#J1Lty

Czasy telefonów stacjonarnych. 11-letni ja i koledzy wpadliśmy na pomysł puszczania „strzałek”. Polegało to na tym, że z książki telefonicznej z naszej miejscowości wybieraliśmy kilka śmiesznych nazwisk i przez pewien czas codziennie (a nawet kilka razy dziennie) wybieraliśmy numer do tych ludzi, jeden sygnał i się rozłączamy.
Czasy liceum, poznaję dziewczynę, zaczynamy się ze sobą spotykać, cały czas jej specyficzne nazwisko mi się z czymś kojarzy. Z czasem poznaję jej rodzinę i... uświadamiam sobie, że jej tato był na liście osób sprzed lat, do których wydzwanialiśmy. Problem w tym, że jej tato nie żyje. Najgorsze jest to, że wtedy, gdy wydzwanialiśmy do tych ludzi, jej tato od 2 lat leżał chory w domu, w stanie wegetatywnym.
Do dziś nie przyznałem się mojej dziewczynie o tej sytuacji, ale jest mi cholernie wstyd, jak sobie przypominam, że on tam leżał, a telefon dzwonił. Może dzwoniąc, nie dałem mu spać albo denerwowałem, stresowałem i tak umęczoną całą sytuacją mamę mojej dziewczyny. Jakkolwiek nie brzmi to głupio, źle mi z tym strasznie. Wiem, że byłem dzieciakiem, że niby wielkiego przestępstwa nie zrobiłem, ale fakt, że zaburzałem spokój osobom, które wtedy naprawdę go potrzebowały, sprawia, że czuję się jak kat, który dokładał tym ludziom trosk. Mama mojej dziewczyny to cudowna kobieta, staram się jej to jakoś wynagrodzić, zabieramy ją na wyjazdy, pomagam, gdy trzeba coś naprawić w domu, bo przecież brakuje męskiej ręki, ale mam poczucie, że czasu nie cofnę i co bym nie zrobił, to nic to już nie zmieni.

#b8zyT

Jak to jest? Rozmawiałem z moimi koleżankami, które chodzą po klubach i każda z nich mówiła, że nigdy nie chciałaby zostać potraktowana "jak szmata", czyli nie chciałaby być jednorazową przygodą. Te same dziewczyny opowiadały mi jak to w klubach wykorzystują cały wachlarz umiejętności, żeby ktoś je poderwał - traktują to niemalże jak sport, mają triki, myki i rywalizują ze sobą, ale... nie przyznają się do tego! "Nie, nie, to nieprawda, ja to robię dla siebie, to nic nie znaczy". Jak się lepiej podpytać, to okazuje się, że każda z nich zaliczyła kiedyś jednorazowy numer po wyjściu z klubu z jakimś facetem i uwaga: większość z nich uważa, że zostały podle wykorzystane. Rozumiecie - dziewczyna wyskakuje do kogoś z cyckami na wierzchu, wciska tyłek w jego grzyba na parkiecie, robi różne swoje "kocie ruchy" i seksowne sztuczki, po czym idzie do niego na noc w dwie godziny po tym jak się poznali i... uważa, że jeśli on na to wszystko poszedł, to jest złym kutafonem, a ona została skrzywdzona. Skrzywdzona przez kogo? Chyba przez siebie!
Oczywiście ci kolesie nie są godni podziwu, ale te dziewczyny są jeszcze gorsze, bo robią to na co same mają ochotę, a potem mówią, że wcale nie miały na to ochoty, bo nie chcą się zwyczajnie przyznać, że poszły na jednorazowy numerek i wykręcają kota ogonem wybielając siebie i oskarżając facetów - to zwyczajnie obleśne!
Brzydzę się czymś takim.

#0TCz2

Witam wszystkich. Chcę podzielić się wyznaniem dotyczącym mojego zawiedzenia się, czyli jak wygląda życie lekarza w Polsce. Możecie twierdzić, że chrzanię od rzeczy, ale do momentu kiedy się tego nie przejdzie, żyje się mitami o bogactwie lekarzy. Ad rem :)

Od kiedy pamiętam byłem najlepszy w klasie, w liceum trafił się zestaw tak samo ambitnych (pewnie trochę talentu też w tym było) ludzi jak ja. Cel był jeden - medycyna, bo prestiż, bo pomaganie, bo stabilne i bardzo wysokie zarobki (tak sądziłem). Wiadomo, pracowitość i myślę, że setki godzin przy książkach dały oczekiwany rezultat.

