#1fDuB

Mając 16 lat miałam szczerą nadzieję przeżyć "swój pierwszy raz" z moim nauczycielem historii. Facet miał wtedy prawie 50 lat... Na szczęście wstyd wziął górę i nigdy nie powiedziałam mu tego wprost .

Do tej pory żałuję tylko jednego - że nie widziałam jego miny, kiedy przeczytał miłosną wiadomość w czerwonej kopercie dostarczoną przez szkolną pocztę walentynkową.

#8LZRH

Nigdy nie umiałam gotować. Kiedyś próbowałam, ale niezbyt dobrze to się kończyło.
Jednak niedawno rodzice dali mi szansę na zrobienie obiadu.
Ja cała szczęśliwa, ale i przerażona, zaczynam robić jedzenie, kiedy to rodzice byli u siebie i oglądali jakiś film.

Siedziałam w kuchni dobre 1,5 h. A co w tym czasie zdarzyłam zrobić? Podpalić ścierkę, przez którą podpaliłam dywan i stłukłam talerz.

A wiecie co jest najlepsze? Robiłam sałatkę.

#L4jbJ

Mam 23 lata i mieszkam z chłopakiem. Kiedyś przez 3 dni puszczałam takie cichacze, że biedak odsuwał wszystkie meble, otwierał okna i sprawdzał wszystkie możliwe miejsca, ponieważ podejrzewał, że smród pochodzi od martwej myszy.
Do dziś nie wie, że to moja sprawka, a na moje sugestie, że to on jest sprawcą tego odoru odpowiedział, że żaden człowiek nie puszcza takich śmierdzących pierdów.

#r7GaN

Strasznie denerwuje mnie chrapanie. Nigdy nie mogłem jeździć ze znajomymi na jakieś wspólne wypady i mieszkanie w jednym domku, bo szlag mnie trafiał, jeśli ktoś chrapał. Tak samo nie cierpię, kiedy w trakcie podróży ktoś chrapie.

Ostatnio leciałem samolotem - lot niedługi, 4 godziny. Oczywiście jeden z pasażerów niemiłosiernie chrapał, w życiu bym się nie spodziewał, że można tak zaciągać, ale tak strasznie, że koleś siedzący obok niego postanowił go nagrać na komórkę i potem mu pokazać filmik.

No więc obejrzałem ten filmik i z pokorą przeprosiłem wszystkich pasażerów za wydawane przeze mnie odgłosy. Nawet nie wiecie jak mi wstyd, bo wiem jak to potrafi denerwować.

#lEjbo

O spaczonym łaknieniu słów kilka.

Moi rodzice mają dom - ani stary, ani młody, ot, nieco ponad ćwierć wieku sobie stoi. Gdy zaczynali budowę, byli nastawieni na jej szybko koniec - mieli znajomości, by zdobyć materiały (tak, to te czasy, gdzie nie wszystko dało się dostać od ręki), ręce do roboty i zapał. Nie przewidzieli tylko jednego - drugiego dziecka i zwiększonej liczby obowiązków i wydatków - i tak dom stoi do tej pory "do finalnego wykończenia''. Wygląda to tak, że parter jest gotowy, a w kilku pomieszczeniach na piętrze wylana jest posadzka, zatynkowane na szybko ściany i wstawione okna. Pokoje te służą jako składzik (na zabawki i inne graty, które "jeszcze kiedyś się przydadzą''. I tu rozpoczyna się moja historia.

Dzieciństwo moje należało do tych szczęśliwych - niczego mi nie brakowało, rodzice zajmowali się mną i rodzeństwem, żyliśmy na stabilnym średnim poziomie ;) Jedzenia nam nie brakowało nigdy, ale moim ulubionym posiłkiem był odspojony ze ścian tynk cementowy, zagryzany odłupanym fragmentem posadzki. Stan ten trwał kilka lat, rodzice nie zauważali uszczuplającego się stanu wykończenia w tych pokojach (rzadko tam w sumie wchodzili) i nigdy mnie nie przyłapali - a widok siedzącego w kącie dzieciaka, uśmiechającego się psychopatycznie pod nosem i szepczącego do kawałków ściany w dłoni mógłby być widokiem, który zapamiętuje się na całe życie.
Lata mijały, trzeba było rozpocząć studia... No i cóż, rozpoczęły się, a jakże. Na budownictwie.

