Mam 24 lata i nie rozmawiam z ojczymem.
Ten człowiek jest w moich oczach tyranem. Mama nigdy mnie nie rozumiała. Mówiła, że przesadzam, że to ja jestem uprzedzona, bo nie mogę zaakceptować jej nowego związku. Przykre w tym wszystkim jest to, że wiele rzeczy działo się na jej oczach, a ona tego nie widziała.
Czasem miałam wrażenie, że nienawidził mnie, bo jestem lesbijką. Czasem przychodził do mnie i zmuszał mnie do oglądania obrzydliwych nagrań z zoofilią, mówiąc mi, że jestem takim samym zwierzęciem, jak te przedstawione na nagraniach. Innym razem popychał mnie na lustro, bił mojego psa za karę, jak zrobiłam coś, co mu się nie podobało. Ale potem pomyślałam o siostrze, która jest hetero, ale nie była jakoś lepiej traktowana.
Gdy skończyłam szkołę, od razu wyprowadziłam się z domu. Do mamy nie odzywałam się pół roku, aż przyjechała nagle pod moje mieszkanie na herbatę. Wpuściłam ją do domu i zapytałam, czego tak naprawdę chce. Przeprosiła mnie za moje dzieciństwo i poprosiła, żebym wybaczyła ojczymowi, bo nie jest złym człowiekiem. Jak zapytałam, czy zdaje sobie sprawę, za co konkretnie mnie przeprasza, czy może przyjechała po prostu użyć tego słowa, odpowiedziała, że nie wie za co jestem zła i że on nie zrobił nic złego.
Nie wiem, czy to co piszę ma sens, ale nie mogę mu wybaczyć. Mamie też.
Kilka lat temu podczas odwiedzania cmentarzy spotkała mnie dziwna przygoda. Zmęczony, przysiadłem na jakimś nagrobku. Po chwili chciałem wstać i stwierdziłem, że nie mogę. Na mnie jeszcze nie pora, pomyślałem, na pewno aż tak bardzo nie osłabłem.
Okazało się że kamieniarze naprawiali pomnik i rozlała im się substancja do klejenia granitu.
Spodnie, jak wiadomo, z granitu nie są i były już na straty. Ale wybrnąłem z tej sytuacji – zawiązałem sweter na brzuchu i bocznymi alejkami jakoś dotarłem do samochodu.
Jestem ochroniarzem na dość sporym obiekcie. W miejscu, gdzie pracuję, są firmy produkujące m.in. karmę dla zwierząt, ale też wszelakiego rodzaju żywność dla ludzi. W momencie kiedy któraś z palet z wyżej wymienionymi produktami podczas przewożenia się wywróci, wszystko ląduje w kontenerze na odpady. Nieważne, czy się potłukło czy nie. Wszystko ląduje w koszu, mimo że jest to żywność zdatna do spożycia.
Z soboty na niedzielę w nocy, z kolegami z ochrony, obracamy kamery, przebieramy się z mundurów i jedziemy. Oczywiście swoimi samochodami, nasz służbowy ma wbudowany GPS. Zabieramy to wszystko, robimy paczki. Rozwozimy karmę dla zwierząt do schroniska. Żywność dla ludzi do domu dziecka bądź schroniska dla bezdomnych. Prawnie jesteśmy w tym momencie złodziejami. Nie wyobrażacie sobie nawet, ile jedzenia ląduje codziennie w koszu, bo takie są durne wymogi.
O tym co robimy wie tylko kilka osób z firm, które mówią nam co, gdzie i kiedy będzie wyrzucone.
