Mam 32 lata, ogarnięty finansowo, stabilne życie. Nigdy moje relacje nie trwały dłużej niż 3-4 miesiące, bo zawsze druga strona mi dziękowała. „Jesteś za dobry”, „Zbyt ułożony”, „Nie jesteś facetem dla mnie”. Nigdy nie zdarzyło mi się, bym sam kończył jakąś relację. Były trudne sytuacje, ale zawsze do przepracowania z mojej perspektywy, tymczasem druga strona potrafiła kończyć relację z dnia na dzień i to naprawdę z błahych powodów (np. „nie wziąłeś mnie nigdzie na wakacje”). Ostatnio zauważyłem, że coś we mnie umarło. Nie czuję żadnego entuzjazmu z poznawania kogoś. Nikt nie potrafi wzbudzić we mnie pozytywnych emocji, wszystko wydaje mi się płytkie i nic nieznaczące. Mam poczucie, że znowu ktoś mnie nie wybierze. Że znowu będę niewystarczający. Lata lecą, a moim marzeniem było zawsze założenie rodziny.
Okazuje się, że spłacenie hipoteki jest dużo łatwiejsze niż stała relacja w dzisiejszych czasach.
Mam 31 lat i naszła mnie pewna myśl.
Żyjemy w czasach, że ciężko o relacje, jest mnóstwo singli, nie rodzą się dzieci.
Sam również jestem singlem i boję się samotnej starości. Każdy z nas koniec końców podupadnie na zdrowiu, skończą się znajomości, nie będzie już rodziców – w wieku 40-50 lat nikt nie zadzwoni, nie przyjedzie na święta, nie odwiedzi, nie zapyta, co u ciebie. Ostatnio dowiedziałem się, że sąsiada mojego znajomego znaleźli w mieszkaniu dopiero po 2 tygodniach. Nikt się nie zainteresował i nie wiedział co się z nim dzieje. Dopiero zapach rozkładającego się ciała sprawił, że służby były wzywane do mieszkania.
Pojawi się pewnie mnóstwo domów samotnej starości, gdzie nie każdego będzie również stać na pobyt. Prawdopodobnie więcej osób będzie próbowało targnąć się na swoje życie, bo dla kogo żyć, po co, w jakim celu, jak nie ma się z kim tym życiem dzielić? Nie będzie sytuacji, że można się zaopiekować wnukami, że dzieci odwiedzą, przyjadą, że będzie jeszcze ta druga osoba obok.
Przeraża mnie ta perspektywa.
W podstawówce nauczycielka kazała nauczyć się naszego hymnu szkoły. Mieliśmy go zaśpiewać, po czym ona wybierała kilku najlepszych, którzy musieli śpiewać ten hymn na każdej uroczystości. Bardzo nie chciałem zostać wybrany, dlatego na tym „castingu”, kiedy przyszła moja kolej, zacząłem fałszować najlepiej jak tylko umiałem. Przerwała mi po kilku słowach i powiedziała, abym się nie wygłupiał i zaczął od nowa. Powtórzyłem mój plan i znowu zacząłem udawać hamujący pociąg. Wkurzyła się i wyrzuciła mnie z sali.
Pamiętam, że czułem wtedy taaaką satysfakcję :)
Zawsze chciałam znaleźć psa, który komuś uciekł i ktoś go szuka, żeby móc go oddać i widzieć szczęście tej osoby.
Nie wiem, czy to ja jestem nienormalna i nie rozumiem XXI wieku, czy to właśnie innym ludziom coś się poprzewracało w głowach.
Mój ojciec zostawił mamę dla córki siostry mojej mamy.
Czy tylko mi się to wydaje chore? A po oznajmieniu mi tego nie rozumiał, dlaczego jestem zła albo się nie odzywam. Poważnie mam w głowie jakiś mindfuck, może wy mi powiecie, kto tu ma nie po kolei w głowie.
Tuż przed Sylwestrem dostałam nowinę – moja mama ma raka. To nie tak, że się nie spodziewaliśmy – spośród siódemki jej rodzeństwa żyje trójka (dwoje ma nowotwór, trzeci nie chce się badać), pozostałe grono zmarło z podobnych przyczyn.
Od pół roku wszystkim z rodziny radzę, żeby się zbadali – taka prewencja pozwoliła na szybkie zdiagnozowanie mamy, po operacji ma się dobrze. Rodzina od strony mamy jest liczna, mam kilkanaścioro sióstr/braci ciotecznych, którzy mają dzieci, które mają dzieci. Przekonałam kilkoro na badania genetyczne. Idą razem, rodziną – w kupie siła. U jednego ukazały się zmiany, reszta zdrowa, do kontroli za rok.
