#F2LQi
Nie wiem, co mnie podkusiło, nawet im potem nie odpisałem. Gdy tylko odrobinkę zeszło, ogarnąłem swój idiotyzm i usunąłem wszystko.
I teraz mi jest strasznie wstyd.
#KfDdf
Odkąd go nie ma, w mojej głowie jest mnóstwo pytań bez odpowiedzi, obwiniane siebie za to, co mogłam zrobić, a czego nie zrobiłam, co mogłam powiedzieć, a czego nie powiedziałam, żałuję, choć czasami sama nie wiem czego. I wiecie co? Każdego z nas czekają takie rozmyślenia, dlatego dbajcie i szanujcie i kochajcie TERAZ! Okazujcie tę miłość kiedy tylko możecie, bo jutro może nie nadejść! Mój tata zostawił nam krótki list, w którym napisał, że kocha nas wszystkich i wiem, że kocha nas do teraz, my też go kochaliśmy z całych sił i bardzo dobrze o tym wiedział, ale mimo to fakt, że moglibyśmy okazywać mu tę miłość jeszcze dobre kilkanaście lat, bardzo boli, bo go już nie ma.
PS Bardzo mocno Cię kochamy i zawsze będziesz w naszych sercach, tato!
I jeszcze jedno — nauczyłam Twojego wnuka mówić „OPA”, bo tak bardzo tego chciałeś.
#bwhxx
Problem w tym, że jasny szlag mnie trafia, jak klientki mi zaczynają opowiadać o swoich trudnych sprawach. Prawie każda, która przyjdzie, wykłada mi historię swojego życia. Opowiadają o kłótniach ze szwagierkami, o sąsiadach, o mężach, o grzybicach, chorobach, zastanawiają się, kiedy chłopak się oświadczy... a ja rzygam tym wszystkim. Nic mnie to nie obchodzi, a muszę kiwać głową, pomrukiwać, odpowiadać. Ot, szefowa wymaga, żeby była miła i domowa atmosfera, to klientki będą wracały.
Mam ochotę bogu dziękować, gdy trafi się taka, która nie trajkocze i po prostu w ciszy sobie siedzi. Po ośmiu godzinach takiego wysłuchiwania tych bzdur mam ochotę palnąć sobie w łeb i tak jest codziennie.
Co popchnęło mnie do tego wyznania?
Dziś klientka ze szczegółami opowiadała mi o swoich problemach gastrycznych, po czym wyciągnęła telefon i pokazała mi zdjęcie swojego g*wna, bo „może pani rozpozna, co tam w środku jest”.
Kocham swoją pracę, ale od kiedy pracuję, zaczynam naprawdę nienawidzić ludzi.
#51kxi
Nie mogłem się powstrzymać, wybuchnąłem śmiechem i musiałem udać się na zaplecze, by się opanować.
#tuAXQ
Wchodzę do gabinetu, a tam śliczna czarnowłosa lekarka o pokaźnym biuście, który odkrywał subtelny dekolt. Na pytanie co panu dolega, odpowiedziałem: „Nic poważnego, tylko kaszel”.
Tyłek mnie dalej boli, ale przynajmniej wiem, jak sobie radzić z kaszlem domowymi sposobami.
#miGSo
Wigilia przebiegła w naszej rodzinie niezwykle bogato, na stole było tyle dań, że dosłownie stół się uginał. Osobiście nie jestem obżartuchem, ale popróbowałam po troszeczku ze wszystkiego. To był błąd! Wszyscy goście poszli, niestety łazienka była zajęta przez mojego tatę. Trudno... parę minut mija, paręnaście, walę do drzwi, a tam tylko chlupy i pryknięcia, a moja dwójka ciśnie! Cholera, co teraz, mieszkamy na 10 piętrze, nie zdążę na dół. Z braku opcji wyskoczyłam na balkon i nasrałam do donicy. Ulga była niewiarygodna. Dopiero jak wstałam, zrozumiałam, jak wielki błąd popełniłam — to nie była donica, tylko garnek z sałatką jarzynową. Wszystko później wywaliłam przez balkon, a następnego dnia sprzątnęłam.
Mamie wmówiłam, że zjadłam całą sałatkę, ale chyba nie wierzy.
#llkLS
Diagnoza mnie poniekąd ucieszyła. Po latach bujania się po gastrologach, proktologach i alergologach, którzy nie byli w stanie wytłumaczyć moich dolegliwości czymś innym niż stresem, fajnie było mieć w końcu jakiś konkret. Na próbę wykluczyłam dania zawierające pszenicę, jęczmień, żyto, owies – źródła tego nieszczęsnego glutenu. Bingo! Koniec wzdęć, biegunek tłuszczowych, wiecznego bólu brzucha, chronicznego zmęczenia. W czym więc leży problem?
Ciężko jest mi teraz zjeść poza domem.
Nie, nie chodzi o brak dań bezglutenowych w restauracjach. Coraz więcej miejsc serwuje potrawy bezglutenowe, co mnie cieszy. Najgorsza jest reakcja znajomych i rodziny:
- jak trochę zjesz, to ci nie zaszkodzi,
- teraz to takie modne, nie jeść glutenu,
- hi, hi, hi, choinkę na święta też miałaś bezglutenową?
- trzeba jeść wszystko, bo inaczej będziesz miała niedobory,
- chcesz schudnąć pewnie?
- ale kiedyś jadłaś i nic ci nie było.
To, że choroby nie widać na pierwszy rzut oka, nie oznacza, że jej nie ma. To, że po zjedzeniu ciastka nie chwytam się za gardło jak alergik po orzeszkach, nie oznacza, że mi to nie szkodzi. Nie, nie proponuj mi tej pizzy po raz piąty, chętnie bym zjadła, ale naprawdę nie powinnam. Tak, mam co jeść. Świat się na szczęście na tych czterech zbożach nie kończy ;)
PS Nie jestem terrorystką, która wymaga od innych przygotowania osobnych dań dla mnie, zawsze znajdę na stole/zamówię coś, co mi nie szkodzi :)
#LmEJ5
Natomiast jeśli już próbuję się uśmiechać, to czuję się jak Chandler z "Przyjaciół" szczerzący się do zdjęcia. Wtedy ludzie dziwnie na mnie patrzą, a ja tylko nie chcę wyglądać na załamaną swoim życiem.