Poznaliśmy się przez Internet. Na początku standardowa rozmowa w stylu "czym się zajmujesz, co lubisz robić w wolnym czasie" etc. Muszę przyznać, że rozmowa była dość nudna, więc olałam sprawę. Jednak on nie dopuszczał i powoli, małymi kroczkami zbudowaliśmy fajną internetową relację. Odnaleźliśmy wspólny język, rozmowy od rana do później nocy. Dał wsparcie, dał zaufanie, ja też starałam się nie być dłużna.
W końcu zaproponował spotkanie, ja się zgodziłam. Kiedy go zobaczyłam, stanęłam jak wryta. Zdaję sobie sprawę, że zdjęcia zawsze pokazują nas w tej "lepszej wersji", ale ujrzałam faceta, wręcz CHŁOPA, który od momentu wrzucenia zdjęć na fejsie przytył jakieś 20 kg.
No cóż, zacisnęłam zęby i starałam się nie skreślić go tylko ze względu na nadwagę. Randka przebiegła w przyjemnej atmosferze, doszło do kolejnych spotkań i naprawdę fajny z niego facet.
Tak, zakochałam się. Zakochałam się, tylko nie potrafię się zmusić do jakiegokolwiek zbliżenia fizycznego. Brzydzę się jego fałdów tłuszczu i tego, że po dłuższym spacerze ma zadyszkę i jest wykończony.
Chciałbym stworzyć z nim coś poważnego. Jednak nie potrafię poruszyć wprost tematu jego wyglądu. Delikatne sugestie nie przynoszą efektów. Aktywne, regularne randki i pomoc w zmianie nawyków też jest niemożliwa, ponieważ mieszkamy dość daleko od siebie.
Możecie myśleć, że jestem pusta i patrzę tylko na wygląd. Widzę wszystkie jego dobre strony, ale wiem, że nie będę w stanie się przełamać, żeby do dotknąć.
4:00 - Wstaję, obmywam swój nędzny pysk, jem coś na szybko - o ile nie zaspałem - i wybijam na autobus.
4:30 - Na dworze -5, a odczuwalne -500, śladu po autobusie brak.
4:41 - W końcu kierowca się lituje nade mną i innymi współwięźniami, wsiadam, witam stałych bywalców, i siadam, próbuję udać się ku objęciom Morfeusza, próbuję, bo kierowca perfekcyjnie mi to utrudnia, najeżdżając na wszystkie możliwe dziury.
5:51 - Jestem na miejscu, krótki spacer do nic nie znaczącego miejsca pracy i można zacząć udawać, że pracuję przez 8 godzin.
14:15 - Rozpoczynam powrót do mojej jaskini, po drodze zatrzymując się na 3 przystankach.
15:30 - Jestem w domu, zamulam, nic nie robię, a może robię wszystko, byleby nic nie robić - jeśli to ma sens, nie? Pogubiłem się w tej wojnie ze światem.
23:00 - Kładę się spać, myśląc co poszło nie tak, po drodze uświadamiając sobie, że wszystko.
2:00 - Udaje mi się zasnąć.
4:00 - BEEP BEEP BEEP.
Każdy dzień taki sam, tylko inna data - dzień świstaka.
Nagle, nic stąd, ni zowąd, ktoś postanawia "zepsuć" mój piękny harmonogram dnia, a było to mniej więcej dwa miesiące temu.
14:27 - pierwszy przystanek, do autobusu wsiada anioł o jasnych włosach, po czym stojąc nade mną zadaje magiczne pytanie: "Można?". Prawie opluwając siebie odpowiadam "Jasne" i Roszpunka zajmuje miejsce obok.
Czemu ja? Czym się wyróżniam? Szybkie ogarnięcie sytuacji, no tak, jedyne wolne miejsce... czego mogłem się spodziewać z moim pyskiem, he?
Przedstawiając się i dowiadując się, że Roszpunka to nie Roszpunka, a Julia, nastaje dosyć długa, mordercza cisza - nie chcąc jej kontynuować, sięgam ręką po słuchawkę, lecz gdy tylko próbuję wsadzić ją do ucha, Julia łapie mnie za rękę i zadaje kolejny raz to samo pytanie, "Można?", ja natomiast po raz kolejny mało co się nie opluwając ze zdziwienia odpowiadam "Jasne", lecz nagle w głowie zapala mi się lampka... mam profilowane słuchawki i żeby ona mogła słuchać, musiałaby... "Nie ma problemu" - mówi, po czym przysuwając się do mnie praktycznie jak najbliżej, kładzie mi swoją głowę na ramieniu.
15:15 - Wysiadamy z autobusu, na odchodne rzuca rozpuszczające mnie "Pa" i rusza w przeciwnym kierunku, a ja udaję się do jaskini, próbując się wybudzić ze snu.
