niedługo później znowu dzwoniono z takim zaproszeniem. Zrobiłam to samo i stałam się posiadaczką całkiem niebrzydkich kolczyków. Od tego czasu telefonów było mniej ;)
Moja matka bardzo się nienawidzi z ojcem. Cieszyłam się, że się rozstali, w sumie to bardzo, bo to był mocno patologiczny związek – pijaństwo, bicie, wieczne awantury.
Ale to, co się działo w trakcie rozstawiania, było tak komiczne i żałosne, aż sama nie mogę uwierzyć, że brała w tym udział dwójka dorosłych osób.
Moja mama mnie, wtedy nastolatce, potrafiła opowiedzieć, jak im się układało w sypialni, jakie ojciec miny robił w łóżku, komentowała jego rozmiar... i tak dalej.
Ojciec obwiniał mnie o to, że matka chciała się z nim rozwieść, bo jak byłam bardzo mała, zmęczona ich kłótniami i tym, co się w domu dzieje, powiedziałam, że cieszyłabym się, gdyby oni się rozwiedli.
Niby mówią, że rozwód rodziców jest dla dzieci bardzo bolesny, ale ja się naprawdę cieszyłam, bo liczyłam, że to bagno się skończy.
Mój mąż oświadczył mi dzisiaj, że będziemy się utrzymywać z YouTube, bo ma na to genialny plan. Powiedział mi to w momencie, w którym mamy taki stan finansów, że zastanawiamy się jak zjeść w miarę normalny obiad. Kasy nie mamy, bo wszystko poszło na jego poprzedni „genialny plan” zostania bogaczem.
Rozstanie sprzed kilku miesięcy skłoniło mnie do głębszych przemyśleń i doprowadziło do niewesołych wniosków. Zauważyłem pewną zależność – wybieram partnerki „z defektem”, takie, którym da się pomóc. Podświadomie oczywiście, ale tak to niestety wygląda. Co więcej, nie ogranicza się tylko do romantycznego aspektu mojego życia, objawia się to także w życiu codziennym – chorobliwą wręcz gotowością do pomocy innym. Teoretycznie nic strasznego, ale w praktyce wygląda to tak, że często przedkładam pomoc innym nad zajęcie się samym sobą (np. nie mam czasu czegoś ugotować lub zrobić zakupów, bo pomagam komuś w tym czasie i kończę, zamawiając pizzę). I nigdy nie oczekuję niczego w zamian. Po prostu mam silną potrzebę pomagania, naprawiania i rozwiązywania cudzych problemów, nawet własnym kosztem. Dodam jeszcze, że o ile pomoc znajomym jest z reguły skuteczna, tak naprawa żadnej z potencjalnych partnerek na resztę życia nie zakończyła się powodzeniem. I w sumie żadna to niespodzianka.
Chyba czas na wizytę u psychologa.
Dodaj anonimowe wyznanie