Kiedyś szłam na randkę oblodzonym chodnikiem, cała wystrojona, no i oczywiście kozaczki na obcasiku. I tak idę sobie powolutku, w lekkim rozkroku, coby łatwiej równowagę utrzymać, ostrożnie stawiając każdą stopę. Nagle podchodzi do mnie pan żul i ze zrozumieniem w oczach zapytuje: „Co? Sraczka?”.
Tak że ten... Musiałam wyglądać jak prawdziwa dama :D
Latem pracowałam w lodziarni.
Pewnego dnia wszedł do niej młody mężczyzna z trójką rozwrzeszczanych dzieci. Dzieci jedzą już swoje lody, pytam, czy coś jeszcze, dziewczynka zwraca się do mężczyzny: „Tatusiu, a ty nie chcesz loda?”, na co on uśmiechnął się i odpowiedział małej: „Tatuś wolałby zupełnie innego loda”, puszczając przy tym oczko w moją stronę.
W życiu nie czułam się tak dziwnie. Niby tylko słowa, a poczułam się... brudna.
Wiele tu się czyta o alkoholikach w rodzinie, o tym, jak niszczą członków rodziny, wszczynają awantury lub nie interesują się dziećmi. Moja historia jest trochę inna.
Ojciec mój przez większość mojego życia pracował na kierowniczym stanowisku w państwowej firmie. Odznaczała się ona tym, że w przypadku jakiegokolwiek wypadku w miejscu pracy do zwolnienia szła najpierw kadra kierownicza. Praca w stresie, wiele z niej ojciec przynosił do domu. Nie wyżywał się na nas, był zdenerwowany i po prostu miał mnie i siostrę w dupie. Bywały dni, kiedy pytał jak w szkole, co robiłyśmy itp., jednak nie czułam w nim żadnego zaangażowania.
Gdy byłam w podstawówce, urodził się mój brat. Szybko okazało się, że jest chory, ale nie był niepełnosprawny. Jest do końca życia skazany na rehabilitację i przyjmowanie leków, ale nie przeszkadza mu to w codziennym życiu. Ojciec patrzy na to chyba trochę inaczej. Zaczął popijać. Codzienne piwko po robocie było normą, czasami kupował sobie ćwiartkę. Nie widziałam tego, aż do liceum, a teraz kiedy kończę studia jest już znacznie gorzej.
Kiedy nie ma czasu, ojciec nie pije i odzywa się do nas naprawdę sporadycznie, głównie jak czegoś chce. Ale potrafią być tygodnie, kiedy dziennie wypija 0,7 l wódki. Butelki chowa wszędzie i robi sobie drinki, a że jest na emeryturze, to ma na to mnóstwo czasu. I jak sobie tak popije, zaczyna się najgorsze. Przychodzi do nas, przytula się, kładzie na nogach i opowiada, jak nas kocha. Mi jest okropnie niezręcznie, kiedy siedzi obok mnie, ledwo się giba i pyta, czy go kocham, skoro sam mi tego na trzeźwo chyba nigdy nie powiedział. Gorsze jest jednak to, że jest typem człowieka, który uważa, że skoro nas wychował, to mamy obowiązek mu usługiwać. Wystarczy, że powiem mu, że zrobię coś później, bo sprzątam/uczę się/wychodzę, od razu uczy mnie „szacunku” – obraża się i twierdzi, że jestem niewdzięczna i niewychowana. Sam nie widzi, jak bardzo nie szanuje swoich dzieci, a przede wszystkim żony, jaśnie pan, któremu wszystko się należy – trzeba mu nałożyć obiad, przynieść kapcie, podać pilota, iść do sklepu i kłaniać się.
Wiem, że zawdzięczamy mu całkiem dobre życie, ale mnóstwa przepłakanych nocy i strachu w jego obecności nie mogę mu wybaczyć. Aby przybliżyć wam skalę tego, jak się zachowuje, przytoczę wam odpowiedzi mojego już 15-letniego brata. Spytałam go, czy pamięta, od kiedy ojciec pije, a on odpowiedział, że od zawsze. Na pytanie, czy uważa, że tata go kocha, odpowiedział: „Może, ale pewnie już o tym nie pamięta”, w tym czasie ojciec spał pijany w drugim pokoju.
