Jestem alkoholikiem. Wiem o tym ja, tylko ja. Nikt poza mną nie wie, wszyscy znajomi, rodzina, znajomi z pracy myślą, że jestem świetnym gościem, który dba o formę, prowadzi zdrowy tryb życia, regularnie ćwiczy.
Pracuję 8:00-16:00 i do pracy mam blisko. Minimum trzy razy w tygodniu, a zdarza się nawet codziennie, przychodzę do pracy na mega kacu. Wiecie, dlaczego w pracy nikt się nie zorientował o moim problemie? Nie zarabiam mało, więc do pracy kupiłem sobie specjalnie wypasiony rower, drogie gadżety dla rowerzysty, takie jak kask, specjalną odzież na rower, buty itp., w pracy mam szafkę i przebieram się w normalne rzeczy. W pracy myślą, że tak dbam o formę. Piję bardzo dużo wody, bo mnie suszy, a wszystkim wokół mówię, że dbam o to, aby być cały czas nawodnionym, że picie wody jest bardzo ważne. Jeśli chodzi o śniadania w pracy, to kupuję gotowe sałatki, ponieważ rano nie mam sił, aby cokolwiek sobie przygotować, a w pracy myślą, że jestem FIT.
Prawda jest jednak taka, że codziennie po pracy wypijam minimum sześciopaka, kupionego na sąsiednim osiedlu, do tego dochodzi wódka. Często usypiam w ubraniu i budzi mnie budzik rano do pracy. Najgorzej jest w poniedziałek, po całym weekendzie picia, jestem typem domatora i nigdzie nie wychodzę na imprezy.
Mieszkam i pracuję w mieście oddalonym od całej mojej rodziny o ponad 200 km i prowadzę taki tryb życia ponad rok.
Nie wierzę, że ludzie zmieniają się ot tak.
W gimnazjum miałam koleżankę. Typowe emo, początkowo wyalienowana. Zakumplowałyśmy się trochę z racji bycia wyrzutkami klasowymi. Po jakimś czasie jednak zgrałyśmy się z resztą grupy i wtedy odwróciła się ode mnie. Ba, zapoczątkowała gnębienie mnie przez grupkę laluń. Zaczęło się od zwykłych docinek związanych z wyglądem i ocenami, skończywszy na szkalowaniu w Internecie i wyzywaniem na tzw. solo. Całe szczęście miałam swoje koleżanki i zbytnio nie przejmowałam się docinkami.
Trafiłyśmy do tego samego LO, ale różnych klas. Z obserwacji wiedziałam, że dalej jest opryskliwą i wyrachowaną dziewuchą, żerującą na czyimś nieszczęściu.
Ale dlaczego nie wierzę w przemiany we wspaniałych ludzi? Otóż dowiedziałam się jakiś czas temu, że wspomniana znajoma została psychologiem dziecięcym! Wybaczcie, ale jak mam wierzyć, że osoba, która przez co najmniej 6 lat znęcała się psychicznie nad słabszymi emocjonalnie znajomymi, ot tak wraz z maturą i dostaniem się na studia psychologiczne doznała przemiany?
Dziś trafiłam na pewien obrazek, może wielu z Was już go widziało. Zawierał on następujący tekst „Weź najbliżej leżącą książkę, otwórz na 44 stronie, trzecie zdanie opisuje twoje życie”. W moim przypadku padło na „Dziewczyny z Hex Hall” Rachel Hawkins. Otwieram na 44 stronie, a ona jest pusta... Myślę – no fajnie, jak widać, moje życie jest puste.
Poszłam do mamy pochwalić się swoim odkryciem, ale ona mnie zaskoczyła... Powiedziała, że moje życie nie jest puste, tylko niezapisane. Nikt nie zdecydował, jak ono będzie wyglądać, nikt go nie zaplanował. To ja jestem autorem tej strony i to ja zdecyduję, jak będzie wyglądać moje życie.
