Update apropos mojego nieszczęścia w związkach:
Wczoraj po pracy mój manager podwiózł mnie do domu. Świetnie się dogadujemy od zawsze, jest dla mnie dosłownie jak starszy brat. Tak więc przez dobrą godzinę siedzieliśmy w jego aucie pod moim blokiem i dyskutowaliśmy o związkach. Między innymi przedstawiłam mu mój problem na co on mi powiedział (w skrócie):
- Dziewczyno! Jesteś idealna. Piękna, mądra, przyjazna, zabawna, dobra (dosłownie nazwał mnie Miss Perfect). Każdy chciałby cię mieć. Nawet ja, jakbym był te 15 lat młodszy to bym ci się z chęcią oświadczył (to był akurat żart). W tobie nie ma nic złego. Rzecz w tym, że najwyraźniej twój mózg cię wkręca. Brakuje ci pewności siebie. Wnioskując z tego co mówisz, wrzucasz wszystkich w friendzone i wmawiając sobie, że się chronisz przed kolejnym odrzuceniem, tak naprawdę się sabotujesz, raniąc i innych, i siebie. Musisz bardziej uwierzyć w to, że da się ciebie kochać. A uwierz mi- da się.
Po raz pierwszy od dwóch miesięcy poszłam spać z lekką głową. Dziękuję, Michael. Uwielbiam cię, stary <3
Byłam na panieńskim mojej przyjaciółki. Impreza mocno zakrapiana. W pewnym momencie padło hasło, że jedziemy do klubu. W skrócie: przez cały czas chodziłam za panną młodą, która już była nieźle pijana, coby nie zrobiła czegoś głupiego. Okazało się, że jest tam też nasz znajomy z młodych lat. Koniec końców siostra panny młodej wpakowała nas do taxi. Wsiadł z nami również nasz znajomy. Miał bliżej do domu z miejsca, gdzie odbywał się panieński. Wszedł z nami do domku. W tamtym momencie czułam, że nie mam czego się obawiać – uważałam go za spoko gościa, znałam go przecież nie od dzisiaj. Panna młoda poszła spać, a ja siedziałam i z nim rozmawiałam o dawnych czasach, wspólnych znajomych, piliśmy dalej. Dołączyli do nas jego koledzy. Po prostu siedzieliśmy. Znajomy, o którym ciągle mowa, był już od dawna zakochany w pannie młodej. Potrafił być co do niej trochę natrętny (przytulał ją) tego wieczoru, więc poszłam sprawdzić co u niej i zobaczyłam, że znajomy leży z nią w łóżku. Wyrzuciłam go. Powtórzyło się to jeszcze dwa razy.
Finalnie urwał mi się film. Pamiętam tylko przebłyski, że wychodzę z domku i sprawdzam, czy oni już sobie pojechali. Kolejny przebłysk to uczucie wprowadzenia członka w moje ciało. Widzę twarz znajomego. Poddaję mu się. Całujemy się. Widzę na sobie spermę. Tylko tyle, to było jak sen. Rano budzę się z bólem wszystkiego. Jestem dalej jakby na haju. Widzę, że nie mam majtek. Zaczynam płakać. Dotarło do mnie, co się stało.
Od tego momentu nie mogę na siebie patrzeć. Dlaczego to zrobiłam? Dodam, że miałam okres. W życiu będąc świadomą tego, co robię, nie dopuściłabym do siebie nikogo. Obwiniam się bardzo. Opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce. Twierdzi, że zostałam wykorzystana. Skontaktowałam się ze znajomym. Sam przyznał, że to on do mnie przyszedł, że ja spałam. Nie chcę rozdmuchiwać sprawy. Boję się. Boję się osądzenia przez ludzi.