Trzymamy się razem dzięki mamie, tylko ona potrafi choć na chwilę naprawić to, co alkohol skutecznie niszczy.
Zgubiłam się w lesie i nie umiałam z niego wyjść. Sytuacja była tak beznadziejna, że po prostu klęknęłam i zaczęłam płakać. To wszystko dzięki całym tym hormonom, bo byłam wtedy w ciąży.
Kiedy trochę ochłonęłam, wyłączyłam komputer i poszłam poleżeć w wannie. Tak, popłakałam się, bo zgubiłam się w lesie w Skyrimie. Jak sobie pomyślałam o tym, jakie to beznadziejne, to popłakałam się w wannie.
Jestem dorosłym facetem, mam pracę, mieszkanie i samochód, ale mam również jedno nietypowe hobby – lubię malować sobie paznokcie. Wzięło się stąd, że będąc nastolatkiem, bez przerwy je obgryzałem, przez co moja mama kupiła mi tak zwany „Gorzki paluszek” – lakier, który jest gorzki i po dotknięciu językiem wywołuje nieprzyjemny smak w ustach. Tak mi się spodobało malowanie paznokci, że przestałem je obgryzać, delikatnie je zapuściłem, dbam o nie, piłuję i regularnie je maluję wszelkimi lakierami do paznokci – co prawda zaraz je zmywam, ale satysfakcja ogromna :)
PS Nie jestem gejem. Mam dziewczynę, która to akceptuje i jak sama twierdzi: nie musi wydawać na kosmetyczkę :)
Mam specyficzną sąsiadkę, nazwę ją Larysa. W obecnym miejscu mieszkamy z mężem od siedmiu lat. Oboje dużo pracujemy, często też całymi weekendami. Ja dodatkowo kończę podyplomówkę, bo mi się uwidziało, pięć lat po studiach. Jednak ostatnio coraz częściej myśleliśmy o dziecku, człowiek młodszy nie będzie.
Jakiś czas temu zatrzymała mnie sąsiadka, starsza pani. Zaczęła biadolić, że jaka szkoda, jak to ona mi współczuje, ale teraz przecież są metody różne, no a jakby co, to adopcja... Zdziwiona zapytałam, o co chodzi.
– No ja słyszałam, że pani jest bezpłodna!
– Od kogo?!
– Od pani Larysy!
Zbaraniałam. Mam szybki zapłon, ale szybciej się uspokajam. Po 15 sekundach przeglądania w myśli wszystkich sposobów, na jakie mogłabym zabić Larysę, napisałam liścik, zapraszający ją do mnie na kawę w określonym dniu i godzinie. Wiadomość wrzuciłam do skrzynki. Larysa zjawiła się punktualnie. Po wymianie grzeczności zapytałam wprost, dlaczego opowiada bzdury. Pomiędzy wykrętami (bo przecież tyle czasu, a dzieci nie macie, to ja myślałam...), tłumaczeniem i opowieściami o sobie, wyłonił mi się obraz kobiety o ciężkim charakterze i ograniczonej empatycznie, ale samotnej pomimo męża i dziecka. Nie zamierzałam sprawdzać, dlaczego jest, jaka jest – z ludźmi toksycznymi nie wchodzę w bliższe relacje. Wpadłam zaś na pewien pomysł. Na odchodnym zaprosiłam Larysą na kawę w przyszłym tygodniu, o tej samej porze. Larysa przyszła i od progu zaczęła nadawać: Kalina spod czwórki to alkoholiczka! Bo ona ją widzi z okna, jak czasem wraca po nocach i się zatacza! Straszne! Posłuchałam, pokiwałam głową, umówiłyśmy się jak zwykle, za tydzień.
Na kolejnej kawie Larysa zastała... Kalinę spod czwórki. Od słowa od słowa okazało się, że Kalina ma szefa potwora, który chce zatyrać pracowników na śmierć, zmuszając ich do kilkunastogodzinnej harówki ponad siły. Na szczęście od przyszłego tygodnia zmienia pracę.