Moją pierwszą pracą w zawodzie była praca u dewelopera - zakres prac szeroki, gdzie uczestniczy się od momentu wbicia łopaty w ziemię do przecięcia wstążki z napisem "Budynek ukończony - nie powinien się zawalić''. Moim ulubionym etapem było wylewanie ścian i stropów (beton mocno), murowanie ścian (zaprawa taka cementowa) i wykonywanie posadzek (słodki piaseczku półsuchy płukany). Moim zadaniem było nadzorowanie prac, a łatka "nadgorliwca'' przylgnęła do mnie na kolejne lata - było mnie na budowie pełno, patrzyłam wykonawcom na ręce, kręciłam się od siódmej do siedemnastej po placu, byleby tylko być w pobliżu tych prac... Gdy ktoś pyta o moją ulubioną potrawę, w nozdrzach czuję aromat cementu, świeżego, który jeszcze przelewa mi się przez palce... Największym rozczarowaniem w moim życiu okazały się nie zawody miłosne, małe zarobki czy inne niepowodzenia. Moje serce pękło, gdy okazało się, że rzadko kiedy robi się tynki cementowe, że w mieszkaniówce dominuje gips. Od jedzenia się powstrzymałam (ze względów higienicznych, brudnymi rękoma pracowali, hłehłe), ale napawałam się tym aromatem cementu. I takim sposobem łączę przyjemne z pożytecznym - pracuję w zawodzie, gdzie regularnie się odurzam i dostaję dreszczy na samą myśl o kolejnym dniu w pracy. A wykonawcy... Żodyn nie wie, że sprawdzałam ich po to, by się sztachać. Żodyn.

#FHmih

Można zazdrościć ludziom różnych rzeczy. Jedni zazdroszczą pieniędzy, inni urody, a ja zazdrościłam kuzynce tego, że... nie ma ojca. Po prostu jej rodzice rozeszli się, gdy była bardzo mała. Odkąd zaczęłam zauważać, że w moim domu są problemy, uważałam, że kuzynka ma fajnie, bo nie ma ojca i ma w domu spokój. Może to nie zazdrość w czystej postaci, ale chciałam mieć tak, jak miała ona. Cieszę się, że moje marzenie spełniło się w dorosłości.

#xjjsC

Wiecie, jakie to uczucie być grubasem? Mam 176 cm wzrostu, a ważę 110 kg. To jest grubo ponad 30 kg nadwagi. Zresztą tego już nie można nazwać nawet nadwagą. To już jest otyłość. Mam 23 lata. Otyłość niszczy mnie psychicznie i fizycznie. Brzuch jak betoniara, d*** jak stodoła. Gdy jest bardzo gorąco, pocę się jak świnia. Obcierają mi się pachwiny, wrastają mi paznokcie, chodzenie sprawia mi ból. Sapię jak jakiś staruch. Nie mogę znaleźć żadnej odzieży, a w szczególności spodni. A jak już znajdę, to zawsze rozdzierają się na d****, i to momentalnie. Moje sadło jest nieestetyczne. Cycków może mi pozazdrościć niejedna dziewczyna. Mam ogromny kałdun, nie widzę mojego ptaka. Jestem po prostu paskudny. Doprowadziło mnie to depresji. Dobrze, że chociaż robotę mam. A tak to zero znajomych. Cały wolny czas siedzę w domu przy kompie. Każdy wolny dzień samemu. Nikt mnie nie lubi. Nikt się nie odezwie. Zero imprez. Na jakąkolwiek dziewczynę żadnych szans. Mam wysokie ciśnienie krwi. Ciężko mi się oddycha. Brak kondycji. Ciężko mi się chodzi po schodach. To wszystko dlatego, że się obżeram. Żrę bez opamiętania. Nie mogę przestać, wiecie? To taki przymus, takie uzależnienie. To jest jak alkoholizm, narkomania…

#A4bzt

Rok temu w lipcu poszedłem na swoje pierwsze w życiu wesele. Otrzymując zaproszenie, byłem niezwykle podekscytowany. To było wesele mojej cioci, najmłodszej siostry mojej mamy, więc na imprezę została również zaproszona moja starsza siostra. Z racji tego, że nie ma chłopaka i zasadniczo jej relacje z płcią przeciwną są słabe, od razu w dzień otrzymania zaproszenia zadzwoniła do mnie i razem ustaliliśmy, że pójdziemy bez osób towarzyszących. Od zawsze dobrze się dogadywaliśmy, jestem półtora roku młodszy, bardzo mocno się rozumiemy i nie widzieliśmy w tym problemu.