Od dziecka byłam grubasem, mama mnie tęgo lała za jedzenie jakichkolwiek słodyczy. Określała mnie jako potworek, który nie jest prawdziwą dziewczynką, wstydziła się mnie, specjalnie mnie szczypała, uderzała i wyzywała podczas przymiarki nowych ubrań. Nawet wyznała, że przez moją nadwagę płakała przez całe moje dzieciństwo. Potem w liceum schudłam, najpierw normalnie...ale na studiach zachorowałam na anoreskję: wyrzucanie posiłków i niejedzenie niczego do 17 czy 19 było normą. Ćwiczenia 5-6 razy w tygodniu + 600 kalorii dziennie. Schudłam do 40 kg, rodzina nazywała mnie patykiem bez kształtów, ale akceptowała. Babcia chwaliła, że wyglądam jak filigranowa wróżka. Dochodziło do takich sytuacji, że na weselu kuzyna popłakałam się w toalecie, bo zjadłam rosół i obiad....
Potem niedługo moje ciało nie wytrzymało i domagało się jedzenia, w ciągu kilku miesięcy przytyłam 20 kg, ale moja relacja z jedzeniem się dużo polepszyła. Nie wytrzymuje psychicznie, bo rodzina znowu mnie obgaduje, wścieka się na mnie, że znowu jestem gruba, że wyglądam okropnie we wszystkich ciuchach. Czuje się jak gruby wieprz, nienawidzę swojego ciała, tłuszcz odkłada mi się w talii i brzuchu, nawet nie mam krągłości. Mam myśli samobójcze, bo nie potrafię znowu wrócić do odchudzania, nie chce znowu wpaść w spiralę głodówek, tradycyjne diety dają powolne skutki, po latach katowania się na siłowni już nie potrafię czerpać z tego przyjemności...mam dość swojego życia
Moi rodzice właśnie mi oznajmili, że nie mamy pieniędzy na mój wyjazd za granicę na studia, który planowałam razem z nimi już od dłuższego czasu. Przyjęłabym to bez problemu gdy by nie fakt, że kilka dni przed ich rzekomym bankructwem kupili mojemu młodszemu bratu motocykl.
Pracuję od kilku miesięcy w Niemczech. W polskiej firmie, która podlega pod firmę niemiecką. Jest tu taki Waldek. Waldek jest odrobinę opóźniony, ma wadę wymowy, czasem ciężko go zrozumieć, nie zna niemieckiego. Ma ok. 70 lat. Jest bardzo dobrym człowiekiem, pomocnym, zawsze można na niego liczyć. W firmie pełni ważną rolę, bo to on wynosi śmieci, tnie i wyrzuca kartony, ogólnie sprząta, bo do maszyny jest trochę za stary. Co ważne dla historii, Waldek nie ma domu w Polsce (nie wiem co się stało, czy mu zabrali, czy sprzedał, nieważne), nie ma tez żadnej rodziny, nikogo. My jesteśmy jego rodziną, przyjaciółmi, wszystkim co ma.
W tym momencie niemiecka firma przejmuje firmę polską. Waldek poszedł do koordynatora zapytać co z nim, a on, że UWAGA:
- Nie ma dla ciebie miejsca w firmie...
Nie pytając nawet niemieckich szefów, czy jest możliwość, żeby został.
Waldek powiedział, że będzie mieszkał pod mostem, a do Polski nie wróci, bo nie ma po co, nie ma do kogo. Ktoś powiedział koordynatorowi, że Waldek nie ma się gdzie podziać, to ten się zaczął śmiać tylko... Ja wierzę, że dla takich ludzi jak ten koordynator jest specjalne miejsce w piekle.
Finał tej historii jest taki, że Waldkowi pracę znalazła koleżanka z firmy, kilka kilometrów dalej.
Zaszczyciłam dzisiaj swoją obecnością służbę zdrowia. Opiszę Wam to krótko.
Przybyłam na pogotowie z (jak się później okazało), zerwanym więzadłem skokowym. Moja kostka wyglądała jak arbuz, ale do rzeczy.
