Kiedy przypomnę sobie teraz, jak bardzo kłóciłam się z moim obecnie mężem na początku związku, to mam ciarki z przerażenia.
Zawsze byłam raczej cicha i układająca się. Nie cierpię się kłócić i dążę do porozumienia za wszelką cenę.
Mój mąż z kolei, jak wtedy zauważyłam, dążył czasem do kłótni, obrażał się nie wiadomo o co, urządzał ciche dni i wracał do czegoś, co powiedziałam kilka dni temu. Zawsze próbowałam go zrozumieć, w końcu wyciągnęłam z niego, że jego była zawsze zwalała winę na niego i miał ją przepraszać nawet kiedy go zdradziła i postanowił sobie, że nigdy już nikt nie będzie zwalać na niego winy. Takie miał wzorce, jego rodzice się tak kłócą, tak kłócił się z byłą. Na początku też na niego krzyczałam, trzaskałam drzwiami. Przeraża mnie to teraz.
W końcu zaczęło do niego docierać, że nie trzeba w ten sposób postępować, że umiem przeprosić, kiedy sama popełnię błąd, że nie musi ze mną walczyć, że może po prostu powiedzieć, że coś mu nie pasuje, a ja nie zrobię awantury. Powiedział mi wprost, że on nie wiedział, że tak można. Był w szoku i było to po nim widać.
Kłótnie nie skończyły się z dnia na dzień, ale było tego coraz mniej, reagował na wszystko coraz spokojniej. Uczyliśmy się, jak przekazywać sobie to, co nam się nie podoba – on tego, czego nie toleruję ja (obrażania się i krzyku), a ja tego, czego nie cierpi on (punkty, w które kiedyś mocno dostał psychicznie).
Teraz, po 5 latach, nie ma tego już wcale. Czasem tylko zamiast od razu powiedzieć mi o co chodzi siedzi naburmuszony, ale ja to widzę, przypominam mu o tym, że tego nie lubię i wyduszam, o co chodzi.
Jeśli już się kłócimy, to sprowadzamy wszystko do części pierwszych, o co w ogóle poszło, w czym jest problem – i to działa.
Trafiłam na naprawdę rozumnego faceta, który dał sobie przetłumaczyć, który rozumie i do którego dotarło. Ale przeraża mnie to, że wtedy były momenty, kiedy zastanawiałam się, czy odejść. Przeniosłam się wtedy na studia zaoczne, żeby pracować, mimo że mówił, że spokojnie utrzyma mnie do ich końca. Nie ufałam mu właśnie dlatego. Bałam się uzależnić ekonomicznie, ale jednocześnie walczyłam o niego. Miałam koszmarnie niskie poczucie własnej wartości, które pomógł mi podnieść, mimo że to chyba przez nie wytrzymałam z nim ten gorszy czas. Bo on też o mnie walczył, to on wytłumaczył mi, że nawet jeśli się z nim nie zgodzę, to on i tak mnie kocha (na te słowa ja byłam w szoku, cóż, deficyty z domu).
Przeraża mnie to, jak niewiele dzieliło mnie od kobiet, które lądują z przemocowcami, których chcą zmienić...
To był cudowny chłopak, oczytany, inteligentny, silny i pomocny. Skończył LO w naszym niewielkim mieście, miał świetne wyniki w nauce, grał również w lokalnej drużynie piłkarskiej i amatorsko trenował sporty walki. Miał wspaniałą rodzinę, śliczną dziewczynę i wielu przyjaciół, którzy bardzo go sobie cenili.
Zawsze marzył o służbie w wojsku, na komisji wojskowej dowiedział się, że ma dobre predyspozycje do służby w wojskach powietrznodesantowych. Zamiast pójść na studia wojskowe, stwierdził, że „wykorzysta” wojnę toczącą się na wschodzie do nabrania doświadczenia, a po powrocie z pewnością otrzyma przydział do jakiejś prestiżowej jednostki w kraju.
Niestety wszystko jest w czasie przeszłym, ponieważ ten cudowny chłopak, mój młodszy braciszek, stracił życie na froncie zaporoskim 2 maja 2022 roku. Był żołnierzem Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy.
Pierwszy rok bez Ciebie, pierwsze wakacje spędzone bez Ciebie...
To Twój dzień braciszku, do zobaczenia tam w górze.
Ostatnio byłam z moim psem na spacerze. Podbiegł do nas bodajże pitbull i po prostu zaczął atakować mojego psa. Nie mając pojęcia co zrobić, najpierw krzyczałam, a potem po prostu kopnęłam tego psa, żeby wyrwać swojego z jego szczęk. Zupełnie nie chciałam go skrzywdzić, ale musiałam coś zrobić, żeby uratować moją psinę. Pies był cały pogryziony, miał rozszarpane ucho.
Kiedy powiedziałam mojej koleżance o tej sytuacji, zwyzywała mnie od suk i zwyroli i że dla takich ludzi jak ja powinna być kara śmierci.
Czyli że co, miałam pozwolić atakującemu zabić mojego psa?
Cofnijmy się o około 26 lat, kiedy to moi rodzice, świeżo po ślubie, wprowadzili się do nowego mieszkania. W zasadzie nie tak nowego, bo w przedwojennej kamienicy, więc mieszkanie wymagało remontu. Między innymi należało pomalować parkiet lakierem. Zajęła się tym moja mama w dniu, kiedy miała rozmowę o pracę. Wszystko sobie zawczasu przygotowała, spakowała eleganckie ubranie na zmianę, a nawet mydło i ręcznik, żeby potem się umyć i zniosła do piwnicy. Sama ubrana w ciuchy robocze lakierowała parkiet, poruszając się w stronę drzwi wejściowych. Skończyła i zadowolona z siebie pobiegła się przebrać, bo zostało jej mało czasu do rozmowy.