I mimo że nowotwór jelita grubego pojawia się zwykle po 40 roku życia, życie dało mi jedną szansę na kilkadziesiąt tysięcy – mam go. Poszłam na badania w tajemnicy, mając 25 lat, i okazało się, że jestem w stadium pozwalającym jedynie na resekcję dużej części jelita grubego, pozostawiającym mnie z workiem stomijnym. Tak na wszelki wypadek, gdyby mi się zachciało żyć po utracie połowy rodziny, chorej mamie, problemami osobistymi i depresji, którą dopiero postanowiłam leczyć. Na życie z „wyrokiem” się nie zgadzam.
Przykro mi, kiedy myślę ze spokojem o własnej śmierci. Śmierci pod warunkiem, że moi rodzice już nie będą żyć. Nie chcę im robić przykrości własną śmiercią, ale wciąż nie potrafię powiedzieć im prawdy.
Gdy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym, miałam pewnego sąsiada, który bardzo lubił imprezować i puszczać głośno muzykę – do tego stopnia, że ja dwa piętra niżej odnosiłam wrażenie, jakby ktoś imprezował za moją ścianą. Sąsiedzi wiele razy wzywali policję, lecz nigdy nie przynosiło to rezultatów – delikwent nie otwierał im po prostu drzwi, przez co miał nawet założoną sprawę w sądzie. Miarka jednak przebrała się pewnego późnego wieczoru, gdy mama wyszła na balkon zapalić. W tym samym momencie sąsiad uznał, że najlepszym miejscem do załatwiania potrzeb fizjologicznych jest balkon. Mówiąc wprost – prawie obsikał moją mamę. Uknułyśmy wtedy plan zemsty.
Delikwent, podobnie jak większość sąsiadów, dojeżdżał do pracy rowerem, który zostawiał tuż przy wejściu do piwnic – tak, że widziała go każda osoba, która wchodziła lub wychodziła z klatki. Nakleiłyśmy na cały rower mnóstwo samoprzylepnych karteczek z ogromnym napisem „SIKA PRZEZ BALKON”. Sąsiedzi z rana zastali zatem bardzo ciekawy widok, a sam pokrzywdzony już nigdy nie dopuścił się podobnych praktyk ;).
W pracy mam układ z biurem, że ja donoszę na innych i przez to mogę robić, co chcę. Ostatnio jednak nie było czego powiedzieć, nic się nie działo. Wytarłem więc po sraniu palce w ścianę i kilka innych rzeczy, i udało mi się zgonić to na jednego gościa. Niestety zostałem przyłapany, jak robiłem kupę na podłogę w szatni i teraz już układ z biurem nie działa, a koledzy się śmieją ze mnie i nazywają „obesrołem”. Boję się, że jak wyjdzie dalej, to w mojej wsi też będą mnie tak wyzywać, a byłem tam sołtysem.
Tak się zastanawiam: czy możliwy jest poważny związek pomiędzy 36-latkiem (mną) a 18-latką?
Czuję do tej dziewczyny miłość, ale pomieszaną pomiędzy miłością ojcowską i miłością do kobiety.
Wiem, że to nie jest do końca naturalne, ale byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym mógł zdobyć się na odwagę i powiedzieć jej o uczuciach.
Jak mój syn rozpętał prawdziwą karuzelę śmiechu rodem z „Chwili dla Ciebie”.
Mój półtoraroczny syn czasem dosyć głośno śmieje się przez sen. Pewnego razu byłam z małym u rodziców, którzy mieszkają w domu z cienkimi ścianami. Trzecia w nocy, a mój syn się śmieje na cały regulator. Dla mnie norma, dla rodzinki coś nowego, więc mój tata przebudził się i wstał sprawdzić, co się dzieje, czy wszystko w porządku. Jak zobaczył wnuka, to rozczulony też zaczął się śmiać. Stwierdził, że moja mama też musi to zobaczyć, więc ją obudził, powiedział co i jak i przyszli razem. Brat z siostrą również zostali obudzeni na tę okoliczność. No i młody się śmieje, a pod drzwiami cała rodzinka rozczulająca się i śmiejąca jednocześnie. Młody przestał po kilku minutach, a oni dalej się śmiali :)
Karuzela miała jednak koniec, jak ich wywaliłam spod moich drzwi, bo jednak mnie to nie śmieszyło ;)
PS Uprzedzając pytania, byłam z młodym u neurologa, wszystko git.
Dodaj anonimowe wyznanie