Bardzo mnie podbudowały te słowa. Powiem szczerze, mam mądrą i służącą dobrym słowem mamę :)
Pięknego czerwcowego weekendu wybrałam się na wesele znajomych, oczywiście na weselu pełna kulturka, picie umiarkowane, coby się nie zapić w trupa, powrót normalny. Natomiast następnego dnia na poprawinach dałam jednak ostro w palnik, piłam koktajle, piwo, wino, wódkę — wszystko, co się nawinęło, no i po poprawinach wylądowałam jeszcze w pubie, coby za trzeźwa do domu nie wracać, no i tyle pamiętam. Wtedy akurat była sesja i następnego dnia w poniedziałek miałam egzamin na ósmą rano, więc rano o szóstej budzi mnie mama i pyta się, co mi się stało w twarz, bo mam zakrwawioną... Patrzę do lustra przerażona i widzę, że mam czoło zdarte na maksa i nos rozwalony i zdarty. Próbowałam sobie coś z nocy przypomnieć, ale było to nierealne. Jak się skapnęłam, że na ósmą egzamin, to szybko do łazienki i tona pudru na tę rozwaloną twarz (wyglądałam strasznie). Jakoś tam się ubrałam, przyjechał po mnie kumpel i pędem poleciałam do samochodu. Zajechałam na uczelnię, skacowana, a znajomi jak mnie zobaczyli, to pytali tylko, co się stało... Okazało się, że oprócz tego, że mam rozwaloną twarz, to mam tylko jedno pomalowane oko, bo drugiego zapomniałam... Mówili na mnie CYKLOP przez cały dzień.
PS Do tej pory nie wiem, co się stało, że rozwaliłam twarz, ale domniemam, że podczas ściągania rajstop wyrżnęłam w podłogę. Twarz goiła się dwa tygodnie, ale wrażenia BEZCENNE.
Jestem emo. Nie taką tiktokową e-girl, tylko legitnym, rasowym emosem. I nie, nie tnę się ani nie mam myśli samobójczych ;) W każdym razie istnieje coś takiego jak Holy Emo Trinity Church, czyli „religia” emosów. Oczywiście wszystko raczej w żartach, nie na poważnie. Generalnie jest to parodia chrześcijaństwa, z emo zespołami zamiast biblijnych postaci: My Chemical Romance jako Ojciec, Fall Out Boy jako Syn i Panic! at the Disco jako Duch Święty amen. I wokół tego cały tłum pozostałych emo zespołów jako pomniejsze bóstewka. Dodam jeszcze tylko, że rodzice są antyteistami, więc z założenia kościoły omijamy szerokim łukiem. Tyle we wstępie, czas na historię właściwą.
Siedzę u babci, oczywiście w stanie idealnym do zabrania mnie do pobliskiego kościoła na egzorcyzmy. Rozmowa typu „a jak tam w szkole, a nauczycielom nie przeszkadza, jak wyglądasz” itp. itd. Dosyć szybko zeszło na tematy religijne, więc walnęłam babci wykład o ww. Holy Emo Trinity Church. O dziwo babcia nie wyglądała na jakąś szczególnie zgorszoną. Co więcej, podczas następnego niedzielnego obiadku podarowała mi przenośny ołtarzyk, świeczki zapachowe i żartobliwy obrazek ze Świętą Krową, bo „w coś trzeba wierzyć, jak dobrze, że uciekłaś od tego szatańskiego antyteizmu”!
Mam cudowną babcię.
W trzeciej ciąży przy badaniu przezierność karku na USG wyszła na granicy normy i było ryzyko, że dziecko może mieć zespół Downa. Pani doktor proponowała badania prywatne, na które i tak już nie zdążylibyśmy się załapać, bo chodziło o określony czas. Inne parametry USG nie wykazywały, że dziecko może być chore. Parę dni przewyłam. I stwierdziliśmy, że co ma być, to będzie. Udało się, dziecko jest zdrowe. To był NASZ WYBÓR.
Teraz mam 37 lat i czworo dzieci. Gdybym teraz zaszła w ciążę (a mieszkam w kraju, gdzie antykoncepcja łącznie z podwiązaniem jajowodów to nie problem) i okazałoby się, że dziecko jest chore, to bym bez wahania usunęła. A dlaczego? A dlatego, że nie wiem, czy mnie samochód nie pierdzielnie, jak wyjdę na ulicę, a mąż zawału nie dostanie, jak zobaczy, co się stało i moje czworo dzieci nie zostanie skazanych na opiekę nad chorym dzieckiem. Cztery życia ważniejsze niż jedno. A nawet gdybym niechcący i tak zaszła w piątą ciążę, nawet „zdrową”, to i tak bym usunęła (tu gdzie mieszkam do 12 tyg. jest to legalne). Nie stać nas na piąte dziecko, mimo że żyjemy normalnie, może nie jak jakieś krezusy, ale nie muszę się martwić nieplanowymi wydatkami. Dlatego mam implant, który się niestety nie sprawdza (jakieś tam hormonalne problemy) i za tydzień wyjęcie. W styczniu podwiązanie jajników.
