#CXJSC

Mój pies po kastracji był na tyle niezadowolony, że dał radę zniszczyć trzy zwykłe kołnierze, jeden specjalny, taki dmuchany, i dwa ręczniki, które posłużyły za ostatnią deskę ratunku. Wydałem w ciągu jednego dnia niemal pół tysiąca złotych tylko po to, żeby nie lizał się po jajach (których de facto już nie ma).

#R5rEc

Parę lat temu poznałam na czacie pewnego chłopaka. Gadało nam się bardzo fajnie, spędzaliśmy tam kilka godzin i niemal codziennie ze sobą pisaliśmy. Po jakimś czasie zaczął mi się podobać. Wiecie, mieliśmy te same zainteresowania, ten sam styl życia, prawie podobny charakter. No i jeszcze był dla mnie bardzo miły. Przyjechałam do niego specjalnie dwa razy, bo chciał mi o czymś powiedzieć. Pomyślałam sobie, że pewnie mu się podobam. Dodam, że mieszkaliśmy od siebie ponad 300 km. Trochę daleko, ale chciałam spróbować. Niestety za pierwszym razem spotkaliśmy się raz, mieliśmy iść od kina (sam zaproponował), ale stwierdził, że woli zostawić sobie kasę na jakiś wyjazd. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że jest zakochany w jakiejś swojej koleżance, więc darowałam go sobie.

Minęło trochę czasu, już nie gadałam z nim tak jak kiedyś i traktowałam go jak kumpla. Niestety jego miłość dała mu kosza, bo znalazła sobie innego chłopaka. I się zaczęło… Nagle zaczął być dla mnie miły, mówił, że za mną tęskni, że chce się spotkać i wyznać mi coś ważnego. Był zazdrosny, jak pisałam z innym, ale też czasami bardzo zaborczy i bardzo chamski, potrafił na mnie strasznie wyjechać, jeśli nie zgadzałam się z tym, co mówił (oczywiście większość stwierdzi, że byłam naiwna i głupia. I macie rację). Tym razem byłam już na maxa zakochana i bardzo cierpiałam, ale tłumaczyłam sobie, że w miłości trzeba akceptować wady drugiej osoby. No i pojechałam do niego drugi raz. Powiem Wam szczerze, że tę „randkę” zapamiętam do końca życia! Nie dość, że w momencie, kiedy jechałam stwierdził, że nie przyjdzie, bo jest chory, to jeszcze spóźnił się na nią 30 min. Ale to nie koniec! Wiecie gdzie mnie zabrał? Do Mcdonalda, tam siedzieliśmy może z 10 min. Oczywiście za wszystko zapłaciłam, a on cały czas bawił się telefonem i nawet na mnie nie patrzył. Potem stwierdził, że musi iść do domu, bo mu rodzice kazali. Rozumiecie?! Facet 20 lat i musi iść do domu, bo go mamusia po d***e zbije, jeśli się spóźni 10 minut. Jeszcze mnie nie odprowadził, bo po co. Poszedł w swoją stronę i mnie zostawił. Czułam się bardzo źle, nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Wiecie, co zrobiłam? Pobiegłam za nim i wyznałam mu uczucia... On udał, że się nie spodziewał i sobie poszedł.

No cóż przepłakałam parę dni, ale dzięki temu uświadomiłam sobie, że nie jest tego wart. Późno, bo późno, ale przynajmniej już nie cierpię. Z tego co słyszałam, to kręcił znowu z jakąś i chodzili ze sobą, ale ona go rzuciła, bo obiecywał, że przyjedzie i ciągle się obrażał na nią. Ach… zapomniałam wspomnieć, że do jej domu przyjechał z tatą, bo rodzice bali się go puszczać samego.
Co ze mną? Jestem szczęśliwa z moim chłopakiem. Jest to związek na odległość, ale dajemy radę. Jesteśmy ze sobą już prawie 2 lata. ;)

#HNLeR

Kiedy miałam z 2 lata, pojechałam z rodzicami i siostrą do cioci i wujka, którzy obchodzili 25-lecie ślubu.
Wśród rodziny mojego wujka, jest mąż jego siostry- który jest Afroamerykaninem, co za tym idzie, ma czarną skórę.

Przyjechaliśmy, więc pasowało z wszystkimi się przywitać. W końcu przypadła moja kolej na poznanie czarnoskórego wujka. Nie mówił po polsku, więc po prostu podał mi rękę, odsłonił swoje białe zęby w wielkim uśmiechu i powiedział "Hi". Podałam mu również swoją dłoń, wujek odszedł. Stałam jak jakaś słup soli i patrzyłam na swoją dłoń. Podeszła moja mama i pyta się mnie, co się stało. A ja pokazuję jej rękę i mówię: "patrz Mamo, czysta!"

Okazało się, że byłam pewna, iż mój wujek po prostu się nie myje i jest brudny, stąd moje zdziwienie, że ja mam czystą rękę...
Wujkowi ta sytuacja została opowiedziana, nie obraził się, wręcz przeciwnie, bardzo się z tego śmiał.

#UOylv

Może i to będzie trochę depresyjne wyznanie, ale muszę komuś to wyznać bez strachu, że nasłucham się o tym, że jestem nienormalny, głupi i irytujący.