Za czasów mojego dzieciństwa pod moim blokiem żyło dość dużo dzikich kotów. Pamiętam, że codziennie rano otwierałam okno i sprawdzałam obecność dla każdego kota. Ba! Miałam nawet specjalny zeszyt, w którym prowadziłam notatki, dotyczące ich zachowania. Gdy uznawałam, że kot był grzeczny, dostawał plus, gdy był niegrzeczny, dostawał minus. Podobnie było w przypadku ich obecności pod moim oknem. Podliczałam wszystko pod koniec miesiąca. Dla kota, który uzyskał najwyższy wynik, wyrzucałam lepsze kąski, a dla tych niegrzecznych nie dawałam nic.
Skąd to wspomnienie? Otóż dziś znalazłam w starych rzeczach mój zeszyt z dzieciństwa :)
Byłem w odwiedzinach u mojej babci. Nie słyszy ona dobrze tak jak kiedyś, więc często wychodzą z tego dosyć śmieszne sytuacje.
Kiedyś zapytała się, co u mnie słychać. Zacząłem opowiadać jej o moich problemach, że matura poszła mi kiepsko, że właśnie zerwałem z dziewczyną...
Na co babcia radośnie odpowiedziała: „To dobrze, że ci się układa!”.
Pięć miesięcy temu popsuła mi się większość zębów. Ropnie, stany zapalne, przeogromny ból, którego nie tłumiły nawet leki przeciwbólowe. Najśmieszniejsze jest to, że regularnie chodziłam na wizyty do swojego dentysty i miałam hopla na punkcie higieny (mycie po każdym posiłku, nitkowanie, irygacja, nastawiałam nawet minutnik na mycie zębów). Nie wiem jak to się stało, że nagle wszystkie mi padły, dosłownie jeden po drugim.
Oczywiście wydałam krocie na dentystę. Dosłownie krocie. Jak leczenie kanałowe, to tylko pod mikroskopem. O! Nie udało się jednak naprawić zęba? Albo złamał się pięć minut po wyjściu z gabinetu? Nic nie szkodzi, wyrwiemy, proszę się umówić na implant. Sami doskonale wiecie, że to nie są tanie rzeczy. Łącznie popsuło mi się osiem zębów, wydałam średnio po 2500 zł na każdy, a będę musiała założyć pięć implantów przez nieudolne leczenie albo zostawienie mi w zębie narzędzia, albo przez to, że nie wdrożono żadnego antybiotyku, gdy wyszedł mi ropień. Ogólnie dużo dużo pieniędzy i jeszcze więcej bólu. I wiecie co boli mnie najbardziej? To, że żaden lekarz mnie nie przeprosił, nie zaproponował jakiejkolwiek rekompensaty za nieudolne leczenie. Że dentysta, do którego chodziłam od 10 lat, nie zauważył tego, jak psują mi się zęby. Co by nie było, po każdym nieudanym leczeniu zmieniałam specjalistę, jeździłam 80 km dalej od mojego miejsca zamieszkania do ponoć najlepszej kliniki w okolicy, moje zęby oglądała chyba większość dentystów w powiecie. I co? I nico. Wydałam kupę kasy, a teraz wydam jeszcze więcej na implanty. W chwili obecnej nie mam już pięciu zębów. Pięciu! W wieku 32 lat. Chyba nigdy tak się nie zawiodłam na leczeniu. Doprowadziłam się do ruiny finansowej przez te ich „szkoda wyrywać zęba, spróbujemy tego”, potem jeszcze czegoś, by po pięciu wizytach dowiedzieć się, że w sumie to i tak trzeba zęba usunąć.
Jestem wściekła. Mam całą dokumentację medyczną i naprawdę mocno się zastanawiam, czy nie pozwać tych gamoni o błędy w sztuce. Tylko komu wierzyć? Jak bez jednego zęba szłam do drugiego stomatologa, to chwytał się za głowę, jak mogli mi to zrobić, potem u niego historia wyglądała podobnie (leczenie, leczenie, pieniądze, pieniądze, wyrwanie, implant), szłam do kolejnego z następnym zębem i znowu historia zataczała koło. Jeden mądrzejszy od drugiego.