Tu należy nakreślić kontekst. Naszej sytuacji nie poprawiał fakt, że nasza rodzina, jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, jest dosyć zero-jedynkowa. Ze względu na limit znaków, opisze tylko jedną sytuację. Pewna ciotka, która przyjechała z Niemiec, zapraszając nas na obiad z okazji swoich okrągłych urodzin, wyraźnie zaznaczyła, że chce, żebyśmy przyszli z chłopakiem/dziewczyną (serio). Pech chciał, że ten obiad wypadł tydzień przed moją studniówką i wszyscy spodziewali się, że przedstawię rodzinie swoją partnerkę. W trakcie imprezy okazało się, że faktycznie, zostały przygotowane dwa dodatkowe miejsca, mimo że tłumaczyliśmy solenizantce to, że nie jesteśmy w związkach i jej pomysł jest głupi.
Podobnie było w przypadku wyżej wspomnianego wesela. Matka panny młodej, po przekazaniu jej córce, że na wesele idziemy we własnym gronie, dosłownie 10 minut później zadzwoniła z pytaniem, co my mamy zamiar robić na weselu sami i zaczęła mówić, że to bez sensu i tak dalej. Na szczęście po tekście mojego ojca: „Jak chcecie, to możemy wcale nie przychodzić” temat się urwał.

Przyszło do zabawy. Od początku mieliśmy wrażenie, że połowa weselników co jakiś czas obserwuje, co robimy. Faktycznie, byliśmy jedynymi osobami bez pary na sali, ale bawiliśmy się świetnie. W pewnym momencie obok nas usiadł pewien wujek, który z uśmiechem na ustach powiedział: „Wiecie, że związki kazirodcze są nielegalne?”. To jeszcze nic. Matka pana młodego postanowiła do mojej siostry skierować słowa: „Masz 26 lat i nie masz chłopaka? Przecież to wstyd”. Do fali negatywnych komentarzy dołączyło jeszcze kilka osób, z coraz bardziej żenującymi i obraźliwymi tekstami. Szybko poczuliśmy, że chyba nie jesteśmy mile widziani na weselu, więc postanowiliśmy je opuścić. 
 
Oczywiście potem lawinowo spływały do nas przeprosiny, część osób próbowała wyjaśnić sytuację, mówiąc, że już byli wstawieni i tak dalej. Nas to jednak nie obchodziło.

Za miesiąc odbędzie się wesele brata pana młodego z powyższego wyznania. Dowiedzieliśmy się z różnych źródeł, że skład gości będzie podobny. Możecie się domyślać, że drugi raz w takiej farsie nie będziemy uczestniczyć. Niech gadają, mamy to gdzieś ;)

#xphtD

Coś na poprawę humoru!

Sytuacja miała miejsce dzisiaj w sklepie spożywczym. Stoję w kolejce do kasy, ja i i starszy pan. Ni z gruszki, ni z pietruszki zjawia się ONA. Kobieta średniego wzrostu, koło pięćdziesiątki.

Podchodzi i mówi:
- Przepraszam, czy ja mogłabym tak szybciutko przed pana wejść? I tak mam tylko jeden produkt, a do tego śpieszę się do pracy.

Starszy pan odwrócił się, spojrzał na babsko i...
- Takk? Do pracy? A kto wczoraj mówił to samo, a potem jak gdyby nigdy nic zapierdalał na hali w poszukiwaniu różowych majteczek z koronką?! Co pani myśli, że stary jestem, to i głupi? Na koniec kolejki proszę.

Ja stoję jak wmurowana, kasjerka prawie brodą jedzie po podłodze, a babsko niczym najlepszy maratończyk wyparowało ze sklepu.
Dodaj anonimowe wyznanie