Jestem ze swoją dziewczyną od 3 lat. Ola (imię zmienione) jest cudowną dziewczyną, która zasługuje na wiele więcej, niż dostała od życia. Wychowała się w domu dziecka, a nikogo ze swojej rodziny nie zna. Poznaliśmy się na studiach, ja kończyłem magisterkę, a Ola zaczynała studia. Oboje studiowaliśmy dziennie i oboje utrzymywaliśmy się z prac dorywczych i stypendium socjalnego. Było dosyć skromnie, ale bez piszczącej biedy.
Obecnie zarabiam bardzo dobrze jako programista, a Ola jest na 3 roku studiów (został jej rok do inż.) i wiedzie nam się super. Problem polega na tym, że już od jakiegoś roku czuję, że moja miłość do Oli wygasła i chciałbym się rozstać, ale boję się, że ona sobie beze mnie nie poradzi i nie będzie miała gdzie pójść. Jasne, że nie zginie z głodu, a akademiki nie są takie drogie, ale chciałbym, żeby w końcu mogła naprawdę żyć i się z tego życia cieszyć, nie martwiąc się o przyszłość i pieniądze. Wiem, że Ola mnie kocha ponad wszystko i że kiedy z nią zerwę, to straci chęci do czegokolwiek i jej życie znowu się zawali. Wiem też, że jest zbyt dumna, żeby przyjąć ode mnie jakąkolwiek pomoc po zerwaniu.
Nie wiem co zrobić i czuję, że jestem w pułapce. Nie potrafię już okazywać Oli uczuć, próbuję udawać i mówić jej, że ją kocham, chociaż z każdą taką sytuacją czuję się jak świnia i skończony dupek. Wiem też, że im dłużej to trwa, tym dłużej ją oszukuję, kiedy ona wyobraża sobie wspólną przyszłość i dzieci...
Jestem szantażowany emocjonalnie, chociaż oprawca o tym nie wie. Pewnie skończy sie tak, że będę z Olą, aż uda się jej ułożyć życie, i wtedy odejdę.
Mówi się, że jedynaki są rozpieszczone, ale ja spotkałam się z innym rodzajem rozpieszczania. W rodzinach, gdzie jest 2-3 dzieci często rozpieszczone jest to najmłodsze. Starsze rodzeństwo całe życie słyszy "ustąp mu".
Ewentualnie starsze rodzeństwo nie mogło iść nigdzie jak miało np. 15 lat, ale za to jak miało już 18, to mogło zabrać ze sobą 15 letniego brata/siostrę. W ten oto sposób wychowano pewnego potworka.
Całe życie: "on jest młodszy, ty starszy, to mu ustąp, pomóż mu". Młodszy braciszek mógł wszystko, a starszy był od pomagania. Młodszy braciszek, nazwijmy go Andrzej, dla ludzi z zewnątrz: miły, wygadany, wie co powiedzieć. Po bliższym poznaniu pozwala sobie na swoje wybuchy złości, a jest ich sporo. Mieszkał ze starszym bratem na studiach. Jakiś współlokator zwraca mu uwagę, żeby pozmywał po sobie, on wybucha, bo jakże tak można, zwracać mi uwagę? Ty też robisz przecież coś źle! Trzaskanie drzwiami, rzucanie rzeczami. Furia. Po czym starszy braciszek bez gadania myje naczynia po młodszym. Kupujesz sobie krem czekoladowy.
Andrzejek pyta czy może kanapkę sobie z tym zrobić. Nie ma sprawy. Pół godziny później on i jego znajomi jedzą kanapki z Twoim kremem, którego już nie ma. Ty nie zjadłeś nic. Zwrócić uwagę, że "zrobić jedną kanapkę, a zjeść cały krem, to dwie różne rzeczy" nie da się, krzyki i wyzwiska polecą w Twoją stronę. Starszy brat odkupi Ci krem.
Idziesz na imprezę. Wracasz późno, Andrzejek śpi w Twoim łóżku. Co do? Koleżanka nocuje w jego pokoju, na jego łóżku, a myślał, że Ciebie nie ma, to wszedł do Twojego pokoju, bo przecież nie będzie spać na podłodze, skoro łóżko wolne.
Wyzywanie rodziców, czy najbliższej rodziny po kilka razy dziennie. Ojciec nie reaguje słowami "jak Ty się do matki odzywasz", bo to u Andrzeja normalne.
Andrzejek jest dobrym katolikiem, przynajmniej za takiego się uważa. Co niedzielę tupta do kościoła. Nie chodzisz do kościoła? Jesteś nikim! Andrzejek skończył studia, Ty nie skończyłeś? Jesteś zerem! Praca? Gdyby nie starszy braciszek, to by jej nie znalazł.
Tak oto Andrzejek został dorosłym furiatem. Nic nie robi źle, wszystko jest winą innych, ale nie jego. Nie można mu zwrócić uwagi, bo w pada w szał. Taki jest tylko dla rodziny i najbliższych znajomych. Dla innych, wygadany, miły, młody mężczyzna.
