#PieSk

Gdy byłam w 2 klasie podstawówki, w połowie lekcji nasza wychowawczyni wyszła na chwilę z klasy.
Wszyscy wrzeszczą, bo wiadomo, trzeba z tej cudownej chwili z korzystać. Po chwili zaczynamy do siebie "strzelać", układając z dłoni coś na kształt pistoletu. Bitwa trwa, gdy pewien kolega wpada na pomysł, że gdy nauczycielka wejdzie do sali, wszyscy wstaną i zaczną do niej strzelać. Wszyscy zachwyceni, oczywiście się zgodziliśmy.

Czekamy... I nagle nasza pani wchodzi do klasy. Więc zgodnie z planem zrywam się z krzesła i wymierzam "pistolecik" w jej stronę, wydając z siebie dźwięki mające przypominać odgłos wystrzałów. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w klasie panuje głęboka cisza, a wychowawczyni dziwnie się na mnie patrzy.
W ten sposób dostałam pierwszą uwagę w swoim życiu.

#pkm1H

Czy ta historia ma happy end, każdy musi ocenić samemu.

Mam o cztery lata starszego brata Eryka, dla którego od dziecka byłam malutką księżniczką. Kiedy nie wiedziałam co robić, pierwszą osobą, do której się odzywałam był Eryś. Pierwsze upojenie alkoholowe? Telefon do brata, żeby po mnie przyjechał. Dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradza z koleżanką? Przyjście do brata i wylanie setek łez (no i złamanie nosa byłemu "na pamiątkę, żeby więcej na mnie nawet nie spojrzał"). Kłótnia z rodzicami o pierwszy samodzielny wyjazd z przyjaciółmi? Brat bez wahania się za mną wstawia i przypomina, że w porównaniu z nim jestem aniołkiem (a on jeździł jeszcze jako niepełnoletni ze starszymi kumplami). Był najwspanialszym bratem, jakiego mogłabym wymarzyć.

Niestety Eryk miał jedną wadę. Lubił imprezować. Ale równie mocno kochał swój samochód. Nie wiem kiedy zorientowałam się po raz pierwszy, że prowadzi po alkoholu. Prawdopodobnie zbyt późno. Prosiłam, groziłam, znów prosiłam. Wszystko na nic. Nasze relacje się trochę oziębiły, ale dalej byliśmy blisko.
Wszystko zmieniło się jakieś pół roku temu, kiedy Eryk wjechał w drzewo wracając z imprezy. Wiózł ze sobą swoją dziewczynę i trzech kumpli. Nikt nie zginął, kilka złamań, nic wielkiego. Samochód się wyklepało. Kumpel lubował się w blacharce, więc nawet rodzice się nie zorientowali. Nikt nic nie wiedział, bo zwiali zanim ktoś ich zauważył. Jakiś czas później znów wziął auto na imprezę. I wtedy zrobiłam coś, czego sobie nie umiem wybaczyć. Brat zawsze wracał koło trzeciej do domu. Ot, taki nawyk, żeby rodzice się nie czepiali, że śpi do południa i nic nie robi w weekend. Kiedy więc zbliżała się odpowiednią godzina, zadzwoniłam na policję. Brata zatrzymali, miał około promila w wydychanym powietrzu. Nie dowiedział się, że to ja. Nikt się nie dowiedział. Tylko że mnie poczucie winy dobija.

Suma summarum, brat już nie prowadzi, rodzice zabrali mu samochód i dopóki się nie wyprowadzi, ma zakaz wracania po 22. Czy można to nazwać szczęśliwym zakończeniem? Nie mnie oceniać.

#dfSzr

Po czym poznać, że firma, w której pracujesz jest bezwartościowa?

W moim przypadku moment otrzeźwienia przyszedł, kiedy szefowa nie wypłaciła nam premii rocznej (obiecanej pół roku temu za zasługi i obrót), bo przegrała batalię w sądzie o to, że sąsiedzi nad nią za głośno chodzą... Ponad 15 tys. w plecy, bo stare babsko lubi utrudniać innym życie.

