W dzieciństwie przeżyłem trudne doświadczenie, kiedy pies ugryzł mnie w nos, pozostawiając trwałą bliznę. Ta blizna stała się dla mnie źródłem wstydu, zwłaszcza że niektórzy rówieśnicy wykorzystują ją jako pretekst do drwin. Mimo że jest to część mojej historii i przypomnienie pewnego okresu w moim życiu, borykam się z akceptacją tego, jak wyglądam, bo jest to cholernie trudne.
Jestem przed 30, mam dwoje małych dzieci i męża. Od kilkunastu miesięcy przestało się nam układać. Jesteśmy ze sobą 10 lat i nagle nasze drogi się rozeszły – ciągłe pretensje, burkanie do siebie itd. Myślałam, że trudno, dla dobra dzieci będziemy razem, chociaż nic z tego, co było między nami 5 lat temu nie pozostało.
Byliśmy na ślubie u znajomych, ksiądz wygłosił kazanie o rozwodach, o braku starania się po kilku latach związku. Było mi przykro, ale stwierdziłam, że do mojego męża i tak nic nie dotrze, więc nie będę się produkować. Na weselu podczas tańca zaczęliśmy rozmawiać, że brakuje mu moich spontanicznych pocałunków, słodkich słów... Ja się go pytam, jak mam być miła, kiedy ciągle mam awantury o brak obiadu czy też niesmaczny obiad, złą fryzurę, zmęczenie... A on mi przytaknął. Powiedział, że musimy być dla siebie milsi i wszystko będzie OK.
Po kilkunastu dniach nasz związek odżył, całujemy się, jesteśmy kochani dla siebie, są komplementy. Okazuje się, że jak on jest miły, to ja też i wtedy wszystko się układa. Kocham go bardzo, a on mnie.
To było takie proste... Wystarczyło przyznać się do błędów, nie żadne „bo ty...”, ale „bo ja...”. Szok, to naprawdę działa! Znowu jesteśmy najbardziej zakochaną parą wśród znajomych :)
W przedszkolu, do którego chodzi mój syn, zapytano dzieci, jakie imiona mają ich rodzice.
Witam, nazywam się Mama Kotek, a mój mąż to Tata Pysiek.
Coś w temacie samoakceptacji.
Dzieliłam kiedyś pokój z dwiema dziewczynami – jedną głuchą, Natalią, i drugą normalnie słyszącą, Kasią. Jak się kiedyś bardzo głośno śmiałyśmy z Kasią, to Natalia rzuciła w nas kartką z napisem: „Nie drzyjcie się tak, bo ogłuchnę!!!” :)
Jest taki mem „Niedziela wieczur i humor popsuty”. Czy ktoś z was też cierpi na niedzielną deprechę? Ja nie znoszę niedziel, mimo że i tak często w ten dzień pracuję, tu nie chodzi o pracę. Niedziela jest jakaś taka inna. Nieważne, czy mam dzień wolny czy nie, niedziela jest dla mnie najgorszym dniem tygodnia. Jakby coś nieciekawego wisiało w powietrzu. Nie ma znaczenia, czy mam na nią jakieś plany, czy spędzam ją z bliskimi czy samotnie, w niedzielę mam zawsze najgorszy humor, jestem rozleniwiona itp. Większość ludzi mówi, że nie lubi poniedziałków, ale ja już wolę początek tygodnia niż jego koniec.
Czy wy też tak macie? Wiem, że mogę oburzyć wielu, bo to przecież wolny dzień na miłe spędzenie dnia i że posypią się niemiłe komentarze, ale to po prostu moje odczucie. Nie lubię niedziel i już.
Jestem dość wysoko postawionym managerem i dobrze zarabiam. Jednak coś mnie w środku boli, jak mam wywalić niepopsute jedzenie. Nie lubię marnować jedzenia. Dlatego przed chwilą zawinąłem w chusteczkę i schowałem do kieszeni ugotowanego ziemniaka, którego nie dojadłem z obiadu. Niby mogłem go zjeść, ale czułem, że wtedy się przejem.