Dlaczego w Polsce nie oferuje się tego kobietom?
Od nastolatka miałem pasję i z tym wiązałem swoją przyszłość. Miałem upatrzony kierunek studiów i konsekwentnie do tego dążyłem. Udało się. Niestety w międzyczasie straciłem rodziców i życie się trochę poprzewracało. Musiałem pójść do pracy, żeby się utrzymać. Całe szczęście trafiłem do miejsca, gdzie się sprawdziłem, awansowałem, pracuję tu do dziś, nieźle zarabiam, generalnie nie narzekam. Marzenia poszły w zapomnienie, ale nie mam o to do nikogo pretensji, stało się, jak się stało, no cóż, z zasady przyjmuję od życia to, co mi daje i nie oglądam się za siebie. Studia skończyłem właściwie tylko dla przyzwoitości, żeby skończyć to, co zacząłem.
Krótko po obronie dyplomu trafiłem na trening sztuk walki. Odkryłem w sobie nowe talenty. Za stary już byłem na udział w zawodach, ale ćwiczyłem, zdawałem kolejne stopnie aż w końcu, po kilkunastu latach, zostałem instruktorem. Dostałem swoją grupę do trenowania i stałem się autorytetem dla wszelakich ziomeczków, mordeczek, rycerzy ortalionu, kiboli z osiedla itp. Siłą rzeczy nasiliły się też relacje towarzyskie ze względu na wspólne obozy czy klubowe spotkania wigilijne. Gdy temat schodzi na szkołę lub wykształcenie, to nic nie mówię, ewentualnie przyznaję się do ukończenia liceum. Bo jak ja mam tym wszystkim dresom spod znaku Polski Walczącej powiedzieć, że tak naprawdę ukończyłem... Akademię Muzyczną w klasie wiolonczeli?
W dzieciństwie opiekowało się mną kilka opiekunek, nic szczególnego, pewnie kilka anegdotek by się znalazło, ale ogólnie nie byłoby w tym niczego niespotykanego. Była też ona — prawie sąsiadka, mieszkała w bloku naprzeciwko, moi rodzice doskonale ją znali, stąd też mieli do niej zaufanie. Na kilka miesięcy przed tym, jak zaczęła się mną zajmować, zmarł jej mąż i ok. czterdziestki została wdową.
Nie potrafię realnie ocenić, czy moja niania faktycznie skrzywdziła mnie swoimi słowami, czy to ja miałam sieczkę w głowie na tyle, że winiłam ją, mimo tragedii, którą przeżyła. Wiem tylko, że od kiedy ona się mną zajmowała, skończyło się dla mnie beztroskie dzieciństwo (przynajmniej w mojej głowie).
Moja niania przeżyła szok po śmierci męża i prawdopodobnie cierpiała na depresję. Opowiadała mi takie rzeczy, że nie mieści mi się do dzisiaj w głowie, że można opowiadać je dziecku, np. „zobaczysz, to całe życie nie ma sensu i tak wszyscy pójdziemy do piachu”, „płaczę, bo masz takie ładne loczki, a i tak kiedyś będziesz się pod ziemią rozkładać”. Zawsze byłam wrażliwa i naprawdę zaczęłam myśleć tak jak ta kobieta. Aż do ok. 20 r.ż. potrafiłam budzić się iks razy w ciągu jednej nocy, żeby pójść do pokoju rodziców i sprawdzić, czy oddychają. Podobnie z dziadkami – dzwoniłam do nich pod byle pretekstem (oczywiście, że trzeba dzwonić do rodziny, ale nie co chwilę i z głupotami), żeby sprawdzić, czy żyją. Jeśli ktoś nie odbierał, wyobrażałam sobie najgorsze. Wiem, że nie ja jedyna miałam w sobie taki lęk, ale u mnie dochodził też lęk przed dzwonkiem telefonu. Uroiłam sobie, że dzwoniący telefon oznacza, że dzwoni np. policja powiedzieć o śmiertelnym wypadku kogoś z rodziny. Jeśli np. jednego z rodziców nie było w domu, mój lęk, jak możecie sobie wyobrazić, urastał do niebotycznych rozmiarów. Klękałam wtedy i zaczynałam się modlić, żeby to nie było to, co przychodziło do mojego chorego łba.