#dr4tt

Zawsze czułam się pusta w środku. Depresja, która była idealnie maskowana. Gdy ktoś mnie poznawał w szkole, a później w pracy, uważał mnie za osobę, która żyje, jakby jutra miało nie być. Tak sobie żyłam, wyszłam za mąż, a depresję dusiłam ile się dało. Po latach starań udało się zajść w ciążę. Szczęście + strach. Czy dam radę? Czy będę dobrą mamą? Czy będę w końcu naprawdę szczęśliwa? Pierwsze badania prenatalne – coś jest nie tak, „Proszę przyjść za dwa tygodnie na kontrolę”. Okazuje się, że dziecko ma wadę, ale lekarz uspokaja, że to nic takiego, że po porodzie kilka operacji i dziecko będzie całkowicie zdrowe. Częste kontrole u ginekologa. Czułam ruchy maleństwa, byłam coraz bardziej szczęśliwa nadchodzącym porodem. Do tego dnia, kiedy przestałam je czuć. Szpital, USG i odbijające się słowa „Przykro mi, brak akcji serca, musi pani urodzić”. Urodziłam martwe dziecko, widziałam je, pożegnałam i pochowałam. Wróciła całkowita pustka. Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć, jak ja nie mogę zrozumieć, czemu nikt mnie nie przygotował, bo podobno przy tej wadzie dziecko często umiera przed porodem. Dlaczego to nie mogło się stać dużo wcześniej, dlaczego nie mogłam usunąć, kiedy tylko się dowiedziałam o tej wadzie? Nikt kto nie przeżył czegoś takiego nie zrozumie, jak to jest. Chcę umrzeć, chcę być razem z córką, na którą czekałam tyle czasu. Nie mam już siły udawać ,że wszystko jest w porządku.

#GSSVy

Chodzę na siłownię nie po to, by stracić, a właśnie by nieco przybrać na masie. Jestem szczupła, ale moje piersi zawsze wydawały mi się być w porządku, skromna miseczka C. Jednak po ostatniej wizycie na siłowni poczułam się mocno niedowartościowana.

Otóż, by unikać zaczepek ze strony obcych ludzi czy niepotrzebnie wchodzić z nimi w rozmowy, udaję czasem głuchoniemą. Dlatego też gdy ostatnio jakiś Sebastian próbował zagadać, uśmiechnęłam się i zamigałam, że nic nie słyszę. Odburknął coś i odszedł. Całą sytuację widziały dwie panie, o mocno rubensowskich kształtach. Ćwiczyły zaraz obok mnie, ale uznając, że i tak ich nie słyszę, głośno i bez skrępowania zaczęły mnie obgadywać.
- Zobacz, Helgo, to ma być kobieta? Zero kształtów, facet pewnie nie miałby ją za co chwycić, cha, cha cha. Cycki jak jajka sadzone.
- Dotknij taką, a zaraz się przewróci. Wywłoka jedna. Przychodzi tu po co niby?
- Jak to po co? Taką chudą dupą pomacha i myśli, że jakiś się na nią spojrzy. Wiadomo, że takie polują na facetów gdzie mogą.
- Masz rację, Karyno, dziwka.

Cóż, nie zareagowałam, nie zrzuciłam maski głuchoniemej, nie zrezygnowałam też z ćwiczeń obok pań. Ale współczuję paniom po prostu braku tematów do rozmowy, skoro cycki obcej im dziewczyny wywołują kilkunastominutową dyskusję.

#R7OHj

Spotykałam się ostatnio z pewnym facetem. Odbyło się kilka spotkań, po czym doszłam do wniosku, że źle mi się z nim rozmawia i nic na siłę, bo to nie ma sensu, tak samo jak nie ma sensu odwlekanie nieuniknionego. Tak więc spotkałam się z nim dzisiaj, wytłumaczyłam, jak to wygląda z mojej strony, CO WAŻNE nie całowaliśmy się ani nie chodziłam zauroczona, tyle co się z nim spotkałam, bo całkiem miły, nic więcej.

Co usłyszałam, jak wytłumaczyłam mu wszystko? Niekończący się monolog o tym, jak było cudownie i jak to możliwe, skoro patrzyłam tak na niego i to jak mówiłam (nigdy nie składam pustych obietnic), nawet mi powiedział, że pragnie zawalczyć o to, bo tyle to dla niego znaczyło i tyle trwało! Tak, trwało całe PIĘĆ spotkań. Usłyszałam: „Każdego dnia wstaję i zasypiam z myślą o naszych wspaniałych wspomnieniach”, „Byłaś taka szczęśliwa i rozpromieniona u mego boku!”. I wszystko brzmiało mniej więcej tak. Czy jest w tym prawda? Po prostu dobrze się bawiłam, ale gościu zapatrzony w siebie, kompletnie mnie nie słuchający. Dowód? Bagatelizował wszystko, co mówiłam.
Generalnie jego reakcja na to wszystko była taka, jak faceta po 8 latach związku, z którym dziewczyna chce zerwać. Serio. Nie wyolbrzymiam.

Chłopcy, nie popadajcie w aż takie skrajności i nie szukajcie dziury w całym, jak nie spodobacie się dziewczynie po kilku spotkaniach.

