#PhE4z

Oglądałam w TV program w którym kobieta radziła, żeby czasami przed swoim mężczyzną udawać słabą i prosić go o pomoc, aby mógł się wykazać. Podobno męska natura potrzebuje czegoś takiego, żeby facet czuł się dowartościowany.

Akurat kupiłam nowy lakier do paznokci. Zrobiłam bezradną minę i powiedziałam “Kochanie, nie mogę go odkręcić, mógłbyś mi pomóc?”. Wziął ten lakier i zaczął się nad nim prężyć, raz, drugi, aż w końcu oświadczył że jest zapieczony i nie da się odkręcić. Problem w tym, że usiłował odkręcać w złą stronę.

Będę musiała mu wymyślić coś łatwiejszego.

#E89mP

Uważam, że powinno się wprowadzić ustawowy zakaz trzymania psów w mieszkaniach. Jestem wychowany na wsi. Od zawsze obcowałem ze zwierzętami. Potrafię się o nie zatroszczyć. Teraz mieszkam w mieście, w bloku. I nie mogę na patrzeć na to, co ludzie wyczyniają z psami.
Trzymają duże zwierzęta na małym metrażu, często z dużą ilością innych domowników.
Nie reagują na szczekanie pupila. Często zostawiane są one na całe dnie same w mieszkaniach. A zwierzak zawodzi i szczeka (ale co tam, przecież właściciel tego nie słyszy, więc mu nie żal).
Ludzie pozwalają psu sikać na klatce schodowej, często po psie nie sprzątają.
Nagminne jest wyprowadzanie zwierza na tereny zielone, place zabaw. I oczywiście NIKT po swoim psie nie sprząta.
Kilkakrotnie zwracałem kulturalnie uwagę, ale po pewnym czasie zrobiono ze mnie na osiedlu ćwoka, co się czepia i „nie lubi piesków”.
A ja po prostu nie mogę znieść tego, że ktoś dla własnego podłechtanego ego tak uprzykrza życie psu i sąsiadom.

#XeY4K

Mieszkam na przedmieściach dużego miasta. Rok temu po wielkiej wichurze zostały uszkodzone linie elektryczne i nie było prądu w całej okolicy. Gdy szedłem na przystanek autobusowy, wszędzie widziałem ludzi. Przed każdym domem minimum 1-2 osoby, ludzie rozmawiali ze sobą przez płoty, dzieci biegały z piłką po ulicy, ktoś rozpalał grilla.

Następnego dnia, gdy prąd wrócił, idąc na przystanek nie widziałem ani jednej osoby.

Chciałbym, żeby częściej były takie awarie. Może ludzie by sobie przypomnieli, że życie to nie tylko telewizory i komputery.

#T1lRo

Nie należę do osób najbardziej rozgarniętych. Raczej do tych najbardziej nierozgarniętych. Wróciłam któregoś dnia po szkole, tato robił mini remont. Jest stolarzem, więc mama go czasem prosi o różne duperelki. Ale jak na Polaka przystało co to za remont bez dobrego piwa. Był już lekko podchmielony, a chciał wreszcie skończyć całą robotę. Nagle słyszę "Oszzzz kuurde! Farba się skończyła!" 

Dodam, ze farba droga, by długo trzymała, zakupiona w specjalnym sklepie. I co teraz? Dawaj córcia jedź po farbę! No dobrze. "Kij z tym, że nie do końca masz prawo jazdy. Jakby co za mandat zapłacę!". Lekkie ryzyko, ale sklep wkrótce zamykają, to autobusem nie zdążę. Pal licho, jadę! Tatuś w potrzebie! 

Siadam z lekkim stresem, ale i dumą, do auta. Odpalam i jechane. Jak profesjonalista! Kręcę "kółkiem", śpiewam, cieszę się jak głupia. Piękną kopertą parkuję, zamykam autko i idę do sklepu.

