Moja czternastoletnia siostra zaczęła chodzić z Łukaszem. Gdy przyprowadziła go do domu, mój ojciec powiedział, że zabije go, jeśli jeszcze raz pojawi się w pobliżu jego córki.
Po kilku tygodniach okazało się, że siostra jest w ciąży. Zrobiła awanturę moim rodzicom, że to niemożliwe, ponieważ od penetracji nie zachodzi się, a Łukasz doszedł tylko raz w niej, podczas straty dziewictwa, a wtedy też nie można zajść, bo nie można.
Łukasz ma 27 lat, skończył podstawówkę i żyje z zasiłku w typowej patologicznej rodzinie. Na spotkanie z rodzicami przyszedł po kilku piwkach i stwierdził, że fajnie jest tu przyjść legalnie.
Ojciec po wszystkim przyszedł do mnie i powiedział, że przynajmniej we mnie jest nadzieja na normalność.
Jakoś tak wyszło w rozmowie, że jestem lesbijką.
Spojrzał tylko na mnie i spytał, czy wiem, że to choroba psychiczna, ale niegroźna.
Kiwnęłam głową, a on powiedział, żebym zaprosiła swoją dziewczynę na obiad w niedzielę, bo po Łukaszu to on chciałby mieć trochę normalności :D
Jestem zawodnikiem jednego z większych klubów sportowych. Pewnej nocy, idąc przez miasto, zauważyłem kilku dresów. "Ups... będą problemy" - pomyślałem. Faktycznie. Nie mogło być inaczej.
Zbliżając się do nich zobaczyłem na szyi jednego z nich szalik drużyny Cracovii. To było dla mnie jak zbawienie!
I oczywiście się zaczęło
- Ej... szczylu, za kim jesteś?
- Ja za Cracovią.
- No to masz problem.
- Ale jak to? Wy im nie kibicujecie?
- No chyba cię po*ebało! Ten szalik dla zmyły. Na takich lamusów jak ty! Każdy to powie, że Wisełka rządzi w Krakowie!
Po czym dostałem solidny wpierdol.
Należało mi się. Wyrzekłem się swojego klubu, by nie dostać po łbie.
Mimo że nie gram w pierwszym składzie, dalej nie rozumiem jak mogli nie rozpoznać piłkarza ze swojej ukochanej drużyny.
Kiedy byłam młodą Karynką wraz z moją przyjaciółką drugą Karynką, użyłyśmy potęgi naszych umysłów i wspólnie doszłyśmy do wniosku, że od używek się chudnie. Najpierw spróbowałyśmy wódki.
Plan był taki żeby unikać zakąsek, a potem na kacu pobiłyśmy się o ostatnią frytkę. Potem był plan B, czyli fajki. Nic nie jadłyśmy w dzień, a w nocy wszystko znikało z lodówki. I nadszedł taki czas, że już nie byłyśmy takie głupie i weszłyśmy na drogę zupełnych hardkorów. Moja Karynka przyniosła skręta. Pamiętam tylko jak kończyłam trzeci bochenek chleba.
Proszę bez hetjów, już jesteśmy mądre i grube tak jak Pan Bóg przykazał.
Od dłuższego czasu chcę zostać nauczycielem angielskiego. Jedak kiedy zdałem sobie sprawę z pensji nauczyciela, odechciało mi się.
Fajnie żyć w państwie, gdzie godne życie i wymarzona praca nie idą w parze. ;-;
Byłam wzorową mężatką. Daaawno temu. Mąż zostawił mnie dla starszej ode mnie koleżanki z firmy, zostawił mnie z małym dzieckiem. OK. Zapewnił mi mieszkanie, byt. Płacił uczciwie na córkę, widywał się z córką regularnie. „To za wzorowość w małżeństwie” – jego słowa, kiedy kupował dla mnie i dla małej mieszkanie.
Bez sensu opisywać to, co się ze mną działo. Dla córki wzięłam się w garść, przeanalizowałam swoje błędy i postanowiłam, że pobędę sama. Ja, córka i nasz ukochany pies, labrador córki, który wprowadził się do nas wraz z jej narodzinami.
Mijały lata. Długie 9 lat mojej samotności, takiej prawdziwej, bez randek, adoracji czyjejkolwiek.