Dla mnie rozwydrzony gówniarz w dorosłym ciele.
Ukończyłem technikum i mam teraz zajebistą pracę, tylko dlatego, że dziewczyna z zupełnie innej klasy (kierunku też) prawie codziennie witała mnie słowami "panie hotelarzu", bo mieliśmy szafki obok siebie.
Z tego co wiem mówiła tak do wszystkich, per panno/panie "kucharzu", "architekcie", "fotografie" i tak dalej ze wszystkimi możliwymi kierunkami jakie mieliśmy.
Aby to usłyszeć, chodziłem codziennie do tego piekła, którego nienawidziłem (przez nauczycieli, kierunek był super) i skończyłem je z wyróżnieniem. Gdyby nie ona, po prostu bym się poddał.
Nie spotkaliśmy się więcej po skończeniu szkoły ;(
Ostatnio mi cała dobra zmiana tak mocno weszła, że zacząłem oszczędzać nawet na jedzeniu, żeby ograniczyć wydatki w domowym budżecie. Nie zgadniecie natomiast do jakich konsekwencji to doprowadziło. Moja dziewczyna oskarżyła mnie przez to o zdradę, bo widząc, że oszczędzam, postanowiła sobie i mi wmówić, że kupuję tańsze rzeczy, bo resztę kasy wydaję na jakąś drugą laskę. Brak mi słów...
Muszę się pożalić na rynek pracy... albo na siebie, bo nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z pracodawcami.
Po studiach znalezienie pracy zaczęło graniczyć z cudem. Pomijając masę dorywczych prac, na tę chwilę moje CV wygląda tak:
Firma Janusza Biznesu, stanowisko: prawa ręka szefa - praca na pół etatu... to znaczy na cały, ale przecież on nie będzie za mnie aż tyle ZUS-u płacił, więc drugie pół pensji pod stołem, a całego etatu nie będzie, bo "hue, hue, ZUS-owi to ja bym nie ufał, hue, hue". Urlop jak za pełen etat? Ale czemu? Przecież pracujesz na pół! Zwolniłam się i z nadzieją na lepszą przyszłość wyniosłam do Dużego Miasta.
W Dużym Mieście trafiłam do Sfery Budżetowej. System organizacji pracy nastawiony był na generowanie nie wyników, ale miejsc pracy. Masową panikę wywoływała w Sferze konieczność zmiany hasła do Windowsa. Śmieszne to było, ale dało się żyć. Niestety, sprawy prywatne kazały mi się wynieść do Innego Dużego Miasta.
Market w Innym Dużym Mieście nie zatrudniał prawie pracowników. Przecież ktoś na zleceniu to nie pracownik. Premie? Tylko dla pracowników. Firma funduje karnety na basen albo imprezy integracyjne? Tylko dla pracowników. Zniżka na zakupy? Tak, też tylko dla pracowników. No to może wyjechać z Polski?
Praca w Zagranicznej Firmie była fajna... Ale agencja pracy polska. Nie mogłam się doprosić przez 3 miesiące załatwienia jednej formalności. Złożyłam skargę na kadrową. Wyjaśniła moją sprawę natychmiast... a tydzień później zostałam zwolniona za "niezachowywanie standardów higienicznych" i "brak szacunku dla innych pracowników", bo przeszłam po mokrej podłodze.
Po powrocie do miasta rodzinnego trafiła mi się praca w Innym Markecie. Po okresie próbnym nie przedłużyli umowy, bo byłam "zbyt roszczeniowa". Chciałam służbową kurtkę (której noszenia ode mnie wymagali) w swoim rozmiarze. \
Zupełnie przypadkiem miesiąc później PIP sprawdzała, czy naprawdę zmuszają pracowników do pracy w dni ustawowo wolne. ;)
Fabryka uznała, że świetnym pomysłem jest, zamiast wypłacać postojowe, kiedy nie ma pracy, kazać ludziom podpisywać wnioski o pozwolenie na wyjście wcześniej do domu. Nie dość, że nie zapłacą za postój, to jeszcze później oszczędzą na nadgodzinach, bo będą się liczyły jako odpracowanie wcześniejszego wyjścia.
Znowu zupełnie przypadkiem zdarzyła im się kontrola PIP.
Inna Sfera Budżetowa. Praca "z dojazdem do klienta". Warunki: minimalna + własny samochód + własny laptop + własny telefon. Własny, to znaczy mój prywatny, który ja opłacam z tej mojej minimalnej pensji. Oczywiście na rozmowie nie mówili o tych super warunkach.
Już nawet dziewczyna na mnie krzywo patrzy, że tak ciągle pracę zmieniam, bo nie mogę znieść wykorzystywania. Mówi, że "godnością się nie najemy". Z drugiej strony nie chce mi powiedzieć, jak mam żyć bez godności.