Studia pochłonęły moją młodość, widziałem jak koledzy bawią się co weekend, a ja przykuty do książek. Myślałem: "Mam trudne studia, w przyszłości mi się to opłaci". Upływającą młodość zauważyłem na jakimś 5/6 roku, ale wiecie - "na końcówce się poddać?" no jasne, że nie. Starałem się dalej. Skończyłem uczelnię z olśniewającą średnią 4,68. Miałem publikacje, więc rozpocząłem doktorat.
Praca w warszawskiej klinice nie była łatwa - powiedziałbym, że wykorzystywanie na każdym kroku było notoryczne, niepłatne nadgodziny, obowiązkowe wyręczanie wszystkich we wszystkim - dlaczego się nie postawiłem (teraz sam sobie zadaję to pytanie)? Bo postawienie się jest równoznaczne z wydłużeniem specjalizacji, a dopiero po specjalizacji zarabia się więcej (o zarobkach później); niemożliwością opublikowania czegoś, bo zawsze szef kliniki musi zatwierdzić. A mentalność pana i władcy pozostała chyba po PRL.

Lekarz rezydent ma pensję ustawową, (w moich czasach) jakieś 2400 zł na rękę. Na początek powiecie, że nie jest to złe. Oczywiście dorabiałem w pomocach doraźnych drugą pensję, ale ile można - 350 h było moim limitem, potem porady były wysoce wadliwe, niebezpieczne dla pacjentów, dlatego musiałem ograniczyć pracę poza kliniką. Z 2400 musiałem opłacić mieszkanie, wyjazdy na szkolenia, zakwaterowanie i życie poza granicami Warszawy na stażach (np. miesiąc kardio w Zabrzu). Teraz mam doktorat. Po obronie mój pracodawca mnie docenił.... podwyższył mi pensję o 50 zł.
To był TEN MOMENT. Poczułem splunięcie w twarz.

Paradoksalnie w momencie, kiedy zacząłem mieć wizję normalnych zarobków - wszak jestem wysoko wykwalifikowanym pracownikiem, z doktoratem i dorobkiem naukowym na poziomie profesorskim (szef mnie nieźle cisnął), zacząłem widzieć dysonans między tym, ile poświęciłem - młodość=książki, późne założenie rodziny, brak snu i utrata zdrowia. Za zarobek śr. 5 tys. zł, przy czym moje wydatki na samo szkolenie potrafiły kosztować 3 tys. miesięcznie. Teraz pewnie mógłbym zarabiać 7000, czyli tyle co znajomi imprezowicze po roku pracy jako inżynier na dole drabiny.

Mam 33 lata i Niemcy dają mi za 7h dziennie 6 tys. euro. Plus dodatek za pracę naukową 3,5 tys.. Chcę zostać, ale w PL wiedza się nie liczy, lekarz jest nikim.

#XLSX8

Nie potrafię mojej żonie wybaczyć tego, co zrobiła, a to już od kilku lat rzutuje na nasze relacje, które są bardzo trudne, właściwie nie ma między nami już prawie nic.

Moja żona znała mój pogląd na ten temat: nie chciałem, aby w jakikolwiek sposób kontaktowała się ze swoim byłym chłopakiem. Zgodziła się na to przed ślubem. Obiecała mi, że tego nie zrobi. Dwa lata po ślubie odkryłem, że pisze z nim przez telefon. Gdy zapytałem, z kim pisze, pokazała mi, że pisze z „Izą”. Dodała, że to koleżanka z gimnazjum. Potem okazało się, że to jej były chłopak: podejrzałem numer telefonu i wpisałem w wyszukiwarkę Facebooka. Wyskoczył mi jego profil.

Nie mogę mojej żonie wybaczyć tego, że pewnego dnia zostawiła mnie samego z 2-letnią córką i wyszła na jakieś spotkanie, miało to być spotkanie klasowe. Dobrze się ubrała i umalowała usta szminką na czerwono. Wychodząc, jak nigdy wcześniej pocałowała mnie w usta. Coś mi śmierdziało... Nazajutrz wieczorem włamałem się do jej telefonu. Wiem, zrobiłem brzydko, ale musiałem to sprawdzić. Okazało się, że oczywiście spotkała się ze swoim byłym chłopakiem w jakimś barze. Wszystko było w telefonie: cała korespondencja.
Tłumaczyła się, że poprawiała mu pracę licencjacką i poszła się rozliczyć. Pamiętam, że wróciła wtedy z zakupami za 300 zł zarobionych pieniędzy, a potem zrobiła nam z tego kolację i nazajutrz śniadanie i obiad.
Fakt, to były ciężkie czasu dla nas, ale pracowałem i mieliśmy co jeść.

Obrzydza mnie ten widok, jak bierze od niego kasę, a kilka lat wcześniej... Po prostu mnie to obrzydza. Od tego czasu obrzydza mnie też czerwona szminka na jej ustach.
Nie wiem, po co my w dalszym ciągu jesteśmy ze sobą. Nie mam odwagi jej zostawić, mamy dzieci.

Nie mogę jej tego wybaczyć. Nigdy jej tego nie wybaczę. Nie potrafię tego zrobić.