I tu zaczyna się dramat... Na imieninach u znajomych poznałam ją, Agatę. Męski typ urody, szanowana pani prezes, nieprzejmująca się tym, co mówią inni. Była cudowna, zadbana, zabawna. Szybko złapałyśmy kontakt. Były wypady z psem i córką na weekend, długie nocne rozmowy, częste telefony, deklaracje przyjaźni. Ona była wtedy w związku z kobietą, nie ukrywała tego. Jeździła tam często, dużo opowiadała o niej. Nigdy źle. Ja słuchałam jak najlepsza przyjaciółka, doradzałam, wysłuchiwałam. Kiedy się rozstały, opłakiwałam to razem z nią.
Któregoś dnia zabrała nas na wyjazd służbowy niedaleko moich stron rodzinnych. Zaproponowałam, że odwiedzimy moich rodziców. Tam zrobiłyśmy sobie wypad w góry, na dwa dni, same. I stało się. Przy winie, kominku, w góralskiej chacie rozpoczął się najpiękniejszy czas w moim życiu. Kochała jak szalona, taka jak była. Spędziłyśmy ze sobą dwa lata. Cudowne. Naprawdę. Zostawiła mnie z dnia na dzień, bredząc coś o braku czasu. Gówno prawda. Miała już kogoś innego. Oszalałam. Nie jadłam, płakałam, nie wychodziłam z domu. Prosiłam, poniżałam się. Kochałam ją, naprawdę. Doszłam do siebie po roku. W czasie tego roku miałyśmy kontakt, owszem. Odeszła do mężatki z dziećmi. Na każdym kroku podkreślała jej wyjątkowość. Przechodziły coming out tamtej. Odsunęłam się zupełnie. Wtedy poznałam jego. Nigdy więcej przygód, kobiet. Dziś myślę, że byłam bardzo spragniona uczuć i dlatego nasze rozstanie tak bolało.
Wiecie co jest najgorsze? Że to ona dziś jest porzucona, rozpacza, szukała drogi powrotu, zadręcza sobą tamtą kobietę... A tamta straszy mnie tym, że opowie o mnie mojemu facetowi. Opowie mu, bo mnie nienawidzi. Chce opowiedzieć o mnie mojej córce. Opowie też mojemu byłemu mężowi. Opowie wszystkim, bo chce mnie zniszczyć... Nigdy się nie poznałyśmy. Raz zabrała mi wszystko, dziś chce zabrać drugi raz. Bez powodu. Chce zniszczyć mi życie, choć one nie są razem. Dlaczego? Bo Agata zawsze wyrażała się o mnie dobrze. Bo zawsze byłam dla niej ważna.
Boję się każdego dnia. Chcę mu powiedzieć. Muszę zacząć od słów: „Kochanie, nie wiesz o mnie wszystkiego”...
Nie wiem co ze mną nie tak. Czuję się okropnie samotna. Mam stwierdzoną depresję i jak przypuszczam, również lęk społeczny, który nasilił się w ciąży i po porodzie. Ostatnio oglądałam relacje moich znajomych i dziewczyny ze szkoły rodzenia się spotkały razem z dzieciaczkami. Bardzo mnie to zabolało. Myślałam, że się z nimi dogadywałam, starałam się rozmawiać, poruszać tematy różne, nie tylko dziecięce. Ale nigdy nikt mnie nigdzie nie zaprasza. Czuję się, jakbym była kimś, kogo zwyczajnie nikt nie chce w towarzystwie, ale nie wiem dlaczego... Nie mówię wiecznie o sobie, raczej staram się mówić na czyjś temat, nie narzucam się, nie wtrącam... Staram się być towarzyska mimo choroby. „Koleżanki”, które posiadam też się nie odzywają, nawet nie odpisują mi od razu, tylko np. po dwóch dniach. Nigdy nie czułam się tak samotna jak teraz. Partner ciągle wychodzi do kolegów, odzywają się do niego normalnie, a ja się czuję jak nikt. Nie umiem utrzymać znajomości jakiejkolwiek. Mam tylko rodzinę, ale mi to nie wystarcza. Boli mnie, gdy patrzę na relacje i życie znajomych, bo oni to życie jakieś prócz domu mają. Nie rozumiem tego, naprawdę. Czasem mam ochotę napisać do którejś znajomej, zapytać zwyczajnie co ze mną nie tak, że nikt mnie nie chce w towarzystwie, ale to byłoby swego rodzaju upokorzenie...
Tyle, potrzebowałam to gdzieś napisać. Psycholog zamknął działalność i zostałam sama ze swoim problemem.
Kojarzycie stronę na fb "Recepcjonista płakał jak meldował"? Zapewniam Was, że wszystkie chore historie z tego miejsca są prawdziwe. Skąd wiem? Bo jestem tym recepcjonistą, który płacze, ale najczęściej, po zameldowaniu.