Miałam dostać lek przeciwbólowy, podeszła do mnie pielęgniarka z zastrzykiem. Spodziewałam się tabletki, ale okej. Więc pytam ją:
- Mogłabym dostać może tabletkę? Bo nie lubię zastrzyków
- A ja nie lubię pacjentów - usłyszałam.
- To trzeba było wybrać inny zawód.
- To trzeba było się nie uszkodzić.
Trochę odebrało mi mowę, ale idźmy dalej. Kazała mi zdjąć spodnie, zrobiłam to z bólem, bo z wielkimi pretensjami kazała mi się posunąć na wózku. Miałam zdjąć spodnie, żeby dała mi zastrzyk w pośladek. Koniec końców, dostałam go w plecy.
Rozumiem, że mało jest osób z powołaniem do danej pracy, ale skoro przemiła Pani pielęgniarka nie lubi pacjentów, to niech idzie zbierać szyszki do lasu.
Wziąłem miesięczne zwolnienie (L4) w okresie, gdy brakuje największej liczby pracowników w mojej firmie (sezon chorobowy, zwolnień na dzieci, a z drugiej strony zwiększone tempo pracy). Nie jest mi przykro ani trochę, mimo że uwielbiam swoją pracę. Jeszcze dwa lata temu byłem szczęśliwy, idąc do pracy, bo jest to moja pasja. A dziś? Boli mnie głowa na samą myśl o tym miejscu.
Warunki pogorszyły się wręcz dramatycznie, premie zabierane masowo, brak podwyżek mimo obietnic, parcie na nadgodziny, kręcenie nosem i „mszczenie się” za próbę wyegzekwowania praw pracownika (nawet tak bezczelnych, jak przerwa na posiłek przy 11-godzinnej zmianie...). Nie są to tylko moje odczucia, wielu pracowników narzeka na to, że czują się coraz gorzej w tej firmie. Najgorsze, że nie pracuję w jakimś Januszexie na końcu świata, a w naprawdę dużej, polskiej firmie w wielkim mieście.
Dziś napisał do mnie kolega, że kierownik narzekał dziś między innymi na mnie, że doskonale znamy sytuację w firmie i jakie są braki, a mimo to zostawiamy ich na lodzie.
Zostawię ich jeszcze bardziej po zwolnieniu, gdy przyniosę wypowiedzenie. Tylko złość mnie bierze na myśl, jak szybko moja pasja poszła się kochać...
Kuzyn żyje w niesformalizowanym związku z kobietą - Ewą - od 16 lat. Mają razem dwójkę dzieci. Jego wybranka nie pracuje, kuzyn ma własną firmę więc hajsu jak lodu, mogą sobie pozwolić na wiele.
Cała moja rodzina Ewę traktowała jak kuzynke, zawsze życzenia na imieniny i urodziny, prezenty, wypady na kawę. Normalna rodzinna relacja. Staraliśmy się, tym bardziej że ona ze swoją rodziną nie utrzymuje kontaktu.
Tak się złożyło, że kuzynowi przyszedł kryzys wieku średniego i poznał inną babę. Dziewczę lat 20, mini, blond i te sprawy. Ewe wygnał z domu razem z dziećmi. Została bez pieniędzy, bez domu, bez doświadczenia zawodowego. Kuzyn ofiarnie płacil szałowe 500 zł na dzieci... czyli tak na prawdę grosze.
Zamieszkała u nas z racji tego, że z mężem mamy spory dom po dziadkach, na dodatek blisko jej poprzedniego miejsca zamieszkania. Przez 5 miesięcy nie zawołaliśmy o hajs, pomagaliśmy jak mogliśmy, odbieraliśmy dzieci ze szkoły, mąż załatwił jej fajna pracę w firmie w której pracuje. Każdy członek rodziny pomstował też na kuzyna i uciął z nim kontakt. Nie chcieliśmy znać człowieka, który własne dzieci wyrzuca z domu.