Na tle mojej fobii wykształciła się też u mnie nerwica natręctw. Wielokrotnie np. leżałam już w łóżku i zasypiałam, aż tu nagle czułam, że muszę wstać i dotknąć określoną liczbę razy drzwi do pokoju, inaczej ktoś z moich bliskich umrze. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z irracjonalności tego, co robię, ale strach, że gdyby potem coś się stało, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, zwyciężał. Najgorsze były jednak lęki przed tym, że gdzieś w moim pokoju ukryte są ludzkie zwłoki (np. w szafie, wewnątrz łóżka, pod podłogą)... Wtedy czekała mnie bezsenna noc.
Na szczęście teraz rzadko już mam natręctwa, a jeszcze rzadziej urojenia o ukrytych zwłokach.
Morału nie ma – tylko tyle, że trzeba uważać na każde słowo, które wypowiada się do dziecka.
Wiem, że większość dziewczyn uważa, że są „inne niż wszystkie”, ale nie mogę się oprzeć, by nie powiedzieć o sobie tego samego. Mianowicie... nigdy nie dałam się zdobyć przez faceta. Nigdy, ani jednego wyjątku. Nie znaczy to bynajmniej, że jestem samotna – od paru lat mam wspaniałego narzeczonego, jednakże historia moich przygód miłosnych zawsze wyglądała tak, że to mi musiał najpierw spodobać się facet, a potem ja do niego podbijałam, zagadywałam, zdobywałam. Im trudniej mi było, tym atrakcyjniejszy mi się zdawał. Goście dosiadający się w klubie/na imprezach przegrywali, zanim zdążyli otworzyć usta – w moim świecie to ja podrywałam, nigdy na odwrót. Dodam, że nie uważam ich za frajerów czy coś, po prostu akurat dla mnie jest to antyafrodyzjak, kiedy facet sam podchodzi. Ja musiałam zdobywać.
Czemu o tym piszę? Bo jakiś czas temu byłam świadkiem rozmowy o dziewczynie, która postąpiła podobnie (sama podbiła do faceta, który jej się podobał, po czym zaciągnęła go do łóżka) – została nazwana puszczalską, szmatą i tego typu epitetami. I przypomniałam sobie, że zanim jeszcze dałam się usidlić narzeczonemu, o mnie też padały podobne słowa – bo „przecież kobietę trzeba zdobywać”, „jeśli DAJE od razu, to jest nic niewarta”, „pewnie DAJE każdemu” itp...
Ludzie, ja nie czuję, że coś DAJĘ. Ja BIORĘ, i to biorę, co chcę. Pamiętam, że parę lat temu jeden z facetów, w których się zadurzyłam, też powiedział mi, że zachowuję się „łatwo”. Pomyślałam sobie wtedy – och, zapytaj kogokolwiek innego, to ci powie, jaka jestem łatwa. Dodam, że w całym życiu seks uprawiałam tylko z jednym mężczyzną i jest nim mój narzeczony, a przelotnych romansów przed nim miałam dwa. Prób uwiedzenia było więcej, ale przeważnie kończyło się na uznaniu mnie za puszczalską.
To, że to kobieta sama uwodzi, nie musi znaczyć, że jest puszczalska i robi tak z każdym. Może oznaczać, że jej się podobasz i robi tak akurat z tobą, bo wpadłeś jej w oko. Nie namawiam, by z marszu dawać takim zielone światło (mi np. zepsułoby to całą zabawę :P), ale by nie obsmarowywać ich od razu jako „dziwek” czy „łatwych”, bo to zwyczajnie głupi pogląd i fałszywe uprzedzenie.
Większość mojej rodziny jest na mnie śmiertelnie obrażona. Dlaczego?
Dlatego, że wygrałam w zdrapce 100 zł i nie podzieliłam się z nikim z rodziny.
Mało tego, najbardziej obrażoną osobą jest siostra mojej babci!
Dodaj anonimowe wyznanie