Kupiłam farbę i jeszcze dodatkowo kilka desek, gwoździ, by sobie dodatkową półkę w pokoju zrobić. Płacę i wychodzę ze sklepu. Wracam sobie z tym wszystkim, ale tak jakoś mi ciężko. Wchodzę do domciu, wciąż tak samo z siebie dumna, wręczam tacie farbę.
 
Minęła może godzina, gdy tata do mnie mówi "Córcia daj no kluczyki, bo wiertarkę w bagażniku zostawiłem". Podałam mu kluczyk, spytał "Gdzie zaparkowałaś?".

To jest ten moment! Wyobraźcie sobie moją minę i oczy gdy powiedziałam "Ja pierdzielę! Ożeż kuźwa!". Tak! Auto zostało na parkingu przed sklepem, gdyż wróciłam do domu autobusem. Tak, tak! Zapomniałam, że przyjechałam samochodem i wróciłam autobusem. Chyba z przyzwyczajenia.

Wyprzedzając pytania: Nie, nie było dla mnie nic dziwnego w trakcie trwania tej sytuacji. Ani to, że było mi ciężko, ani to, że miałam w rękach kluczyki, ani to, że w sklepie spędziłam może 5 minut. Niestety, takie umysłowe roztargnienie jest możliwe... Tak, ja też współczuję swojemu przyszłemu mężowi :P

#F5xsD

Jestem osobą mieszkającą w Polsce. Mam 16 lat i zwracam się o pomoc w Internecie, ponieważ nie mam z kim porozmawiać. Od 2 klasy byłam traktowana jako "gorsza" dziewczyna w klasie. Był tam taki chłopak, który był dość biedny i był okrutnie dręczony, nie tylko przez innych uczniów, ale także przez nauczycieli szkolnych. Nie wiem dlaczego. Postanowiłam stanąć w jego obronie i go bronić, ale później zaczęli mnie z tego powodu dręczyć. Było mi trudno sobie z tym poradzić, a bałam się o tym mówić rodzicom. Torturowali mnie, nękali, straszyli i bili.

W 4 klasie to już był koniec, ale nie rozumiem, jak dziecko w 3 klasie mogło się pociąć przez tę bandę łobuzów. W 5 klasie już byłam gdzie indziej, w innej szkole, gdzie pragnęłam, by było inaczej i było łatwiej. Na początku kilka osób mi dokuczało, ale poznałam dziewczynę, okropną dziewczynę, z którą zrobiłam wiele złych rzeczy. Nauczyła mnie trochę, jak się bronić przed takimi sytuacjami. Zła strona w sobie zaczęła się ujawniać i zaczynałam palić, a później pić i na końcu palić marihuanę. Tak było do 8 klasy. Każdego dnia była walka, wstając z łóżka, myśląc "może lepiej byłoby wejść pod pędzący samochód". Strasznie lubiłam spędzać czas sama, na opuszczonych ruinach i torach. Miałam kilka prób samobójczych z powodu złego zachowania mojego kuratora, które zaczęło się po tym, jak zaczęłam kraść.

Później było liceum, fajna klasa i przyjaciele, ale nadal odczuwałam pustkę wewnętrzną i nienawiść do siebie. Każdego dnia musiałam walczyć z myślami o samobójstwie, zastanawiając się, czy nie powinnam podążyć za swoimi myślami i wejść pod jadący samochód. Lubiłam spędzać czas sama na opuszczonych torach i ruinach bloków, ale niestety miałam jeszcze kilka prób samobójczych.

Ostatnio moja sytuacja się pogorszyła, siedzę teraz przy oknie z liną, żyletką i tabletkami w pokoju. Bardzo proszę, jeśli ktoś mógłby się ze mną skontaktować i pomóc, byłabym bardzo wdzięczna. Nie daję już rady i nie chcę kończyć życia z powodu mojej mamy, babci i chłopaka... Proszę, bardzo proszę o pomoc.