Jeszcze się uczę, co tu ukrywać. Przez ostatnie dwa lata sporo się działo. Rozwód rodziców, ciągłe przeprowadzki, wizyty policji, znęcanie się w szkole... Długa historia. Przez to, ile mam w głowie, nie mogę się skupić na niczym w szkole, przez co ledwo zdałem, a teraz będę powtarzać rok. Ciągle czuję, że zawodzę każdego wokół i że zasługuję na te wszystkie słowa mówiące, że do niczego się nie nadaję i powinno mnie na tym świecie w ogóle nie być. Próbowałem powiedzieć rodzicom o moich problemach, ale za każdym razem kończyło się tym samym: „Nie dramatyzuj”, „Jesteś po prostu głupi i leniwy”, „To tylko i wyłącznie twoja wina”, „Inni mają gorsze życie niż ty, powinieneś być wdzięczny za to, ile w ogóle masz” i tak dalej, i tak dalej.

Czy jestem złym człowiekiem myśląc, że nie mam po prostu na nic siły? A może faktycznie wyolbrzymiam? Ja już nic nie rozumiem...

Oprócz Anonimowe, gdzie nikt nie zna twojej tożsamości i możesz powiedzieć, co tak naprawdę czujesz bez głupich obaw, nie mam innego miejsca czy osoby, której mogę to powiedzieć.

#ukadW

Mam dwóch młodszych kuzynów. Jeden jest w 5 klasie podstawówki, a drugi w 3 klasie. Młodszy jest wcześniakiem i urodził się bez prawej nóżki od kolana w dół. Jak to w przedszkolu bywa, dzieci są okrutne. Chłopcy z 6 klasy na cel obrali sobie mojego kuzyna. Często go obrażano ze względu na nóżkę np. wołano na niego "kulawy". Chłopak nie odzywał się do starszych i ignorował ich.

Pewnego dnia naprawdę się zdenerwował, więc poszedł do starszego brata się poskarżyć. Ten natomiast jest dość wyrośnięty i długo nie myśląc poszedł do starszych chłopaków i ich zlał. Sprawa oczywiście poszła do dyrektora, który wraz z rodzicem jednego ze starszych chłopaków stwierdzili, że brat młodego nie powinien tak się zachować i jako jedyny z całej grupy dostał naganę i obniżoną ocenę z zachowania.

I jak tu przetrwać w szkole jako słabsze ogniwo?

#LrFgL

Rzecz działa się kilka lat temu podczas święcenia koszyczków, podczas kropienia kropidłem nic nie zapowiadało nadchodzącego wydarzenia: Gdy ksiądz sobie kropił koszyczki z kiełbaską, jajeczkami i wszystkich zgromadzonych, trzonek oderwał się i trafił centralnie w mój wielki łeb (tyymi włoskami czy coś). Gimbusy mówiły "ale beka", a babcie "wybrany przez Boga".
Ot, taka krótka historia wybrańca.

#lJlu2

Powoli tracę wiarę w ludzkość
Katowice, samo centrum tuż obok dworca. Jeden podpity koleś uderza drugiego, równie nietrzeźwego. Zaczyna się bójka, ale taka poważna, kopanie w twarz itp. I zgadnijcie co robią ludzie? Nic, tylko się gapią. Idę sobie ja, szesnastolatka wykończona po przegranym meczu, ale ja nie mogę się nie zatrzymać. Oni się ciągle okładają, obok parkingu, potrącają przechodniów, ale nikt nic nie robi. Zatrzymał się pan, wyciągnął telefon, ale jego żona złapała go za ramię i sobie poszli. Jedyni, którzy się zatrzymali to ja, starsza pani z psem i turysta. Turysta ma autobus za minutę, pani bez telefonu, więc kto dzwoni po policję? Ja. Na szczęście komisariat niedaleko, ten bijący zaczął odchodzić, jak usłyszał syreny, więc ja podbiegłam do radiowozu i pokazałam, w którą stronę poszedł. I wtedy nagle się znalazło milion osób z co głupszą teorią i zdaniem. Gdzie oni byli wcześniej? Prawie ktoś zginął, a oni teraz dopiero reagują? Jak można sobie poplotkować o swojej wiedzy nabytej z serialu „Policjanci i Policjantki”, to pierwsi, ale żeby dzwonić, to nie. Oni dosłownie rady policji chcieli dawać.
Skończyło się, że złapali tego gościa, ale ja po prostu musiałam to tu napisać, bo to jest dla mnie obrzydliwe, co tam się stało. I apeluję: ludzie, reagujcie. Bo każdy wychodzi z złożenia, że ktoś inny zareaguje i się kończy tym, że nikt nic nie robi.

#lawJT

To taka historyjka z dzieciństwa, która może sprawi, że się uśmiechniecie :)

Kiedy chodziłam do przedszkola, opiekunki często zabierały nas na spacery. Nasza niewielka miejscowość jest otoczona lasami, a te zielone tereny były wręcz idealne na przechadzki. Jeden spacer wyjątkowo dobrze zapamiętałam.
Kolejny raz całą grupą ruszyliśmy podbijać leśne szlaki. Chodziliśmy chaotycznie. Nie gęsiego, nie w parach, tylko luzem. Jedna przedszkolanka na początku grupy, a druga na końcu. Wszystko było pod kontrolą. Nagle jeden z chłopców zaczyna krzyczeć:  „Wąż, wąż!". Wszyscy zamilkli. Kilkanaście par oczu patrzy na wskazane przez niego miejsce. To coś się ruszyło! Banda małolatów z krzykiem pobiegła przed siebie, jak najdalej od węża. Panie za nimi. Jednak ja miałam wyjątkowo wyczulony instynkt przetrwania. Mój mózg podpowiadał mi, że skoro wąż jest na dole, to ja będę bezpieczna na górze. Co zrobiłam? Wskoczyłam na plecy pani przedszkolanki...
Dodaj anonimowe wyznanie