#1qYIm
Wyjeżdżałem na zasłużony urlop do jednego z ciepłych krajów. Tam gdzie turkusowy błękit oceanu, palma zielenią pokryta, gorący piasek, skąpo odziane tubylczynie serwujące drinki... Oczywiście te głupki postanowiły zadbać o moje pożegnanie. Przyszli na lotnisko z jakimiś transparentami, wuwuzelami i wielkim balonem z napisem "Krzysiu! Nie przywieź kiły". No, trzoda, ze ch#j!
W końcu udało mi się uwolnić od tej hałaśliwej watahy jaskiniowców i stanąłem w ogonku do odprawy. Przyszła kolej na mnie. Dupnąłem plecak na taśmę do prześwietlenia i sam poczłapałem do bramki z wykrywaczem metalu. Nic nie piknęło. (tym razem zadbałem o zdjęcie paska!).
Tymczasem coś niedobrego działo się z moim plecakiem, bo pracownicy lotniska z dziwnymi minami gapili się na monitorek coś komentując i jeżdżąc paluchami po ekranie. Zerkali to na mnie, to na wyświetlacz. W mojej głowie robiłem szybkie kalkulacje - czy w moim bagażu było coś, czego nie mógłbym zabrać na pokład? Nie. Chyba, że... Te parówy mi coś podrzuciły! Moje dumanie przerwała wielka łapa, która chwyciła mnie za ramię i odciągnęła na bok.
Stałem teraz na samym końcu taśmy dokładnie w najbardziej widocznym punkcie dla wszystkich pasażerów czekających na odprawę. Duży pan w gumowych rękawiczkach na dłoniach otworzył mój plecak i zagrzebał w jego wnętrzu, a ja obserwowałem poruszenie wśród reszty podróżnych, którzy najwyraźniej bardzo zaciekawieni byli tym "unboxingiem". Bęc! Na ladzie wylądował gigantyczny, plastikowy słój. Na opakowaniu widniała etykieta "ANAL PLEASURE FORTE". Widziałem rozchichotane mordki komentujące całe zajście. W tym momencie byłem już spocony jak pedofil koło piaskownicy. Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić. Oto bowiem mój kat wyciągnął z mojego plecaka wielkiego, sztucznego, czarnego kutasa z równie wielkim napisem "MACIUŚ ❤".
Pan wskazał palcem na oba przedmioty i w pełni profesjonalnie, bez nawet cienia uśmiechu, rzekł: "Bardzo mi przykro, ale w podręcznym bagażu nie może pan przewozić żadnych płynów, smarów, ani cieczy. Również i sprzęt elektroniczny nie może khem, khem... przekraczać ustalonych przez lotnisko wymiarów."
A ja stałem, czerwony jak cegła wśród gigantycznego rechotu i zastanawiałem się: "Kto, do jasnego ch#ja, nazywa swój wibrator imieniem Maciuś?"
Jeśli ta historia jest prawdziwa to Twoi koledzy to debile. Świetny żart, spowolnić ruch na lotnisku, narazić kolegę na ogromny wstyd publiczny, skomplikować pracę służbom i sprawić by inni czekali. No naprawdę, koledzy idealni.
Dobrze napisane i dobre zgrywy
Fajnych masz "kolegów".
Naprawdę uwierzyłeś w tę historię??