#anVFW

Wkurza mnie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, choć raczej z innych powodów niż niektórych ludzi. Nie mam nic do p. Owsiaka ani do samej inicjatywy. Wkurza mnie to, że coś takiego istnieje i że w ogóle jest potrzebne. Pracuję, płacę składki i miliony innych osób również, a mimo to wciąż jest mało. Żeby też nikt nie myślał, że obwiniam obecną partię u władzy, która zamiast na onkologię dała na telewizję państwową – WOŚP działa od 1993, więc u władzy były różne partie, nie tylko najgorsza. Dlaczego „ściepa narodowa” (kiedyś tak na WOŚP mówili w moim mieście) odbywa się i jest potrzebna? Dlaczego to, co państwo pobiera z pensji nie jest wystarczające, żeby wyposażyć szpitale i inne placówki medyczne? Co roku wrzucam i będę wrzucał do puszek, tego nie planuję zmieniać, bo wiem, że w ten sposób choć troszkę pomogę, pomimo uważania, że powinno to być zbędne.

#LHtjZ

Niektórym z Was mogę wydać się osobą wredną, podłą, czy co tam jeszcze. W zasadzie nie mam zamiaru się usprawiedliwiać.

Mam 25 lat, a z moim narzeczonym jestem już blisko od sześciu. Jak to w takich sytuacjach bywa, pora zacząć myśleć o zalegalizowaniu związku.

Oboje zgodziliśmy się co do kwestii wesela - planujemy zwykły poczęstunek po ceremonii, tylko dla najbliższej rodziny. Problemem okazał się być sam ślub.

Z pewnych względów chcę wziąć ślub cywilny. Najzwyczajniej w świecie nie uczestniczę w mszach (wyłączając pogrzeby, ceremonie zaślubin, I Komunie Święte), nie poszczę, nie spowiadam się itp. To nie tak, że jestem ateistką. Wierzę w jakąś siłę wyższą, szukam swojej drogi, którą nie jest katolicyzm.

Narzeczony wierzy w Boga, ale bywa w kościele równie często co ja. "Zasad" kościelnych również za bardzo nie przestrzega. Pomimo to upiera się, żebyśmy wzięli ślub kościelny (czy tam konkordatowy), bo:
- "Co ludzie powiedzą?" (mieszkamy w małej miejscowości)
- "Nie chcesz pójść do ołtarza w białej sukni?" - już kuźwa wolę czarną
- "Wszyscy biorą w kościele"
- "Przed Bogiem przysięgniesz, to zrozumiesz" - ciekawe, skoro dla mnie w zasadzie Bóg, Kriszna czy Latający Potwór Spaghetti to to samo.
I wiele innych, równie "poważnych" argumentów. Ma być ślub kościelny i już!

W końcu powiedziałam ukochanemu, że skoro to dla niego takie ważne, to się zgadzam. Musimy jednak zacząć żyć zgodnie z wiarą katolicką. I się zaczęło.

Wstawanie (po 6 dniach pobudki o 5:00 do pracy) na msze w niedziele, na godzinę 7:30, bo przecież później muszę mieć czas, żeby ugotować obiad. Spowiedź co tydzień, by żyć z czystym sumieniem. Koniec z seksem do ślubu (a z reguły śpię w kusych, koronkowych koszulkach).

Twardziel z niego. Wytrzymał 3 tygodnie i odpuścił.

Jednak przebiegła ze mnie bestia.

#GsNCs

Od niedawna razem z żoną chodzimy na koksownię. Ja sobie pompuję wolne ciężary, a żonka w strefie fit poznaje tajniki pilatesu, zasadniczo w dwóch różnych miejscach. 

Jak wiadomo, na siłce znajdują się osobniki płci żeńskiej, jednak poza nielicznymi wyjątkami, zwykle to dziewczyny ustawiające rowerek na minimum i klepiące w telefon lub trajkoczące z innymi samicami. Skończyłem dzienną dawkę powtórzeń, oglądam swoje bocianie pięty w lustrze, po czym kieruję się do strefy bieżniowej na małe kardio. Oczywiście damy zajęły większość stanowisk i robią wyimaginowane okrążenia po stadionie...

Na orbitreku ciśnie Ona. Jedna jedyna. Fitwoman. Gazela. Amazonka. Kobieta, której chlebem powszednim jest przysiad ze sztangą i wymach kettlem. Kobieta, która przyszła tutaj w jednym celu - żeby wykuć idealne, seksowne ciało. DAAAMMMNNN.

Szybki look, lewo prawo, czy czasem nie jest to pułapka, czy żona nie patrzy zza rogu wypatrując mojego wgapiania się, czy wywalonego jęzora. Czysto. Podchodzę bliżej, chłonąc widoki, do jakich zostały stworzone legginsy. Uśmiech rozszerza się na mojej twarzy, a kąciki ust spotykają się na potylicy. Obchodzę boginię, żeby zobaczyć, czy z przodu też klasa, a tam...

Żona: - O cześć misiu, już skończyłeś?

Lepiej pamiętać, jakiż to strój druga połówka kupiła na przecenie.
Dodaj anonimowe wyznanie