Na kolejnych kawach Larysa spotkała: panią z czwórką dzieci spod dwójki (pewnie na 500+ poleciała, bachorów narobiła, nierób jeden!), która zawsze marzyła o dużej rodzinie, młodą kobietę z parteru, mieszkającą tylko z psem (pewnie sprzedajka, różni faceci do niej przychodzą!), która jest wdową i ma trzech braci, co chwila sprawdzających, jak sobie radzi, oraz mamę Adasia (to dziecko się wydziera po nocach! Katują go!), którego choroba wrodzona sprawia mu taki ból, że krzyczy. Tę ostatnią skierowałam do znajomej lekarki; obecnie Adaś ma się lepiej.
Panie się zaprzyjaźniły i spotykają się nie tylko u mnie na kawie. Jaki był cel tego wszystkiego? Nie zacieśnienie więzi sąsiedzkich, nie – chciałam, by wszyscy się bliżej poznali i by już nikt nigdy nie uwierzył w głupoty opowiadane przez Larysę.
Chciałam opowiedzieć, jak straciłam wieloletnią przyjaciółkę, chociaż po tej historii wiem, że chyba nigdy nią nie była.
Z mężem dzielimy pasję do podróży, przez lata nauczyliśmy się wyjeżdżać razem jak najwięcej, za to niedużym kosztem. Mamy córkę, która uwielbia z nami podróżować, a my dzięki niej wiemy, że nic nie jest przeszkodą. Przez pół roku planowaliśmy wakacje, które miały być naszym spełnieniem marzeń, a celem była pewna wyspa. Na początku myślałam, że to nierealne i nieosiągalne finansowo, ale po pewnym czasie okazało się, że nie taki diabeł straszny i damy radę. Do wyjazdu zostało kilka dni, napisałam przyjaciółce, że dziś się pakujemy i trochę się stresuję. W odpowiedzi dostałam „Lekarz każe mi iść do onkologa”. OK, szok, niezrozumienie, gonitwa myśli, zapytałam się, co jest grane, ale od razu przypomniałam sobie, że moja przyjaciółka jest osobą, która uwielbia zwracać na siebie uwagę i teksty o tym, że ma raka albo jakąś nieuleczalną chorobę są u niej na porządku dziennym. Tym razem jednak pociągnęłam ją za język i szybko okazało się, że zmyśla i nic takiego nie miało miejsca. Potem przyjaciółka zamilkła, nie odzywała się do mnie, nie odpisywała, totalna olewka. Nie wykazała zainteresowania, jak nam idzie, czy dotarliśmy, nic. Wysłałam jej zdjęcie z malowniczego miejsca i pozdrowiona stamtąd. Nadal zero reakcji.
Po dwóch dniach napisała mi, że jej mama zmarła. Kolejny szok. Co? Jak to? Co się stało?! Odpisywała mi jednym słowem, jakby od niechcenia, więc napisałam jej, że w razie czego jestem, gdyby mnie potrzebowała, ale sama mocno to przeżyłam. Przez resztę wyjazdu tylko o tym myślałam, a przyjaciółka traktowała mnie z nieznanym mi dotąd chłodem z jej strony i wyniosłością. Uznałam, że pewnie tak przeżywa tę stratę, każdy przecież reaguje inaczej.
Gdy wróciłam okazało się, że znowu mnie okłamała. Jej mama żyje i ma się dobrze. Czemu to zrobiła? Nie potrafiła mi wyjaśnić. Ja za to potrafiłam zakończyć tę znajomość, bo nigdy nie pozwolę sobie na coś takiego.
Mam pytanie: jak można być takim człowiekiem?
Mieszkam w dosyć dużym mieście. Jeżdżę codziennie do szkoły tramwajem lub autobusem. Pewnego dnia rano wyciągałam telefon z kieszeni jeansów i wypadło mi 20 złotych. Mam duże problemy z lewą kostką, nie mogę się szybko schylać. Zaczynam się schylać, a tu jakiś gość (wyglądał na trzydzieści parę lat) podnosi moje pieniądze. Mówię mu, że to moje pieniądze, a facet na to: „Ale ja się szybciej schyliłem”.