#HF24j

Jakiś czas temu czułem się osłabiony, w związku z tym udałem się do lekarza. Ów lekarz zlecił badania krwi oraz moczu. W dniu w którym miałem mieć pobieraną krew, zabrałem ze sobą poranną urynkę w specjalistycznym pojemniczku. Niewiele myśląc, włożyłem ją do luźnej kieszeni płaszcza i udałem się do przychodni. 

Na miejscu zająłem swoją kolejkę. Okazało się, że jest sporo ludzi, więc wysiedziałem grzecznie z pół godziny na swoją kolej. W pewnym momencie (na kilka osób przed moim planowanym wejściem) spojrzałem w dół i spostrzegłem obfitą kałużę jakiejś substancji. Okazało się, że owa tajemnicza substancja to właśnie zawartość mojego pojemniczka. Nie wiedząc jak zareagować spanikowałem, ustawiłem sobie budzik i udawałem że odbieram telefon. Po czym szybkim i pewnym krokiem udałem się do wyjścia, mówiąc do telefonu, że "zaraz tam będę" (przecież nikt do mnie nie dzwonił).

Podejrzewam, że jednak osoby czekające za mną w kolejce skojarzyły moją nagłą ewakuację z kałużą uryny na podłodze. W życiu nie czułem się tak zawstydzony i zakłopotany.

#vZsON

Jestem dość wrażliwa na otoczenie w którym przebywam, mam na myśli wnętrza itp.
W domu moich rodziców nic do siebie nie pasowało, każdy mebel był z innej parafii, mama gromadziła absolutnie wszystko "bo się przyda", miejsca na to nie było i mnóstwo rzeczy leżało na półkach, blatach, szafy się nie domykały. Raz udało mi się wywalczyć odmalowanie salonu, zrobiłam to sama, do tego przestawiłam meble żeby pomieszczenie było bardziej funkcjonalne, podzieliłam je na strefy. Goście pytali się kiedy zdążyliśmy zrobić remont, tak bardzo zmienił się pokój.

Ale to było raz, każda próba wyrzucenia/schowania czegokolwiek kończyła się wyrzutem że najchętniej bym matkę wyrzuciła. Nie mogłam tam wytrzymać. Nie mogłam się skupić. Nieodmalowana od 15 lat kuchnia mnie brzydziła (bo bez sensu machnąć ściany białą farbą jeśli "niedługo" będzie remont kuchni, słyszę to od 10 lat, nie, nie planują remontu). Sporo rzeczy można w domu zrobić bez wielkich funduszy, więc brak pieniędzy to żadne wytłumaczenie.

Szybko się usamodzielniłam, do liceum poszłam do szkoły z internatem (miałam stypendium i pracowałam), a ostatni raz nocowałam u rodziców kiedy miałam jakieś 18 lat.
Mając 22 lata kupiłam swoje mieszkanie (planowałam to od kiedy miałam 13 lat) i wreszcie czuję spokój. Pierwszy raz jestem u siebie. Mały remont, powoli dokupuję meble. Nie jestem jakąś niesamowitą estetką czy perfekcjonistką, gdzieniegdzie ściany wyszły krzywe, w łazience delikatnie odłupała się płytka... No nie jest to instagramowe wnętrze ale jest schludne. Codziennie wieczorem staram się powierzchownie posprzątać wszystkie pokoje, na bieżąco wyrzucam butelki po szamponach więc łazienka wreszcie nie jest nimi zawalona. Dokumenty trzymam w segregatorach na półce. Sprane ubrania wyrzucam i nie trzymam miliona worków "na szmaty".

Smutno mi trochę że całe życie musiałam podporządkować temu żeby móc mieszkać jak człowiek, ale nie szło inaczej. Nie miałam swojego miejsca na świecie i czułam się bez tego okropnie, wręcz nie mogłam funkcjonować, obsesyjnie myślałam tylko o tym że chciałabym być u siebie.
Teraz czuję spokój jakiego nie czułam nigdy, ale nic nie wróci mi lat straconych na oszczędzaniu i pracy kiedy rówieśnicy nawiązywali kontakty i zwiedzali świat.