Po 5 miesiącach kuzyn nagle się opamiętał. Lachon odszedł w zapomnienie, nagle ważna stała się Ewa i dzieci. Wybaczyła mu, wprowadziła się razem z dziećmi do niego. Być może nie powinnam ale doradziłam jej wspólnotę majątkową albo po prostu ślub cywilny żeby w razie czego, nie została z ręką w nocniku. Na prawdę chciałam dobrze, nie było w tym ani grama złośliwości, tylko po prostu dobra rada. Tym bardziej na miejscu, gdy Ewa tydzień po przeprowadzce po prostu przestała przychodzić do pracy. Wiecie, wróciło życie w stylu all inclusive.
Ewa jednak za moja radę urwała ze mną kontakt. Z resztą, nie tylko ze mną. Na ulicy dzień dobry nie odpowie, zablokowała nas wszystkich na fb. Zablokowała także nasze numery telefonu. I pisząc "nasze", mam na myśli wszystkich członków rodziny. Moja mama, gdy spotkała ja na mieście i chciała chwilę pogadać to jej się zapytała "czy Pani do mnie mówi?". No ogólnie, sytuacja trochę komiczna ale jednocześnie bardzo przykra. Wiecie, nikt nie oczekuje gorliwych podziękowań ani kłaniania się w pas ale kurczę, nawet zwykłego "dzięki" nie usłyszeliśmy, a żeby udawać że nas nie zna to w ogóle trzeba mieć tupet. Niektórzy powiedzą, że śmieci wyniosły się same ale jednak trochę przykro, tym bardziej, że przez 5 miesięcy człowiek się zżył, z dziećmi załapaliśmy super kontakt. Mąż stał się dla nich jakimś męskim wzorem, gdy ich ojciec się wypial.
Kuzyn jeszcze przyjechał do nas i zwyzywał strasznie, że to my mu związek popsulismy bo buntowalismy Ewę przeciwko niemu. Macie pojęcie? Jasne, wieszaliśmy na nim psy, gdy Ewa się zaliła ale to raczej zrozumiałe gdy ojciec wyrzuca własne dzieci z domu bo znalazł 25 lat młodsza kochankę.
Na spacerze z psem w parku zobaczyłem jak jakieś gówniaki (9-11 lat) znęcają się nad rówieśnikiem i jestem pewien, że nie było to na żarty. Zabrali jemu telefon, podawali sobie z ręki do ręki i naśmiewali się z niego aż w końcu się popłakał. Trwało to jakieś 10 minut. Na początku tylko obserwowałem, ale w końcu nie wytrzymałem bo ciężko mi było tolerować coś takiego. Nikt nie interweniował, więc ja postanowiłem coś z tym zrobić. Tylko jak widziałem sytuację z prześladowaniem to mnie poniosło i powiedziałem "Dlaczego do chuja znęcacie się nad kolegą wy małe kurwy? W tej chwili oddajcie mu telefon." Wtedy nagle jakaś starsza pani na mnie nakrzyczała jaki to ze mnie niewychowany młody człowiek i że dzieciom daję zły przykład. Dla mnie to po prostu żenada jak ktoś czepia się jakichś tam wulgaryzmów, a olewa jak dzieje się komuś prawdziwa krzywda. Nie przejąłem się tymi upomnieniami bo ciężko poprzez wulgarne słownictwo dawać zły przykład dzieciakom, które robią coś znacznie gorszego, a i tak pewnie znają te wulgaryzmy. Oczywiście ta grupa małych oprawców oddała mu telefon po mojej interwencji.
Mam 32 lata i odkąd zaczęłam uprawiać seks w wieku 18 lat, do dziś mam tego samego partnera. Wydaje mi się, że w dzisiejszych dość rozwiązłych czasach to jest akurat rzadko spotykane.
Dodaj anonimowe wyznanie