Mam 25 lat i dwoje starszego rodzeństwa. Każde z nas ma własne rodziny i mieszkanie. Od zawsze byłam blisko mojej mamy, która od początku wmawiała mi, że jak starsze rodzeństwo już się ustatkuje, to ja zostanę z rodzicami i zaopiekuję się nimi na starość. Prawdę mówiąc, czułam się jak zwierzę prowadzone na rzeź. Kocham rodziców, ale nigdy nie przewidywali, że mogłabym znaleźć sobie chociażby chłopaka. Do tego mama zawsze była pracowita, nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Zawsze miała kilka rzeczy do zrobienia, ale nigdy nie pozwalała sobie pomóc. W wyniku przepracowania nabawiła się bardzo wcześnie kilku poważnych i bolesnych chorób, oczywiście oskarżając wszystkich wokół, twierdząc: „wszystko muszę robić sama, nikt mi w tym domu nie pomaga”.
Od zawsze słyszałam od mamy, że jest poważnie chora i umiera. Jako małe kilkuletnie dziecko nic z tego nie rozumiałam, bo przecież była w domu, a nie w szpitalu. Płakałam każdego dnia i każdej nocy. Jak tylko ktoś znajomy zachorował albo coś ją zabolało, od razu słyszałam, że ma raka albo jakieś inne choróbsko. Starsze rodzeństwo albo nie reagowało w taki sam sposób, albo się z tym kryli. Do teraz pamiętam ten strach związany z niby „chorobą” mamy i tym, że niedługo jej nie będzie i zostanę sama z ojcem, z którym miałam zawsze słaby kontakt. Mama oczywiście chorowała, ale nigdy na nic zagrażającego jej życiu.
Nieoczekiwanie (przynajmniej dla mojej mamy) się zaręczyłam, w zeszłym roku wzięliśmy ślub, a w tym roku urodziłam dziecko. No i tu pojawia się problem. Mojej mamie zdiagnozowano guz mózgu. Niedługo będzie poddana leczeniu. A ja NIC. Żadnego strachu, bólu ani gniewu. Mam mętlik w głowie. Już sama nie wiem, czy jestem złą córką, czy może przez te litry wylanych w dzieciństwie łez jestem bardziej zahartowana. Albo sama do końca w to nie wierzę. Wiem, że jak przyjdą cięższe dni i będę musiała jeździć do mamy do szpitala, to wrócą łzy i bezsenne noce. Ale teraz siedzę i myślę tylko o tym, co ze mną nie tak i kiedy stałam się taka gruboskórna.
Jechałam tramwajem, jak zwykle spóźniona, gdy nagle z tyłu w oknie zobaczyłam ostatnią deskę ratunku – tramwaj o numerze osiem, o korzystniejszym przebiegu trasy.
W zasadzie wystarczyło tylko wysiąść na najbliższym przystanku i zgrabnie przesiąść się do tramwaju za nami.
Do startu, gotowi, start! Jak dzika kuna pognałam w stronę obiektu pożądania.
Co mogło pójść nie tak?
Będąc już w środku, zauważyłam, że z nami znowu jedzie ósemka...
Okazało się, że przesiadłam się z przedniego do tylnego wagonu tego samego tramwaju...
Najgorszy dzień w życiu? Biegunka, wymioty, katar, okres i dwie złamane ręce.
Córkę rodziłam w zeszłym roku w jednym z dolnośląskich szpitali – nie polecam tego miejsca.
Wszystko zaczęło się chwilę przed północą, kiedy to wody mi odeszły, w drodze do szpitala dostałam skurczy. Dojechaliśmy na SOR i tam podczas badań pielęgniarki były wyjątkowo niemiłe. Dopiero gdy zwróciłam uwagę ginekolog, że ona to w przeciwieństwie do reszty personelu pomimo późnej godziny nadal jest przyjemna dla pacjentów, one zmieniły zachowanie.