Słowem kolejnego wstępu, pracuję w hostelu (standard prawie jak w hotelu. Mamy bardzo ładne pokoje, wszystko jest zadbane), to mój sposób na dorobienie sobie na studiach. Lubię to miejsce, bo oprócz sztandarowych Januszów i Grażyn, patoli na 102, poznałam dużo fajnych ludzi, m.in mojego obecnego chłopaka :)
A teraz chciałabym pozdrowić kilka osób!
1. Obsrana cała łazienka. Pozdrowienia dla tej osoby, która obsrała nawet lustro.
2. Pozdrawiam również Pana, który nagi leżał na korytarzu i nie wiedział o bożym świecie. To ja musiałam Pana zaprowadzić do pokoju. I dziękuję za obrzyganie spódnicy i zwyzywanie.
3. Pozdrawiam Pana, który biegał jak go Pan Bóg stworzył, wśród grupki zawstydzonych 12-letnich dziewczynek. Tak, ja też miałam ochotę się porzygać, gdy zwracałam uwagę Panu, że są tutaj inni goście. Tak, miał Pan małego.
4. Pozdrawiam Pana, który mieszkając tydzień w naszym hostelu, codziennie siedział ze mną "umilając" mi czas swoim bełkotem o zmarnowany życiu.
5. Pozdrawiam Panią, która obrzygała mi recepcję, bo nie chciałam dać jej pokoju ze względu na ich brak. Serio. Kobieta wsadziła dwa palce do buzi i heja!
6. Pozdrawiam grupę z najbardziej zatłoczonego miasta w Polsce za poprzyklejanie na podłogach w pokojach gum, szynki i innych ciekawych rzeczy.
7. Pozdrawiam Pana, który spędził chyba cały wieczór wpychając do kratki ściekowej kawałki papieru toaletowego oraz kartek. Dziękuję również za zalanie swojego, jak i pokoju niżej.
8. Pozdrawiam chłopaków, którzy wycierali swoje obsrane dupska zasłonami w pokoju.
9. I Panią, która mieszkając na 4 piętrze twierdziła, że ktoś jej wszedł oknem do pokoju i okradł.
10. Także wszystkie pary, które zostawiają zużyte prezerwatywy pod poduszkami/łóżkami/w szafkach.
11. Panią, od której dostałam w twarz x) za to, że nie mam tryliarda zapasowych kluczy do pokoju (Pani zgubiła klucz właściwy i zapasowy).
12. Tych, dosyć sympatycznych, studentów, którzy obsrali wszystkie pościele.
13. Pana, który stwierdził, że można oddać mocz do szuflady w jadalni.
14. Panią, która skacząc ze schodów skręciła sobie kostkę i domagała się od nas odszkodowania, bo "schody były śliskie". Są drewniane i przykryte dywanikami.
15. Ludzi, którzy uciekają bez zapłaty.
16. Pary, które wspólnie korzystają z łazienek dzielnych.
17. Pana, który ukradł mi w święta choinkę, która kosztowała dwa złote...
18. Pana, który chciał mnie pobić, bo tak.
19. Dwóch Ukraińców, którzy próbowali wynieść kaloryfer.
Także ludzie. Kocham Was. Nie zmieniajcie się. Uwielbiam wasze kupy, prezerwatywy, bezwstydność itd.
Na egzaminie na prawo jazdy (w maju, przed maturą rozszerzoną z matmy), miałem parkowanie prostopadłe - najprostsze z możliwych. Egzaminator mówi:
- Proszę stanąć prostopadle.
Zamiast stanąć tak jak Pan Bóg przykazał prostopadle do ulicy, stanąłem prostopadle do auta, które stało na parkingu. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Przedawkowałem matematykę.
Zdałem.
Byłam z moim mężem szesnaście lat. Urodziło nam się dwoje dzieci. Mieliśmy udane życie, niczego nam nie brakowało. Jedyną rzeczą, która mi przeszkadzała była moja nadwaga. Po drugim dziecku było mi bardzo ciężko wrócić do poprzedniej wagi, ale mąż twierdził, że na wszystko przyjdzie czas. I przyszedł.
Pewnego dnia odszedł do innej, dużo młodszej dziewczyny. Załamanie nerwowe sprawiło, że zaczęłam bardziej tyć. I wtedy przez przypadek natknęłam się na grupę w internecie, taką o zdrowym żywieniu. Poznałam kilka osób, a motywacja rosła. Poczułam wewnętrzny spokój i w rok udało mi się dojść do wymarzonej wagi. Zapisałam się również na siłownię. Po jakimś czasie uznałam, że warto zrobić badania. Chciałam się przekonać, czy zmiany które wprowadziłam, wyszły mi na dobre.