#xBMer

Sytuacja miała miejsce, kiedy miałam 14 lat.
Założyłam sobie konto na jakimś portalu randkowym... to nie był tinder, bo wtedy jeszcze tego nie było. Nie wiem co mnie opętało, gdzieś zobaczyłam reklamę i też chciałam się zalogować. Oczywiście minimalny wiek to 16 lat, żeby korzystać z takiego portalu, a ja na tyle wyglądałam. Byłam już wtedy wysoka, biust już miałam jakoś w okolicach B, miesiączkę od 3 lat. Pisały do mnie osoby w różnym wieku, już nie pamiętam, ale pewnie w normalnym tonie. Jednak napisał do mnie też facet 27-letni z pobliskiego dużego miasta. Mi to zaimponowało. Nie pamiętam, czy napisałam, ile mam naprawdę lat, ale wydaje mi się, że na 80% wspomniałam o tym. Chciał się spotkać. Oczywiście były wakacje i nie wiem, co mi odbiło, ale pojechałam do tego miasta pociągiem. Wyszłam z dworca i miał po mnie tam przyjechać samochodem takiego koloru z kolegą (!). Nie zapaliła mi się wtedy czerwona lampka. Czekałam na jakiejś ruchliwej ulicy, ale nie podjechał taki samochód. Pewnie pomyliłam kierunki. Niestety było już późno i nie jechał żaden pociąg. Jeszcze padła mi bateria w telefonie, ale zadzwoniłam od jakiegoś podróżnego z telefonu, bo znałam numer mamy. Przyjechali po mnie rodzice, ale co było potem w domu... Oczywiście skłamałam i powiedziałam, że byłam u koleżanki. Jakie ja miałam szczęście. Potem ten koleś pisał mi, że on chce seksu itp., a ja mu głupia odpisywałam, że ja też. Przed spotkaniem chyba nie było takich tematów. Nalegał, żebym jeszcze raz przyjechała, z pretensjami, że teraz nie wyszło, to przyjedz jeszcze raz. To nawet nie chcę wiedzieć, po co mu był ten kolega. I właśnie nie pamiętam, czy ja w wieku 14 lat wiedziałam dokładnie, co to jest seks. W moim domu to był temat tabu. Minęło już tyle lat, a nadal nie wiem, jak mogłam zrobić coś tak głupiego. Jednak są małe szanse, że mieli pokojowe zamiary. Do dzisiaj dziękuję Bogu, że miałam wielkie szczęście. Co takie nastolatki mają w głowie, naprawdę bardzo łatwo zmanipulować młode osoby. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczna, a przede wszystkim seksualna. Już od dawna chciałam to napisać, a ostatnie afery skłoniły mnie do tego. Bardzo łatwo kierować nastolatkami, mi wtedy osoby 20-kilkuletnie wydawały się godne zaufania. Nie był to przecież stary dziad, przed którym ostrzegano w kontekście zboka. A młodym ludziom łatwiej zaufać, a idolom to już w ogóle. Zna go tyle ludzi, jest osobą publiczną - to co złego może zrobić?

#RSGFT

Dostałam kiedyś od cioci taką figurkę, co mówi nam, gdy jest trzęsienie ziemi. Figurka to taki ludzik na igiełce, która opierała się na podstawce, i jak było drganie to się ruszała. Potem trafiłam na film o trzęsieniu ziemi, co w 2004 roku zabiło tyle ludzi, gdyż wywołało tsunami.

Do rzeczy - figurka stała jak miała stać, jednak usłyszałam huk, patrzę na figurkę, A ONA SIĘ PORUSZA. Wybiegłam z domu i płakałam, że zaraz mnie zabije tsunami. Na szczęście okazało się, że brat spadł z krzesła jak wkręcał żarówkę :)

#02uzw

Pracowałam kiedyś w delikatesach nocnych.

Stoisko monopolowe, wchodzi kilku młodych chłopaczków i jeden z nich mówi: "Poproszę prezerwatywy, ha ha!".
Ja na to: "Jakie? Mamy tylko smakowe w tej chwili. Truskawkowe i miętowe".
Chłopaczek pyta: "A które pani poleca?". I znów ten głupi śmiech.
A ja mu na to: "Zależy, gdzie partnerka potrzebuje się odświeżyć. Bo jak w ustach, to polecam miętowe".

Jego mina bezcenna!

#xzVVj

Mam małą grupkę przyjaciół. Nazwijmy ich Ania, Marcin i Zbyszek. Kocham się w Marcinie, Marcin kocha się w Ani, Ania w Zbyszku a Zbyszek we mnie.

Każdy jest tego świadom, chociaż na co dzień nie mówimy o tym głośno, bo byłoby niezręcznie. Nawet próbowaliśmy dać sobie nawzajem szanse, ale to po prostu nie działa.
Niestety, traktujemy się nawzajem jak rodzeństwo i mimo szczerych chęci, po prostu się nie da.

Taki z nas dziwny... czworokąt.
Dodaj anonimowe wyznanie