Pracuję w zawodzie trochę podchodzącym pod medyczne i wiem, że jak ja bym komuś tak spierniczyła sprawę, to miałabym sąd na karku i w najlepszym wypadku do wypłaty srogie odszkodowania, a w najgorszym zakaz wykonywania zawodu.
Wiecie co mnie jeszcze mega zabolało? Jak po którymś razie mocno się oburzyłam, to z ironicznym uśmiechem dostałam odpowiedź, że „no wie pani, medycyna daje szansę, a nie gwarancję”.
Ścieram sobie kurze i nagle kątem oka zobaczyłam wielkiego pająka na parapecie. Panika i od razu w krzyk. Uciekając, walnęłam twarzą o drzwi, więc zakrwawiona pobiegłam do łazienki. Brat się ulitował i ruszył do mojego pokoju, żeby mi pomóc i pozbyć się potwora. Po chwili wyszedł z niego, trzęsąc się ze śmiechu, bo okazało się, że to wcale nie był pająk, tylko czarna zakrętka od napoju...
31 października, środek stolicy i święto Halloween. Wracałem z pracy i zapomniałem, że dzieci mają ubaw z chodzenia po domach i zbierania słodkości, więc się nie przygotowałem. Przy dwóch pierwszych grupach znalazłem coś w mieszkaniu, a reszcie pokazywałem moje „maskotki” halloweenowe – ptaszniki i węże :))
Moja siostra ma ciągłe pretensje, że ją rzadko odwiedzam, zwłaszcza w okresie jesień – zima – wiosna. To nie tak, że jej unikam. Ja po prostu panicznie boję się przekroczyć próg jej mieszkania. Dlaczego? Otóż niemal zawsze po odwiedzinach łapię jakieś grypy, jelitówki, przeziębienia i inny syf. Mam podejrzenia dlaczego.
Siostra ma trójkę dzieci – bliźniaki 7 lat i córka 5 lat.
1. Praktycznie nie wietrzy mieszkania, zaduch panuje niesamowity, „bo dzieci znowu się pochorują, bo je zawieje”.
2. Wszystko co dotykają musi być czyste, wymyte, wyparzone, „bo złapią jakieś bakterie i znowu będą chorować”.
3. Zimą prawie nie wolno im wychodzić i pobawić się na zewnątrz, „bo za zimno i na pewno się przeziębią, a przecież rzadko jest śnieg, tylko pełno błota i się umorusają tylko”.
4. Podsumowanie – przez takie traktowanie te dzieciaki przynoszą z przedszkola praktycznie każdą chorobę, a wirusy i bakterie spokojnie sobie mieszkają u siostry w domu jeszcze długo po tym, bo przecież nie można wywietrzyć.
Nie da się siostrze wytłumaczyć, dlaczego robi źle i krzywdzi własne dzieci. Szwagier też niewiele zmieni, bo każda rozmowa wywołuje tylko kłótnie.
Aż sobie przypominam warunki z mojego dzieciństwa – stary dom, 20-letnia wykładzina w pokoju, nieszczelne okna, przeciągi. Lato czy zima – mnóstwo czasu na zewnątrz. Zjadanie niemytych owoców z sadu czy szczawiu chrupiącego w zębach od piachu. I wiecie co? Chorowałam może z raz na dwa lata ;)
Odporność jest jak mięśnie. Trzeba jej używać, żeby działała jak trzeba, inaczej zanika.
Mój kuzyn (prawilny warszawiak), gdy w wieku 14 lat pierwszy raz przyjechał na wieś, przeżył szok. To, że kury znoszą jajka wiedział, ale że, cytując: „one je wydalają z dupy”, to już nie wiedział. Z kolei jak zobaczył dojenie krowy, to nie chciał pić mleka przez kilka miesięcy.
Jakim cudem ludzie są w stanie nie znać takich podstawowych faktów?
Dodaj anonimowe wyznanie