Pierwszy, drugi, dziesiąty. Ku mojemu zdziwieniu tak mijają kolejne dni "po dziś dzień", Julia dzień w dzień przysiada się do mnie i całą drogę rozmawiamy o wszystkim i o niczym, o mnie i o niej, o całkiem poważnych rzeczach, jak i o totalnych pierdołach, a jak któreś z nas jest zmęczone po pracy, to po prostu słuchamy muzyki, tak jakby... wtuleni.
Średnio 48 minut dziennie, 48 minut haju, czuję się jakbym był ćpunem, a czas z nią kolejną kreską na blacie - w końcu dzień nie do końca należy do świstaka... tylko do niej.
I wiecie, jak to jest przegrać? Jeździć dzień w dzień ze swoim ideałem i nie zrobić kroku.
Jak mnie to denerwuje ta Świąteczna pomoc śmierdziuchom bezdomnym alkoholikom!
Ale ciul napiszesz coś złego że zgadzasz się np. "Proszę nie wpuszczać bezdomnych na klatkę schodową".
To dostaniesz opierdziel że tak się nie postępuje itd.
Tylko że dużo osób wie dlaczego te śmierdziuchy zostają bez dachu nad głową bo przechlali swoje życie, były wyciągane do nich ręce ale oni mieli w dupie tą pomoc.
To że w całym domu wali jak z meliny to też nie fajnie ale NIE TRZEBA POMÓC MENELOM JAK ONI SAMI NIE CHCĄ TEJ POMOCY.
Jestem facetem. Zdarza mi się logować na losowe czaty jako np. agnieszka_24, zuzia19 czy patrycja-2002 itp. Nie jestem zboczeńcem realizującym swoje pragnienia, uprawiając namiętny cyberek z niczego nieświadomymi facetami. Mam inny cel.
Obserwuję, jak obecnie z kobietami porozumiewają się mężczyźni. Notuję, zapisuję i wyciągam wnioski. W jednym celu — kiedy sam korzystam z portalu randkowego albo zaczynam pisać z nowo poznaną znajomą przez SMS, piszę zupełnie coś innego niż goście, którzy wcześniej ze mną rozmawiali.
Działa ;)
Mieszkam w Anglii od kilku lat. Złożyło się, że poznałam tu niezwykle fascynującego faceta, który w parę sekund skradł moje serce. Oboje borykaliśmy się wtedy z niezbyt poważnymi (ale za to niezwykle uciążliwymi) kłopotami finansowymi i idąc w ślad za znajomymi nam parami, postanowiliśmy razem zamieszkać. Ot tak, bez większych zobowiązań. Zawsze mniej kasy do wydawania na rachunki i bilety (mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach, 15 minut pociągiem).
Po tym wstępie mogę przejść do konkretów.
Ogólnie rzecz ujmując, trochę to słabe, gdy twoje imię nie ma angielskiego odpowiednika, by móc się chociaż przedstawić bez powtarzania go kilkakrotnie. Mnie trafiło się właśnie takie – na dodatek niezwykle trudne do wypowiedzenia dla rodowitego Anglika. Toteż mój ówczesny chłopak, nie chcąc łamać sobie języka, nazywał mnie imieniem swojego kota... Osobiście uważam swoje imię za mój największy atut i wcale się go nie wstydzę, ale drugie było krótsze i słodkie. Lily.
Długa historia w wielkim skrócie: jeden z naszych sąsiadów usłyszał przez ścianę odgłosy towarzyszące, no cóż, uprawianiu miłości, czemu bardzo chętnie i z pełnym zaangażowaniem się oddawaliśmy. Miałam z nim kontakt wcześniej, zaraz po przeprowadzce. Zaczepił mnie następnego dnia na korytarzu i – o dziwo! – zapamiętał moje imię (tłumaczył to oryginalnością). Szybko wyłożył karty na stół; donos brzmiał następująco: Twój chłopak cię zdradza. Wykrzykiwał wczoraj imię innej dziewczyny.
Podziękowałam uprzejmie i wytłumaczyłam nieporozumienie.
Wróciłam do domu niebywale rozbawiona. Trzymając się w klimacie żartów, powiedziałam: „Hej, co tam? U mnie spoko, dowiedziałam się, że mnie zdradzasz”. Wyraz twarzy chłopaka od razu dał mi odpowiedź.
Zdradzał, ale nadal chciał ze mną mieszkać, bo płaciliśmy niższe rachunki...
Nigdy nie byłam bardziej wdzięczna rodzicom za tak specyficzne imię.
Swego czasu weszłam w niezobowiązującą relację ze studentem medycyny. Jakie było moje zaskoczenie, gdy po naszej pierwszej wspólnej nocy stwierdził tylko, że mam tyłozgięcie macicy.
