#Rm4Gs

Ostatnio byłam w parku. Niedaleko mnie siedziała grupka dresów. Jeden z nich zobaczył młodą dziewczynę idącą i jedzącą lody. Krzyknął do niej:
- Hej, mała, wiesz co jeszcze mogłabyś possać?
Ona popatrzyła mu się w oczy i odpowiedziała:
- Wybacz, nie mam ochoty na Tic-Taka.

Dres już się nie odezwał :D

#hqBF3

Moja mama po znajomości szyła sukienki w naszej wiosce, więc kiedy nadchodził okres komunii, to miała naprawdę dużo pracy. Ja, uczynny chłopak, widziałem jak ślęczy po nocach i postanowiłem zrobić wszystko, żeby jej jakoś pomóc. Okazało się, że rzeczywiście mogę pomóc, jednak moje 8-letnie poczucie męstwa bardzo mocno walczyło z jej propozycją... no ale czego nie robi się dla mamy.

Żeby mogła sprawdzić, czy wszystko jest dobrze uszyte...
...chodziłem po domu ubrany w komunijne sukienki moich koleżanek.

#wea1z

Mam 35 lat i nie mam nikogo. Dosłownie. Nigdy nie byłam w związku, moje – mnie się wydawało – przyjaźnie szybko się rozpadały, bo były na zasadzie „aby tej drugiej osobie było lepiej”, chodziło o korzyści, czy to o materialne, czy żebym pomogła. W drugą stronę to niestety nie działało. Tak, dawałam się wykorzystać na każdym polu w rzekomej przyjaźni. Od zawsze miałam wrażenie, że każdemu moje istnienie przeszkadza, czy to w szkole: uczniom i nauczycielom, czy to obcym ludziom w komunikacji miejskiej, czy nawet mojej własnej rodzinie. W pracy również. Wprost mi kilka razy powiedziano: „Nie ma tu dla ciebie miejsca, nikt cię tu nie chce”. Zarówno w odniesieniu do działu, jak i całej firmy (a osobom w podobnej sytuacji do mojej szukano na siłę miejsca, które się ostatecznie znajdywało). Kazano mi pisać wypowiedzenia, aby na świadectwie pracy była adnotacja, że to ja chciałam. I to nawet nie za porozumieniem stron. Po prostu z woli pracownika. Po czym w ciągu dwóch / trzech tygodni na moje miejsce przychodziła osoba, która dostawała pierwszą umowę na 3-6 miesięcy na czas określony, aby później mieć na nieokreślony. A mnie ciągnęli na umowie na czas określony, aby po trzeciej umowie mi mówić wprost, że mnie nie chcą. W pracy wchodziłam do pomieszczenia, bo coś potrzebowałam – wszystkie rozmowy się urywały. Ze mną nawet nie chciano o pogodzie nigdy rozmawiać.

Wydaje mi się, że jestem miła, uczynna, jak ktoś mnie o coś poprosi, to zrobię. W pracy jak trzeba, to siedzę cicho, robię nadgodziny bez gadania (chociaż nadgodziny były płatne, to ja to omijałam i siedziałam, aby nie musiano mi za to płacić), zgłaszałam się do każdej dodatkowej roboty bez oczekiwań finansowych. W godzinach pracy potrafię przesiedzieć przy biurku bez chodzenia do toalety, jedzenia oraz picia cały dzień. Jestem na każde skinienie.

Poszłam do psychiatry, psychologa. Uznali, że wymyślam problemy i żebym zajęła się prawdziwym życiem. Ale ja naprawdę nie wiem, co robię nie tak, że jestem ignorowana. Chciałabym uzyskać pomoc, ale nikt nawet nie chce mi udzielić podpowiedzi, co robię źle.
Jest mi zwyczajnie przykro i czuję się samotna. Mam wrażenie, że już przeżyłam swoje życie i nic mnie już nie czeka. Coraz częściej myślę o śmierci, o tym, żeby ktoś mi wyrządził jakąś krzywdę, bo wtedy wszystkie te osoby, co mnie znają, odetchną z ulgą, bo zwyczajnie ja im wszystkim przeszkadzam cały czas. Nawet specjalistom, u których byłam.

#oRzsj

Mogłoby się wydawać, że mam idealne życie. Duże mieszkanie bez kredytu, nowe auto, męża, dwójkę dzieci, ale mimo wszystko mam wszystkiego dość. Mój mąż bardzo dużo pracuje, od rana do późnej nocy, a jak nie pracuje, to ogląda podcasty o kryptowalutach i innych inwestycjach. Zawsze mu mało i marzy mu się, że zarobi kupę kasy i za 3 lata przejdzie na emeryturę, ale jakoś gdy sugeruję, by zmienił pracę i klikał w komputerze przez 8 godzin dziennie, a nie 12, to już skory nie jest.
Przez to wszystko ja zdecydowałam się na 3/4 etatu, by móc ogarnąć dom i zająć się dziećmi. Ale jak to w korporacji, obowiązków mam na cały etat i muszę się z tym wyrobić do 14, bo potem obiad, przedszkole, place zabaw czy zajęcia dodatkowe. Do wieczora cały czas w biegu, nie mam paru minut dla siebie.