Spędziłem pięć dni w niemieckim areszcie. A wszystko to przez mojego kumpla - kretyna z niewyparzoną gębą. A było to tak: Korzystając z trzytygodniowego urlopu postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę po kilku europejskich krajach. Podczas jazdy po pewnym północnym, niemieckim landzie, autokar, którym podróżowaliśmy zatrzymany został przez policję. To była rutynowa kontrola – jak się okazało stróże prawa w tym miejscu regularnie zatrzymują pojazdy na małe „trzepanie”. Niedaleko jest granica z Holandią, więc podczas takich obław często wpadają narkotykowi przemytnicy-amatorzy.
- Czy w waszych plecakach znajduje się jakaś nielegalna substancja? - zapytał policjant o twarzy surowej niczym oblicze wzorowego SS-mana, który absolutnie nie zna się na żartach.
Wiedzieliśmy, że tak czy inaczej odbędzie się rewizja, więc mój kumpel, bez zwłoki wydobył ze swego bagażu, malutkie zawiniątko. Znajdowało się w nim pół grama haszyszu.
Policmajster zimnym jak lód spojrzeniem zbadał pakuneczek i wyciągnąwszy blankiecik do wystawiania mandatów, wycedził:
- Za to będzie 300 euro!
I wtedy się zaczęło. Mój towarzysz podróży otworzył szeroko oczy i teatralnie podniósł się z siedzenia
- Trzy stówy? - ryknął z niedowierzaniem – Ziomuś, kto cię tak oszukuje? Weź lepiej zmień dilera! Za gramik haszu zapłacisz najwyżej paręnaście euro. Poważnie, przepłacasz i to mocno!
Tak, jak myślałem – policjant o aparycji SS-mana absolutnie na żartach się nie znał. Oprócz 300 euro musieliśmy odsiedzieć w areszcie pięć dni i zapłacić karę za obrazę funkcjonariusza na służbie.
Moja 8-letnia córeczka w tym roku pierwszy raz sama wymyślała prezenty na dzień mamy i taty, a my jej pomagaliśmy je kupić.
Mamie „kupiła” wino, a tacie (mi) wódkę.
Ludzie, cóż za żenująca sytuacja się właśnie wydarzyła...
Pracuję w dość dużej firmie i uczestniczyłam dziś w zebraniu zarządu. Wszystko idzie świetnie, każdy przedstawia swoje racje i wtedy przychodzi kolej na mnie. Głęboki wdech i idziesz, dziewczyno! Rozpoczynam swój wywód, gdy nagle zakręciło mnie w nosie i... kich. Oczywiście nie był to zwykły psik. Z mojego nosa wyleciała potężna koza i wylądowała na dokumentach przede mną. Wyglądało to, jakby z nosa wypadł mi kawałek mózgu... Chwila ciszy, konsternacja, szybka akcja, chusteczka w rękę, przepraszam i sprzątam gościa. Jak gdyby nigdy nic kończę moją prezentację i udaję się na moje miejsce.
PS Nikt tego wydarzenia nie skomentował, cieszę się, że jesteśmy już jednak dorosłymi ludźmi :)
Jestem 23 letnią kobietą i od roku czasu nie mam żadnych mediów społecznościowych oprócz Snapchata do pisania znajomymi. Nie mam facebooka/messengera, Instagrama, Twittera czy innych tego typu platform. Oduczyłam się życia z telefonem w łapie i jakoś daję sobie radę. Na laptopie gram w gry takie jak Simsy, a w telewizji oglądam seriale. Nie jestem zmuszona ciągle przewijać facebooka czy instagrama, ani nie wpadam na pomysł by napisać coś publicznie głupiego. Mam tylko i wyłącznie snapchata, a nawet tam używam tylko funkcji chatu, całkowicie ignorując shortsy czy inne rzeczy które ludzie tam wstawiają. Miałam kiedyś discorda, ale jego również się pozbyłam.
Chcę pokazać że można żyć bez żadnych mediów społecznościowych i jakoś starać sobie ułożyć życie.
Jestem uzależniona od jedzenia. Może się to wydawać śmieszne lub głupie, bo przecież jedzenie jest niezbędne do życia. Jednak to prawda.
Gdy widzę fast foody lub inne jedzenie, które uwielbiam, nie umiem się powstrzymać.
Gdy mam tabliczkę czekolady i chcę wziąć jedną kostkę, chwilę później zostaje samo opakowanie. Nie panuję już nad tym. Moja waga ciągle rośnie, przy wzroście 165 cm ważę 92 kg (nie widać tego po mnie, jednak normalnie też nie wyglądam).
Od dwóch dni jestem na odwyku (i diecie). Wyrzuciłam z mojego jadłospisu wszystko to, co kochałam: fast foody, makarony, soki, słodycze, napoje gazowane i wiele innych.
Mimo że to dopiero drugi dzień, zostałam już wystawiona na próbę. Na kolację była pizza... Jednak ze łzami w oczach przechodziłam od niej jak najdalej się da. I udało się. Nie tknęłam ani kawałka!
To dla mnie ogromny krok w dobrą stronę i mam nadzieję, że będzie ich więcej. Trzymajcie kciuki, drodzy Anonimowi!
Dodaj anonimowe wyznanie