Dobrze, że kuchnia była pusta, bo tak dziwnie trochę…
Bardzo chcę zdobyć prawa jazdy, ale odczuwam silny stres podczas każdej lekcji jazdy na kursie. Po 12 godzinach spędzonych za kierownicą mam już pewne umiejętności i potrafię reagować na sytuacje drogowe, ale nie potrafię się choć trochę odprężyć. Często boję się, że popełnię błąd. Moje dążenie do perfekcji sprawia, że oczekuję od siebie doskonałości od samego początku.
Dzisiaj spotkałam się ze szczytem absurdu. Około godziny 19 (tzw. szarówka) wracałam do domu i przechodziłam przez moje osiedle. Kiedy spotkałam sąsiadkę (przedstawicielka bab z rodziny moherowatych), uśmiechnęłam się i powiedziałam "dzień dobry". Co usłyszałam? Że jaka to ta młodzież jest niewychowana, a komputery i te smartfony tak nam uprały mózg, że nawet dnia z wieczorem nie potrafimy odróżnić.
Nie wytrzymałam. Wybuchłam śmiechem XD
Zawsze chciałem być pisarzem, ale wszyscy, od znajomych po rodziców, mówili mi, że głupek jestem i że powinienem iść do normalnej pracy, a nie bujać w obłokach z marzeniami o leżeniu z brzuchem do góry i obijaniu się. Ciężko się uczyłem, poświęciłem lata na dopracowanie swojego pisarskiego warsztatu. Wszyscy stukali się w głowę. Napisałem setki tekstów. Ludzie współczuli mi mojej głupoty...
Dziś dostałem z wydawnictwa potwierdzenie, że wydadzą moją książkę. Tak więc jako pełnoprawny pisarz z nadchodzącą publikacją skorzystam kolejny raz z mojego warsztatu i powiem wszystkim tym, którzy nie dowierzali w moje zdolności: teraz możecie mi obciągnąć. Dziękuję za uwagę. x)
Gdy byłam dzieckiem, do czasu pójścia do zerówki nie miałam za bardzo okazji do zabawy z innymi dziećmi. Miałam trochę zabawek, duży ogród, staw i doskonale bawiłam się sama. Wszystkie moje zabawki miały imiona, charaktery, relacje miedzy sobą, były tam przyjaźnie i antypatie (czarnym charakterem był pluszowy goryl, który w końcu przeszedł przemianę ratując księżniczkę uwięzioną w kanapie).
Bardzo o nich wszystkich dbałam i gdy przypadkiem kogoś upuściłam, musiałam długo przepraszać. Idąc do zerówki przeżyłam szok, sposób w jaki inne dzieci traktowały zabawki był dla mnie czystym bestialstwem. Rzucanie, skakanie po nich, psucie.
Płakałam i nikt nie był w stanie zrozumieć dlaczego. Pewnego dnia któreś dziecko urwało nogę plastikowemu koniu i zrzuciło winę na mnie, za karę musiałam zabrać go do domu i naprawić. Problem zaczął się, gdy nowy koń zakochał się w mojej księżniczce kucyków i nie miałam serca ich rozdzielać.
Jakoś mi się upiekło, bo opiekunka z zerówki zapomniała o koniu, więc nie musiałam go oddawać. Wtedy zaczęłam ratować z zerówki więcej zabawek, smutnego misia, drewnianą kaczkę, mamę kotkę z dwoma kociętami i strasznie brzydką żabę. Nikt nie zauważył tych kradzieży , które dla mnie były misjami ratunkowymi.
Dzisiaj, po 30 latach spotkałam ich znowu, sprzątając piwnicę trafiłam na karton z zabawkami, dobrze, że są razem. :)
Dodaj anonimowe wyznanie