Koszmar trwał 11h z kawałkiem. Bez znieczulenia, bo źle mi założyli pas od skurczów i wykazywało, że ich prawie nie mam. Jak prosiłam o znieczulenie, to usłyszałam: „Pani, skurczy prawie nie ma, nie powinno boleć”. Jasne, człowiek zwija się z bólu, nie może mówić, ale co tam, wcale nie boli. Poród przebiegał bardzo powoli, w końcu córka się zaklinowała, nie dała rady już i ja też opadałam z sił. Tętno jej zaczęło spadać do 60, później przy każdym parciu oscylowało między 40 a 60 (norma to 110-150). Położna czy lekarz – nie wiem, kazała rodzić dalej. Zebrał się cały personel z ordynatorem na czele. Obrócili mnie tyłem i tak gapiąc się na mój tyłek, debatowali, czy robić cesarkę, czy nie. W końcu tętno utrzymywało się przy 40 i stwierdzili, że już ani ja nie dam rady, ani ona. Wzięli mnie na stół, pokroili i na szczęście córkę uratowali.
Po porodzie dochodziłam do siebie 2 miesiące. Pierwsze doby nie byłam w stanie ustać pod prysznicem przez cale mycie. Mył mnie mąż – przez około 2 tyg., bo nie byłam w stanie sama tego zrobić. Ponad miesiąc leżałam tylko i wstawałam do WC. Córkę przewijałam obok siebie na łóżku. Szkoda, że nikt nie powiedział nam ani w pracy, ani w szpitalu, że jest coś takiego jak L4 na żonę po porodzie (również dla par niebędących w małżeństwie). Bardzo przydałaby mi się jego pomoc przez cały dzień, a nie tylko jak wrócił z pracy.
Ogólnie mówiąc, po porodzie czułam się, jakby ktoś mnie wskrzesił i zapomniał uzdrowić. Znajomi mówili, że wyglądałam jak ledwo żywa. Zazdroszczę kobietom, które na drugi dzień normalnie śmigały po oddziale. Każdy organizm jest inny, inaczej znosi ból i w innym czasie dochodzi do siebie. Jednak z tego co było widać w szpitalu, położne/pielęgniarki o tym zapominały i nie raz słyszałam, podczas mojego krótkiego pobytu tam, że powinnam już dawno chodzić sama i wyprostowana, nie mówiąc już o tym, że powinnam normalnie nosić dziecko na rękach.
Przykre.
Nie znoszę chodzić do kościoła. Pochodzę z katolickiej rodziny. Rodzice jak i dalsza rodzina nie mają problemu z uczęszczaniem. Zdarza mi się modlić, ale robię to na swój własny sposób. Nie jest to również związane z wszystkimi aferami, o których się tyle mówi. Można w końcu trafić na księdza z powołania, z którym da się porozmawiać.
Problem leży gdzieś indziej. W dzieciństwie, gdy rodzice prowadzali nas do kościoła, to przed wyjściem ojciec zawsze przygotowywał pas lub kabel, na wypadek gdybyśmy się źle zachowywali w kościele.
Jestem teraz dorosłą kobietą, ale do tej pory pamiętam, jak nieraz po powrocie obrywaliśmy od ojca tak, że zwijaliśmy się na podłodze z bólu i płaczu. Trwało to przez jakiś czas, gdy byliśmy dziećmi.
Obecnie chodzę do kościoła praktycznie tylko od święta lub gdy jest jakaś uroczystość rodzinna. Wiem, że moja niechęć to następstwo tego, co się działo w dzieciństwie, ale obecnie nawet nie chce mi się z tym walczyć.
A co w tym najgorsze... Rodzice, jak nie chcę iść do kościoła, to od razu zaczynają swoje wywody, że co mi nie pasuje, że cała rodzina chodzi, a ja staję okoniem. Na stwierdzenie, że trzeba było częściej w dzieciństwie pasem bić, twierdzą oboje, że nic takiego nie pamiętają. Kocham ich, niejeden raz udowodnili przez te wszystkie lata, że mogę na nich polegać, ale co się stało, to się nie odstanie, a w pamięci pozostało.
Jestem ministrantem i służę w kościele, zazwyczaj w godzinach 10:30 lub12:00, kiedy świeci najbardziej słońce. Nie lubię robić większości rzeczy, ale jest jedna rzecz, która mi sprawia frajdę.
