#K51nX

Poznałem fajną dziewczynę. Kilka razy się spotkaliśmy na różnych imprezach i zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Jestem ogólnie skryty z uczuciami. Zbudowałem mur, za którym chowam uczucia, żeby nikt nie mógł mnie skrzywdzić, no i w końcu postanowiłem się jej zwierzyć z tego, co mam w duszy. Napisałem romantyczną wiadomość o pragnieniu, o tym, że chcę utonąć w jej oczach, że ciągle myślę o niej itp. Wyznałem to, co mi leżało na sercu. 
No i się zaczęło... Milion pytań: a dlaczego, a po co, a na co. Czuję się jak pacjent u terapeuty. Dostaję ciągle jakieś głupie pytania – a dlaczego w oczach, a czy pragnę jej ciała, czy tylko tak sobie piszę, czy może zrobię coś więcej. A jeśli tak, to co? Pisze, że ona nie jest taka prosta, że jest trudna we współżyciu. Albo że ma dziecko i trzeba to zaakceptować. 
Obdarła mnie z uniesienia duszy. Nie mam już siły jej odpisywać na te pytania. Tłumaczyć, co miałem na myśli. Ogólnie tracę chęci do wszystkiego.

#7CDM0

Ocknęłam się w sytuacji, w której nie planowałam być. Stoję przed dylematem zamążpójścia za mężczyznę, do którego czuję tylko sympatię i który na początku z założenia miał być dla mnie jedynie wypełnieniem nudy, okazją do wyjścia, a później miał pełnić funkcję plastra po kimś, na kim mi zależało. Jednak wszystko bardzo szybko się potoczyło, nawet nie wiem, kiedy minął ten rok, od kiedy przyszłam mieszkać do niego, niby tylko na czas znalezienia stancji. Ale do rzeczy... Oświadczył mi się, ja powiedziałam, że to za szybko. On, że ma już 34 lata i jeżeli nie planuję z nim przyszłości, to powinnam się wyprowadzić, pozwolić mu zapomnieć i dać szansę na znalezienie kogoś, z kim założy rodzinę. Zszokował mnie, bo nigdy nie był tak stanowczy w naszych relacjach i jeszcze w tak poważnym temacie.

Facet naprawdę jest poukładany, miał pomysł na siebie, dobrze zarabia i ma dom. Jednak nie ma w nim tego czegoś, brakuje mu męskości, bywa nudny do granic możliwości. No ale kiedy jestem już w tej nudzie, w tej przewidywalności jutra i braku finansowych problemów, zdałam sobie sprawę, co straciłabym, odchodząc. Taki jak on trafia się raz na milion, ale czy jest to warte poświęcenia kawału życia, które mogłabym przeżyć naprawdę intensywnie z kimś innym? Mam dopiero 24 lata i przeraża mnie pchanie się w małżeństwo i zaraz dziecko. Jestem w takiej rozsypce, że mam problemy z funkcjonowaniem.

#JTbIU

Jestem zdrową dorosłą kobietą, lubię się pomalować, dobrze ubrać, wyjść do ludzi. Jednak gdy tylko wiem, że przez kilka dni zostanę w domu bez planów, to wiem, że przez te dni się nie umyję. Dlaczego? Bo mi się nie chce. Nie jestem chora ani niepełnosprawna, po prostu nie lubię się myć. Lubię zapach potu. I tyle. Jednak gdy gdzieś wychodzę, czy do pracy, czy ze znajomymi, to myję się codziennie, ale jak zostaję sama, to po prostu mi się nie chce.

#86mpc

Jako mała dziewczynka byłam kąpana przez swoją mamę, jak każdy inny dzieciak w moim wieku. Cała kąpiel przebiegała bez większych trudności, aż do pełnego grozy dla mnie momentu – czasu mycia włosów. Dosłownie nienawidziłam tej części kąpieli. Nie wiem dlaczego, nie pytajcie. Kiedy wyczułam, że ta tragiczna chwila nieuchronnie się zbliża, popatrzyłam na mamę oczami pełnymi łez i błagalnym głosem powiedziałam:

– Mamusiu, nie myjmy dzisiaj główki...
– Skarbie, ale dlaczego?
– Bo... bo... bo ja nie chcę! Mamusiu, nie myjmy!
– Dobrze, skarbie. Dzisiaj nie będziemy myć główki. Umyjemy tylko włoski, chcesz?
Spojrzałam na mamę moimi dużymi, zielonymi oczami z niewyobrażalną ulgą, wdzięcznością i ufnością i odpowiedziałam:
– Naprawdę, mamusiu? Ale obiecujesz, że główki nie będziesz myła?
– Oczywiście, kochanie. Myjemy tylko włoski. Słowo matki!

Kiedy mama myła mi włosy, ja grzecznie siedziałam w wannie i promieniowałam dumą – mam przecież taką kochaną mamusię, taką zaradną, potrafiła tak szybko znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. A przy tym jest taka zdolna, ma sprytne ręce – przecież to nie lada wyzwanie umyć włosy, a głowy nie!

Niestety, kiedy trochę podrosłam, dotarła do mnie przerażająca prawda. A mama do tej pory ma z tego niezły ubaw. Dzisiaj patrzę z podziwem na moją mamę – nie dość, że udało jej się wymyślić tak szybko i wmówić do mojej dziecięcej główki taką bzdurę, była przy tym tak śmiertelnie poważna i przekonująca, chociaż w środku na pewno zwijała się ze śmiechu.