Na co dzień pracuję w szpitalu dziecięcym jako fizjo. Ilość przewijających się u nas dzieciaków jest ogromna, wiadomo część się zapomina ale są przypadki zostające w głowie na długo i nawet po kilku latach potrafiące wywołać łzy.
Tak właśnie było z P(acjentem).
P trafił na nasz oddział z powodu dosyć błahego i w teorii dość prostego do wyprowadzenia. Akurat miałam mniej pacjentów więc trafił w moje ręce.
P był trochę nieśmiałym ale mimo wszystko uroczym człowiekiem. Jako, że pracowałam z nim codziennie około godzinę mieliśmy czas się zapoznać. I tutaj popełniłam pierwszy błąd.
P miał na imię jak moje dziecko, był w tym samym wieku, miał podobne zainteresowania, grał w te same gry, czytał te same książki. Tak, dokonałam przeniesienia, projekcji uczuć na pacjenta.
I gdyby P był zwyczajnym pacjentem, taki co do nas wpada na 3 tygodnie i idzie dalej wszytko byłoby okej. Ale z P nic nie było zwyczajne.
Jego objawy kliniczne były strasznie dziwne i zupełnie nie pasowały do diagnozy lekarskiej. No więc projekcja zadziała, zaczęłam chodzić za naszymi lekarzami aby sprawdzili go dalej bo coś się tu nie zgadza.
Szczęście albo pech chciał, że P w połowie pobytu dostał gorączki i nie mógł uczestniczyć w zajęciach więc wreszcie doprosiłam się o badania. Badania z których wyszły tak kosmiczne wyniki, ze od razu zabrano go na już konkretny oddział na dalszą diagnozę.
P miał nowotwór. Ale nie jakiś tam nowotwór, tylko dorosłe raczysko IV stopnia.
Normalnie poszłabym z tym dalej życząc młodemu P dużo zdrowia i trzymając kciuki za jego leczenie. Ale jak już mówiłam, wkopałam się i teraz cały czas widzę w P moje dziecko. Jestem na siebie wściekła i jednocześnie nie mam pojęcia co z tym dalej zrobić. Zaczęłam badać moje dzieci, mąż się wścieka, że szukam ich chorób ale nie potrafię wyrzucić tego cholernego raka z głowy.
Najgorsze jest to, że zaczęłam śledzić profil w mediach społecznościowych jego mamy i jego, szukam kolejnych informacji o jego leczeniu - wiem, że nie powinnam ale nie potrafię przestać.
Ostatnio przeczytałam w informacjach o mężczyźnie który zgwałcił dwumiesięczną dziewczynkę.
Dziecko w stanie krytycznym trafiło do szpitala z połamanymi nóżkami i obojczykiem. Do tego masakrą z narządów płciowych.
Strasznie mnie to poruszyło, zaczęłam drążyć temat i jestem przerażona ilością tego typu historii. Nie mogę wyrzucić tego z głowy.
I zastanawiam się czemu nie istnieje prawo, które osoby dopuszczające się czynności seksualnych na osobach poniżej 11 roku życia nie są odpowiednio karane. I nie sądzę by odpowiednią karą było więzienie, uważam, że takie osoby powinny być kastrowane.
Jeśli jakiś facet jest na tyle zezwierzęcony, że nie potrafi utrzymać penisa w majtach i wpycha je w kilkomiesięczne dzieci powinien go stracić aby już nigdy nie mógł skrzywdzić tych najmniejszych i bezbronnych członków naszego społeczeństwa.
Mam 24 i nigdy nie byłem w związku, już za parę tygodni skończę 25 lat i jak wyżej, nigdy nie byłem w związku ani nie uprawiałem seksu. Od około 16 toku życia zmagam się z pewnymi problemami natury mentalnej m. in. depresja czy zerowa pewność siebie, dodatkowo praktycznie każde środowisko w jakim się obracam jest zdominowane przez mężczyzn. No i dlatego, że od zawsze jestem sam dopadają mnie same okropne przemyślenia na zasadzie, że to jest nienormalne albo jaka dziewczyna w takim wieku będzie zainteresowana kimś kto ma zerowe pojęcie na temat "wszystkiego". Dobija mnie również to, że nawet "dzieciaki" młodsze ode mnie o 10 lat mogą się pochwalić lepszym życiem towarzyskim niż ja. Właściwie nie wiem czego oczekuję pisząc to, ale jestem ciekawy Waszego zdania, a może ktoś też był/jest w podobnej sytuacji.
Moja mama opowiadała mi, że jak miałam 5 lat (moja siostra 2), to raz kazała mi posprzątać pokój. I ta moja siostra ciągle mi przeszkadzała, zrzucała zabawki z szafek i w ogóle wkurzała mnie. A uderzyć nie można, wygonić za bardzo też nie.
Wzięłam ją więc za śpioszki i powiesiłam na szafce. Podobno krzyk był na całą chatę :)
Dodaj anonimowe wyznanie