Dzieci jak to dzieci, czasem nie słuchają i nie ma znaczenia, ile razy proszę o coś, wystarczy, że tylko trochę podniosę głos, to mąż od razu się uaktywnia z „nie krzycz na dzieci”. Takie teksty działają na mnie jak płachta na byka, bo reaguje jakby to co robię było najgorszym możliwym przewinieniem, równocześnie nigdy nie zwróci uwagi dzieciom, żeby mnie nie ignorowały itd. Generalnie mam wrażenie, że wszystko co zrobię jest poprawiane i krytykowane, a nigdy pochwalone czy docenione. To nie jest tak, że on nic nie robi, bo sprzątanie spada głównie na niego, bo ja już się wycofuję, wiedząc, że i tak to co zrobię będzie niewystarczające.

Ostatnie tygodnie jest mi mega ciężko, złapałam jakiegoś doła i nie mogę się ogarnąć. Wielokrotnie wspominałam mężowi, że czuję się niekochana i osamotniona, że brakuje mi czułości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz mnie pochwalił, ale wtedy on milknie. Wiem, że rozmowy o uczuciach sprawiają mu problem, ale czy to normalne, że nie mogę polegać na mężu? Czy ja mam za duże wymagania, by najbliższe mi osoba mnie przytuliła czy wykazała się minimalną inicjatywą, by zrobić mi przyjemność? On potrafi to robić w stosunku do dzieci, ale nie wobec mnie. Naprawdę się staram, ale już nie wiem co mam robić…

#WIn1a

Nastolatki w moim wieku piją, palą, spędzają dnie na scrollowaniu social mediów, a ja piszę książki. Nie ma dla mnie lepszego uczucia, niż gdy wieczorem mogę usiąść z kubkiem ulubionej herbaty i przelać swoje myśli na papier, tworząc całkiem nowy świat. Jestem chorobliwie nieśmiała i nie mam praktycznie żadnych znajomych, dlatego zamiast tego właśnie spędzam czas na pisaniu.
Nikomu nie pokazuję tego, co tworzę, po prostu jest to sposób na zabicie nudy, szczególnie że są wakacje i mam mnóstwo czasu. Marzę o wydaniu kiedyś własnej opowieści na poważnie, chociaż wiem, że tak się raczej nie stanie. Ale warto marzyć. :)

#4lGJs

Mój dziadek podczas II wojny światowej mieszkał w Łodzi i jako młody chłopak pracował dla Niemców mieszkających na terenie Polski, aby nie zostać wywiezionym do obozu koncentracyjnego. Praca była bardzo ciężka, pracował w prywatnym zakładzie masarskim od świtu do zmierzchu, 6 dni w tygodniu. Oczywiście za darmo. Niemka wykorzystywała jak tylko mogła to, że ma dobrego i sumiennego pracownika pracującego ponad siły. Dbała wyłącznie o swoje interesy, więc jedyne, czego nie można było jej zarzucić, to dawanie pieniędzy na tramwaj (aby jakoś dojechał do tej pracy) oraz jedzenie dla dziadka. Jeść dawała bardzo dobrze, dziadek mógł jeść ile chciał, czasem dojadał jeszcze w trakcie pracy. Dawała też jedzenie na niedzielę (tyle dobroci, prawda? musiał przecież dożyć poniedziałku). Poza tym niestety nic z tego nie miał. W domu zaś była jego malutka siostra oraz matka, którą wraz z bratem musieli jakoś nakarmić.

Wtedy często wymieniało się na jedzenie. W związku z tym dziadek podkradał to co mógł ze swojej pracy, kiedy jego pracodawczyni nie widziała. Na przykład owijał sobie nogi pętami z kiełbasy, mięsem. Robił tak wielokrotnie, przez długi czas i za każdym razem ryzykował życiem. Bo za takie zachowanie było od razu zesłanie do obozu koncentracyjnego.
Najbardziej bał się, gdy siedział i jadł w kuchni u Niemki, a tam pod stołem bawił się jej syn. Gdyby przypadkiem wymacał, wywąchał cokolwiek, to prawdopodobnie od razu zsyłka do obozu śmierci.

Pracował tam aż do końca wojny, a gdy się skończyła i Niemców wywozili na ich tereny to dziadek, po śmierci męża Niemki poległego na wojnie, gdy została sama z dzieckiem, pomagał jej się jeszcze pakować.
Dodaj anonimowe wyznanie