Czekając na swoją kolej, do przychodni weszła dość tęga kobieta. Dużo większa, niż ja kiedykolwiek byłam. Była w ciąży. Za nią dreptał mój były mąż - To przez ciebie jestem taka gruba - wysyczała przez zęby, ciężko osuwając się na krzesło. Wtedy coś we mnie wstąpiło, sięgnęłam do kieszeni i dałam jej wizytówkę mojej siłowni mówiąc, że na wszystko przyjdzie czas. Mój były mąż o mało nie zjechał z krzesła na podłogę. Wczoraj wysłał pierwszego od roku esemesa: "Popełniłem błąd, przepraszam".
"Najważniejsze, to nie popełniać go jeszcze raz z kimś innym" - odpowiedziałam.
Na drugi dzień zmieniłam numer. Życzę im szczęścia.
Jadę sobie komunikacją miejską. Dzień jakiś ponury i zimny.
Przeglądam Instagrama, kiedy weszła ona. Księżna Karyna I, Królowa Melanżu, Szmula Morza Bałtyckiego, Ortalionowa Waćpanna Herbu Trzech Białych Pasów! Na smyczy za księżną dresu biegnie coś na podobiznę mieszanki szczura z gwiazdonosem i yorkiem. Pańcia bierze na ręce, coby ktoś bąbelka na czterech łapkach nie podeptał swymi plebejskimi butami. Widzę, jak rozgląda się za miejscem siedzącym. Nie ma.
Jednocześnie za nią do autobusu wpycha się fala innych ludzi, w tym pani babcia. Na widok pani babci wstaje chłopak. Chyba student, na pewno ma powyżej 19 lat. Ubrany w stylówę, którą osiedlowy monitoring na czele z panią Jadzią określiłby mianem „szataniso jedon bezbożnik”. Skórzana kurtka, jakaś zwyczajna koszulka, jeansy i... one! Bohaterowie tego wyznania. Buty, przypominające pancerz reaktywny na pocisk. Jakby wojskowe, ale nie do końca.
Masywne, czarne i lśniące jak oczy mojego Burka, kiedy dostał skrętu kiszek. Chłopak oferuje swoje miejsce pani babci, która wyskrzekuje: „Dziękuję, kochanieńki, ja jeden przystanek”. Chłopak siada, na co Księżna Karyninktonówna wzdycha ostentacyjnie, wspominając coś, że wypadałoby ustąpić kobiecie z... DZIECKIEM! Chłopak patrzy na Karynę i jej czworonożnego bombelka, po czym wstaje, a kiedy Karyna chce usiąść, mówi: „Ale siada tylko pani dziecko”. Karynę jakby jasny członek Zeusa Gromowładnego strzelił. Wydobywa z siebie coś pomiędzy kaszlem świni a śmiechem mewy srebrzystej na plaży w Świnoujściu. Szok i niedowierzanie na jej licach mówią same za siebie. Karyna wykaszluje: „Ale ja jestem kobietą!”, na co chłopak odpowiada: „A ja jestem za równouprawnieniem, więc powinna pani stać jak każdy mężczyzna w tym autobusie”. Karyna nie wytrzymuje napięcia. Atmosfera robi się chłodna.
Gdzieś w oddali słychać płacz, ludzie desperacko żegnają się ze sobą, ktoś śpiewa „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie...”. Karyna naciera na swojego rozmówcę, jakby się rozmnożyła, to cisłaby na niego czwórkami jak na Westerplatte.
Usiłuje wręcz dopchać się do miejsca siedzącego, chłopak delikatnie ją odpycha, Karyna odbiera to jako personalny atak i uderza chłopaka ramię swoją torebką. W tym momencie przegła się czara goryczy.
Gość włączył moduł nożnego opancerzenia. Świat zwalnia, chłopak podnosi nogę. Przez chwilę widzę kilka śrub w podeszwie jego butów, które następnie trącają kostkę Karynki. Karingtonówna zawyła z bólu niczym strzyga owinięta srebrnym łańcuchem.
A ja patrzyłem, patrzyłem jak urzeczony. Na ten obraz bólu i tragedii ludzkiej, która się rozegrała. I nie było nic.
Tylko jedna myśl w mojej głowie – „Boże... gdzie dostać takie zaj#biste buty?”.
Dodaj anonimowe wyznanie