#vOeFW

Pracuję jako kasjer w dużym mieście w Polsce. Często słyszę od ludzi, że trzeba zmienić Polskę i tak dalej. I tak od lat w kółko. Ja to tak myślę, że tu Polska nie jest do wymiany, tylko obywatel musi zmienić nastawienie, musi zacząć od siebie. Bo jeśli prostemu niczemu niewinnemu kasjerowi taki „dżentelmen” na wypowiedziane słowa „dzień dobry” nie umie odpowiedzieć tym samym z taką samą życzliwością, to ja nie wiem, co to będzie. Rozmowa kończy się na sakramentalnym: „Płacę kartą”, przyłożeniu tego plastiku bogów do terminalu i wyjściu ze sklepu bez „do widzenia”. 

Michael Kors czy Louis Vuitton nie czyni cię kimś wyższym na tyle, żeby nie musieć mówić „dzień dobry”. Kultury trochę w tej Polsce i podnieście głowy znad tych telefonów, bo to już przechodzi ludzkie pojęcie.

Pozdrawiam dobrych ludzi.

#8bk14

Razem z przyjacielem postanowiliśmy pobrać się dla świętego spokoju. Ja mam 26 lat, on 30, znamy się od czterech lat. Każde z nas w tym czasie zawierało przelotne znajomości, on był w rocznym związku. Zazwyczaj wspólnie chodziliśmy na wszelkie uroczystości rodzinne, zdarzały nam się nawet cztery wesela w ciągu roku. I to na tych właśnie weselach obie rodziny nieustannie powtarzały, że cudownie ze sobą wyglądamy i powinniśmy być razem. 
Początkowo zbywaliśmy to żartami, z czasem pojawiała się w nas złość i bunt, otwarcie mówiliśmy, że nie życzymy sobie, aby inni planowali za nas nasze życia, to jednak nie przynosiło żadnego skutku i nasze rodziny nadal naciskały. Ulegliśmy. Bardzo długo o tym rozmawialiśmy, szczerze przyznaliśmy, że nie jesteśmy w swoim typie, kochamy się jak przyjaciele, ale nie zmusimy się nawet do pocałunku. Mimo to ulegliśmy, gdy nasi rodzice, którzy w międzyczasie zdążyli się poznać, sądząc, iż niebawem i tak zostaniemy rodziną, zaproponowali w prezencie ślubnym mieszkanie. Czteropokojowe mieszkanie we Wrocławiu! Każdy, kto jest na bieżąco z cenami nieruchomości w tym mieście, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak poważna jest to inwestycja.

Ślub odbył się w lipcu, za niego również zapłacili rodzice, mimo że chcieliśmy sfinansować go sami. Jesteśmy więc małżeństwem, mamy piękne mieszkanie, w którym śpimy osobno. Sytuacja wydaje się opanowana, nikt niczego nie podejrzewa, jednak stało się coś, co spędza nam sen z powiek. Chyba się zakochałam, oczywiście w kimś innym. Mój mąż wie o wszystkim, co więcej, bardzo lubi mojego „wybranka”. Problem w tym, że jesteśmy w kropce i kompletnie nie wiemy, jak z tego wybrnąć.

#JP3gV

Poszłam ostatnio z teściową i dziećmi na obiad do restauracji. Żadne szmery bajery, obrusy i takie tam, przeciętna sieciówkowa miejscówka, gładkie stoliki, skajowe siedzenia. Dzieci mają bywanie w restauracjach opanowane, nie biegają, nie szaleją, nie drą się, umieją powiedzieć, że im się nudzi czy poprosić obsługę o kredki (a i ja zawsze mam coś w torebce, żeby je zająć), a poza tym to siedzą i jedzą. Jedzą sztućcami, ale sprawność manualną mają przedszkolaków, więc im np. frytka spadnie pod stół czy ciasteczka się pokruszą. Pod koniec posiłku zawsze włażę więc pod stół, żeby pozbierać to, co spadło, ścieram stół i w ogóle doprowadzam za pomocą serwetek miejsce do porządku, na ile się da.
I tym razem też się tak gimnastykuję, a teściowa mnie ochrzania, że po co, że przecież i tak obsługa musi to na mokro przelecieć, a i po dorosłych trzeba ze stołu okruchy zmieść, więc żebym się nie wygłupiała, zostawiła 15% napiwku i wszystkim będzie lepiej.
I nie wiem, czy teściowa ma rację? Ja nigdy w gastronomii nie pracowałam, ona owszem, ale to było 40 lat temu, no i ona jest łasa na pieniądze, urobi się jak koń podczas orki, żeby tylko trochę więcej kasy mieć. Ale w sumie fajnie byłoby nie musieć czołgać się po podłodze, tylko móc wyjść.

#s4EQk

Czekałam na męża w markecie budowlanym. Długo nie wracał, a ja siedziałam na ławeczce pod ekspozycją desek klozetowych. Wiedziałam, że empatia to moja wada, jednak doszłam do wniosku, że coś jest nie tak, kiedy zrozumiałam, że współczuję tym biednym deskom. Starają się zaprezentować jak najlepiej, chcą, żeby ktoś je wybrał i zabrał do domu i całkowicie nie spodziewają się, co je czeka...
Dodaj anonimowe wyznanie