#83UMU

Opiszę wam, jak straciłam rękę, jednak aby zachować anonimowość, nie będę wchodzić w szczegóły. Jestem pewna, że dużo takich historii nie było, a nie chcę zostać rozpoznana.

Otóż około dziesięciu lat temu mieszkałam na przedmieściu, o ile można je tak nazwać. Kobieta, która mnie urodziła zaciążyła w dość wczesnym wieku, a tata harował, by nas utrzymać. Jakoś tak w lato ta kobieta rąbała drewno, aby rozpalić ogień na kąpiel. Wystarczy chyba powiedzieć, że nigdy nie sprawowała się dobrze w roli matki - wyzywanie, przeklinanie, poniżanie, bicie. Tego dnia gdy bawiłam się zawołała mnie i kazała położyć rękę na pniaku, ja jako ufne dziecko myślące, że "mamusia" chce się ze mną pobawić choć raz, zrobiłam to. I tak straciłam rękę... Swoje życie zawdzięczam chyba tylko sąsiadowi, który był weterynarzem i tego dnia pracował na dworze i coś go tknęło, żeby spojrzeć co się dzieje. Nie wiem co było do końca dalej, sama ledwo pamiętam i nigdy nie chciałam pytać. Wiem tylko, że ją zamknęli w zakładzie psychiatrycznym.

Jakieś półtora roku temu, może więcej, wyszła, nie wiem czemu i jak to możliwe. Mój tata po paru spotkaniach zaczyna jej wybaczać, ja na nich nie byłam, nie mogłam, wiem tylko to, że nawet w zakładzie przez ostatnie dwa lata ją odwiedzał. Widać, że ją kocha i będzie potrafił jej wybaczyć, ja jej nienawidzę. Kocham mojego tatę, ale będzie musiał wybierać: albo ja, albo ona. Jakieś osoby, które pomagały/pomagają jej ponownie zacząć życie namawiały mnie na spotkanie, że ona się zmieniła i jest już zdrowa. Nie wierzę w to i jeśli dalej tak będzie, zamierzam uciec od niej jak najdalej stąd.

#GMXkb

Znacie to uczucie, gdy ktoś wykorzystuje waszą naiwność do granic przyzwoitości? tak? Ja tak, i to bardzo. Piszę tę historię z przystanku, na którym się ukryłam przed deszczem po ucieknięciu z hotelu. A co w nim robiłam? Zacznijmy od początku.

Pan czarujący i miły. Nie od razu trafił w me serce, po wcześniejszych niemiłych przygodach z przedstawicielami płci męskiej nie ufałam zbytnio. Ale niestety udało mu się. Nazwijcie mnie głupią, naiwną dziewczynką, ale po prostu zbaraniałam.
Umówiliśmy się, że przyjedzie po mnie do domu i razem pojedziemy gdzieś. I tak też zrobiliśmy, popijałam wino, trafiliśmy do hotelu. On nie pił, gdyż był kierowcą. W pokoju oczywiście doszło do pewnych czynności, oczywiście chodziło tylko o zaspokojenie jego potrzeb i przyjemność. Po AKCIE, bo tylko tak można to nazwać, zostawił mnie w pokoju i wyszedł tłumacząc się, że zapomniał ładowarki z auta. A ja głupia uwierzyłam... Po 20 minutach jego nieobecności chyba trochę otrzeźwiałam, ubrałam się, sprawdziłam parking, nie ma go. I co robić? Nie mam kluczy do pokoju, nie mam jak dostać się do swojego domu. Po krótkiej chwili uznałam, że wychodzę, ale okazało się, że drzwi wyjściowe są zamknięte. Musiałam dzwonić do recepcjonisty i prosić go o otwarcie drzwi (na szczęście okazało się, że dupek opłacił z góry pokój). I tak uciekłam, pożegnałam się z panem recepcjonistą i uciekłam. Najpierw biegłam przez ulewę, a gdy już w końcu zmokłam, znalazłam jakieś zadaszenie i dzwoniłam do kogokolwiek z samochodem, kto mógłby mnie odebrać (nie było PKS-ów, autobusów, autokarów do mojego miasta w nocy, a za taksówkę zapłaciłabym krocie). W końcu odebrał mój ukochany brat i zgodził się po mnie przyjechać.