Najsmutniejsze jest to, że było pełno ludzi, ale nikt mi nie pomógł, a facet na następnym przystanku wyszedł z moimi pieniędzmi.
Odziedziczyłem po babci kawalerkę. Postanowiłem zrobić tam demolkę, zaprojektowałem przestrzeń na nowo, wywaliłem wszystko łącznie ze ścianami i wszelkimi instalacjami. Doprowadziłem to miejsce do stanu deweloperskiego, by łatwiej było to sprzedać. Po 8 tygodniach od wystawienia ogłoszenia przekazałem klucze uroczej 29-latce, z zastrzeżeniem, że musi mnie zaprosić na kawę, jak skończy się urządzać, bo chcę zobaczyć, jak to będzie wyglądało skończone. Przy sprzedaży przekazałem swój projekt aranżacji, coby dziewczyna miała jakiś pomysł na wnętrze.
Nie liczyłem na kawę, bardziej powiedziałem to w żartach, ale się miło zaskoczyłem, bo mnie zaprosiła, pamiętała.
Teraz część happy endowa, bo ta kawa to był tylko początek, potem była kolacja, aż zostaliśmy parą. Miło, prawda? Teraz druga część.
Pół roku spotykaliśmy się to u niej, to u mnie, nie podjęliśmy decyzji o wspólnym zamieszkaniu. Pewnego pięknego dnia, gdy leżałem na kanapie u niej, zaproponowała, żebym oddał jej kasę za to mieszkanie. W końcu tu przebywam, mam klucze, mogę przychodzić, kiedy mi się podoba, nie muszę pytać o zgodę, nocuję, korzystam z mediów. Logiczne więc, że to wygląda tak jakbym dalej był właścicielem, a tak ona by chociaż spłaciła hipotekę. Odmówiłem jej, tłumacząc do czego mnie namawia, a także że nie jest to możliwe, gdyż kasą ze sprzedaży tej nieruchomości spłaciłem swoją hipotekę. Stwierdziła, że jestem podłym materialistą i wpakowałem ją w hipotekę i to tak jakby ona teraz płaciła za moje wygodne życie.
Nie muszę dodawać, że było to nasze ostatnie spotkanie.
Gdy miałam 7 lat, jechałam autobusem w Gdyni Chyloni (sama na tzw. "YOLO", bez biletu do koleżanki), co prawda 3 przystanki, czyli 2 ulice dalej, ale przygoda była!
Gdy wsiadłam, zauważyłam typowego Sebę z piwkiem w ręku, a tuż obok szczeniaczka na jakieś starej smyczy. Piesek skomlał, chyba bał się autobusu. Seba ciągle mówił do niego "zamknij mordę, kundlu", "stul pysk" itd. Uderzył go smyczą, wszyscy się spojrzeli, ale nic nie zrobili. Sytuacja się powtórzyła, później dostał otwartą ręką w główkę. Zbulwersowałam się, aż mi się w głowie zakręciło. Koleś wysiadł, coś krzyknął i kopnął psa, ludzie stoją jak słupy i nic nie robią. No tego było za dużo!
Wybiegłam w ostatniej chwili i praktycznie rzuciłam się na psa, aby uchronić go od kolejnego kopniaka. W mgnieniu oka odpięłam smycz od obroży i wstałam, patrząc prosto w oczy dresa. Chciał zacząć coś mówić, gdy wypaliłam formułkę z Policji dla zwierząt, którą oglądałam codziennie i marzyłam, żeby kiedyś zostać jedną z nich:
- Jeśli jeszcze raz chociaż go dotkniesz, to zadzwonię na policję i staniesz przed sądem za znęcanie się nad zwierzętami! - wykrzyczałam, a moje serce biło jak oszalałe.
Sebek rozejrzał się po ludziach na przystanku, rzucił smyczą i powiedział tylko "Jebać tego kundla, i tak chciałem go wyjebać" i poszedł.
Okazało się, że to suczka, mieszaniec owczarka niemieckiego i kaukaza, zmarła niedawno ze starości.
Mamie powiedziałam, że znalazłam ją przy bloku (bałam się kary za jazdę autobusem).
Dodaj anonimowe wyznanie