Niestety, zapomniała o jednej rzeczy. Zapomniała o spodniach. Było już za późno, aby dzwonić po pomoc, więc została w tych roboczych. I tak poszła, w eleganckiej bluzce, marynarce, wypastowanych butach i... podartych, poplamionych farbą i śmierdzących rozpuszczalnikiem spodniach. Dojechała na miejsce i na wejściu spotkała się z nienawistnym spojrzeniem sekretarki, która przypuszczalnie myślała, że mama to wariatka, która wącha klej – to przez ten zapach rozpuszczalnika. Mama jednak miała szczęście. Dyrektorki jeszcze nie było, więc szybko weszła do gabinetu i zasiadła za biurkiem, oczekując na rozmowę. Musiała tylko raz wstać, aby się przywitać, więc udawało jej się całą rozmowę ukrywać swoje spodnie za biurkiem. Wprawdzie dyrektorka tamtej placówki ciągle zastanawiała się na głos, co tak śmierdzi, na co sekretarka odpowiadała jej wywracaniem oczu i dyskretnym wskazywaniem brodą na mamę.
Żeby nie zabrakło najważniejszej informacji – tak, mama dostała tę pracę.
Mogę sobie tylko wyobrazić minę pani dyrektor, kiedy mama w końcu wstała... Ale umowa już została podpisana :)
Jestem dresiarzem. Mam 20 lat, czarne BMW, ortalionowy dres, karnet na mecze Widzewa i łysą głowę. Nikt nie wie, że lubię muzykę klasyczną. Mój ulubiony kawałek to „Canon In D Major” Pachelbela.
Mam lekką formę afektywnej choroby dwubiegunowej i jako przeciwdziałanie postanowiłam nie dać się „zdepresjonować” żadnej sytuacji, tylko czasem wręcz na siłę myślę, co by tu pozytywnego z tego wyciągnąć. Przykładowo – zerwałam mięsień tricepsa... Nic straconego! Wreszcie na maksa będę mogła poświęcić się treningowi nóg! Długo mi to zajęło i przyznam, że nie funkcjonuje to zawsze, ale człowiek z czasem się przyzwyczaja i staje się coraz bardziej kreatywny. Od grudnia miałam zaledwie kilka dni „stanu poddepresyjnego”, resztę czasu jest albo szczęśliwie, albo neutralnie. Nigdy wcześniej nie miałam tak długiego okresu bez czarnych dni i to tym bardziej mnie motywuje, żeby nie dać się smutnym rzeczom. Polecam każdemu!
Prawdopodobnie każdy wie, co to jest snapchat, dla niewiedzących: portal społecznościowy do dodawania zdjęć, te zdjęcia znikają po 24 godzinach.
Niestety, ja na początku nie wiedziałam, o co w nim chodzi. Moja znajoma dodała tam zdjęcia z chłopakiem, jak się całują i nie tylko. Czas wyświetlania zdjęć ustawiła na trzy sekundy każde. Ja geniusz nie zdążyłam zobaczyć co jest na tych zdjęciach, więc zrobiłam screen każdego, dosłownie każdego jej zdjęcia z tym chłopakiem. Aby potem je zobaczyć... Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ona to wszystko zobaczyła.
Nie minęło jakieś 10 minut i już dostałam wiadomość od niej z pytaniem: „Dlaczego robisz screeny moich zdjęć?”.
Nie wiem dlaczego, ale odpisałam: „Kolekcjonuję zdjęcia par”...
Nie, nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami ani żadne z typowych anonimowych zakończeń, po prostu ona się do mnie nie odzywa, a ja gdy ją widzę, mam ochotę zapaść się po ziemię.
Wyobraźcie sobie minę 19-latki wchodzącej do łazienki, zastającej swojego 16-letniego brata za zasłoną w wannie, z palcem w d**** i robiącego sobie samemu dobrze. Ja nie muszę sobie wyobrażać.
Kilka lat temu, kiedy miałam jakieś 12-13, pewnego pięknego popołudnia stwierdziłam, że jest to pora idealna, aby rozładować napięcie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i już chwilę później siedziałam na kanapie z telefonem i ręką w spodniach. Po skończonej robocie umyłam ręce i poszłam oglądać telewizję. Po jakimś czasie stwierdziłam, że jakoś mi mokro. Poszłam do łazienki, żeby się wytrzeć, patrzę, a tu szok! Okres mi się zaczął! Szybka akcja, biegnę do salonu, a tam czerwona plama na kanapie. No jak ja mogłam tego nie zauważyć!? Rodzice wrócą za chwilę i jak ja im to wyjaśnię? No wstyd przecież! Szybka decyzja, nóż w rękę, przecinam sobie drugą rękę i krzywiąc się z bólu opatruję ją sobie.
Rodzice przychodzą, pytają co to za czerwona plama na kanapie, a ja z dumą w oczach (że nikt się nie zorientował) oznajmiam, że przecięłam sobie rękę jedząc pomarańczę.
Teraz jak patrzę na bliznę na ręce, to chce mi się śmiać z mojego toku myślenia...
Jakiś czas temu zapytano mnie o stolicę Węgier. Nie mogąc sobie przypomnieć jej nazwy, odpowiedziałam Dupasztet, zamiast Budapeszt.
To uczucie, kiedy kładziesz się spać i nagle przypominają ci się wszystkie kompromitujące sytuacje w twoim życiu...
Dodaj anonimowe wyznanie