Nie oceniajcie mnie zbyt srogo, spanikowałam, a wcześniej oczy zasłoniły mi piękne słowa. Każdy popełnia błędy, a przynajmniej ja popełniam ich bardzo dużo.

#0Ce54

Pod koniec pierwszej klasy szkoły podstawowej rodzice wysłali mnie na obóz harcerski w celu usamodzielniania się. Spaliśmy w niewielkim schronisku młodzieżowym, jak to często na tego typu wyjazdach bywa, w pokojach wieloosobowych. Sytuacja miała miejsce ostatniego dnia obozu, przy ognisku pożegnalnym. Jako że mieliśmy wyjeżdżać do domu bardzo wcześnie rano, wszystkie drużynowe dopilnowały, żeby każde dziecko było już spakowane. Podczas naszych zabaw i śpiewów przy ognisku, kierowniczka wycieczki postanowiła przejść się po pokojach i sprawdzić, czy aby na pewno nikt nie zostawił jakichś rzeczy w szafkach czy pod łóżkiem. Następnie wróciła do nas, niosąc reklamówkę, i kazała się po nią zgłosić właścicielowi, nie szczędząc przy tym wyzwisk w jego kierunku (jak głupim trzeba być, żeby nie potrafić się spakować; czy nie potrafimy nawet zajrzeć pod łóżko i sprawdzić, czy nic tam nie zostało; czy ona wszystko musi za nas robić; że to przez nas, małych gówniarzy, ona dostałaby później opierdziel od rodziców, jak ich pociecha wróciłaby bez części swoich rzeczy itp.). Myślę, że nietrudno się domyślić, że nikt nie zgłosił się po reklamówkę. Drużynowa postanowiła więc wywalić całą jej zawartość na ziemię, a okazała się nią w większości brudna bielizna. Opiekunka raz jeszcze zapytała, czy zgłosi się właściciel, a po chwili ciszy wpadła na genialny pomysł. Stwierdziła, że te brudne majtki potraktuje jako nagrodę dla najgrzeczniejszych dzieci podczas obozu. Następnie wywoływała nazwiskami i z dumą rozdawała bieliznę na oczach wszystkich, w sposób, który porównywalny jest z wręczaniem Oscarów. Sama odebrałam wtedy bodajże trzy pary majtek. Po powrocie do pokoju wcisnęłam je gdzieś do torby i zapomniałam o sytuacji. Dopiero w domu, gdy mama brała moje rzeczy do prania, zwróciła uwagę, że chyba przez pomyłkę podpierdzieliłam komuś bieliznę, więc opowiedziałam jej o wszystkim. Ku mojemu zdziwieniu, ta ucieszyła się, że nowe gatki będą na mnie pasować, więc się wypierze i będą jak znalazł. I tak oto przez jakiś czas chodziłam w tych majtach, które były „nagrodą” za bycie grzecznym dzieckiem na obozie (i nie, nie pochodzę z rodziny, której nie byłoby stać na zakup kilku par nowych).

Nie wiem, co o tym myśleć. Ale jak musiała się czuć 7-letnia dziewczynka, której brudna bielizna była rozdawana na oczach przynajmniej kilkudziesięciu dzieci, i jak wytłumaczyła rodzicom, czemu wróciła do domu bez niej?
Dodaj anonimowe wyznanie