Zawsze gdy ludzie podchodzą do komunii, chodzę z pateną (to złote coś, co ministranci trzymają, żeby hostia nie spadła) i specjalnie ustawiam się w takim miejscu, żeby móc świecić ludziom po oczach.
Sprawia mi to niezwykłą frajdę, a zwłaszcza lubię, gdy mrużąc oczy, robią dziwne miny do księdza :)
Zawsze byłem muzykalny, jednak moja nieśmiałość nie pozwalała mi robić tego, co chcę. W domu, gdy mi się nudziło, pisałem piosenki – gorsze, lepsze, ale coś tam wychodziło.
Pewnego dnia, gdy dziewczyna, która mi się podobała, powiedziała, żebym sobie darował, bo nic z tego nie wyjdzie, byłem w rozpaczy i miałem wenę. Napisałem naprawdę bardzo dobrą piosenkę, miała sens i się rymowała. Aż sam siebie zadziwiłem, że takie coś udało mi się stworzyć, postanowiłem się nią pochwalić i wysłałem do jednej z bardziej znanych osób, która miała już znane piosenki i dość często leciały w radio. Jednak żadnej odpowiedzi nie dostałem – nie byłem tym wielce zdziwiony.
Około 4 miesiące po mojej wiadomości ta osoba wypuściła nową piosenkę, Z MOIMI SŁOWAMI, tylko muzykę sama stworzyła. Chciałem zareagować, ale zablokowała mnie na Facebooku, a jak powiedziałem o tym zaufanej osobie, to wyśmiała mnie, co ja sobie wymyślam.
Piosenka ma już parę milionów wyświetleń, a ja nadal nie wiem, co robić.
No cóż... Sylwester spędziłam z dwójką. Może nawet dosłownie. Dopadła mnie jelitówka. Gówniane rozpoczęcie Nowego Roku!
Ogólnie to podpity, pożarłem się z dziewczyną dość mocno i z tego wkurzenia, napisałem naraz do trzech byłych.
Nie wiem, co mnie podkusiło, nawet im potem nie odpisałem. Gdy tylko odrobinkę zeszło, ogarnąłem swój idiotyzm i usunąłem wszystko.
I teraz mi jest strasznie wstyd.
Niecałe 5 miesięcy temu mój tata popełnił samobójstwo, mój młodszy o 2 lata brat (17) znalazł tatę już nieżyjącego w łazience, próbował go jeszcze ratować, ale niestety nic nie dało się już zrobić. Od tamtego momentu nasze życie jest puste i pełne łez, nasze pierwsze święta bez taty były inne, a nowy rok przepełniony łzami. Gdy tracisz rodzica, to tak jakby cząstka ciebie odeszła. Nie doczekał nawet roczku swojego upragnionego wnuka. Kiedy nasz tata żył, był człowiekiem żartobliwym i uśmiechniętym, nikt by nie pomyślał, że byłby zdolny do wzięcia liny.
Odkąd go nie ma, w mojej głowie jest mnóstwo pytań bez odpowiedzi, obwiniane siebie za to, co mogłam zrobić, a czego nie zrobiłam, co mogłam powiedzieć, a czego nie powiedziałam, żałuję, choć czasami sama nie wiem czego. I wiecie co? Każdego z nas czekają takie rozmyślenia, dlatego dbajcie i szanujcie i kochajcie TERAZ! Okazujcie tę miłość kiedy tylko możecie, bo jutro może nie nadejść! Mój tata zostawił nam krótki list, w którym napisał, że kocha nas wszystkich i wiem, że kocha nas do teraz, my też go kochaliśmy z całych sił i bardzo dobrze o tym wiedział, ale mimo to fakt, że moglibyśmy okazywać mu tę miłość jeszcze dobre kilkanaście lat, bardzo boli, bo go już nie ma.
PS Bardzo mocno Cię kochamy i zawsze będziesz w naszych sercach, tato!
I jeszcze jedno — nauczyłam Twojego wnuka mówić „OPA”, bo tak bardzo tego chciałeś.
Dodaj anonimowe wyznanie