Odkąd pamiętam mój ojciec pił. Nie był agresywny, nie bił nas, nie robił awantur, ale przez jego picie w domu była straszna bieda. Tracił kolejne prace przez alkohol, a nawet jak coś zarobił, to przepił albo zgubił po pijaku. Kilka razy go okradli kiedy pijany szwendał się nocą w podejrzanych okolicach. Nigdy nie mieliśmy fajnych ubrań, zabawek, często nie było nawet na jedzenie. Nasze mieszkanie wyglądało tragicznie, jak jakaś rudera.
Mimo to zawsze bardzo kochałem ojca i nie pozwalałem powiedzieć na niego złego słowa. W latach 90-tych coraz więcej zaczynało się mówić o tym, że alkoholizm to choroba i można ją leczyć. Kurczowo uczepiłem się tego tematu. Mój ukochany tato nie jest żadnym pijakiem. Jest po prostu chory. Chciałby przestać pić, ale nie potrafi. Tak wszystkim mówiłem. Kilka razy napomknąłem ojcu, że powinien się leczyć, ale tylko się zdenerwował. Mama denerwowała się jeszcze bardziej, że usprawiedliwiam pijaństwo ojca chorobą. Nie wierzyła w takie rzeczy jak alkoholizm. Uważała, że pijak chleje, bo lubi. Kilka razy odchodziła, ale zawsze wracała. Nie wiem dlaczego. Może tak jak ja, kochała go mimo wszystko.
Aż przyszedł kiedyś taki dzień, miałem wtedy 15 lat, gdy ojciec oznajmił, że przestaje pić. Oczywiście nikt nie potraktował go poważnie. Już nie raz słyszeliśmy takie deklaracje, ale zawsze kończyło się na obietnicach. Kilka dni albo tygodni abstynencji i wszystko zaczynało się od nowa. Jednak tym razem było inaczej. Mijały tygodnie, miesiące, w końcu minął rok. W tym czasie ojciec nie pił, znalazł porządną pracę i w końcu wyszliśmy na prostą. Wiem, że nie chodził na żadną terapię, bo czegoś takiego w naszym miasteczku wtedy nie było.
Od tego czasu minęło 20 lat. Przez te 20 lat ojciec ani razu się nie upił. Jest innym człowiekiem. Mój najmłodszy brat, który miał 3 lata, kiedy ojciec ostatni raz się schlał, nie pamięta go pijanego. Nie pamięta biedy ani wstydu. Można powiedzieć, że wychował się w normalnej rodzinie.
A ja? Z jednej strony cieszę się, że ojciec zerwał z piciem, z drugiej mam do niego straszny żal. Skoro tak po prostu z dnia na dzień potrafił z tym skończyć to znaczy, że mógł to zrobić dużo wcześniej. Nie musiałem przeżywać tego całego piekła w dzieciństwie. Mama miała rację. Chlał, bo chciał i to lubił. W ciągu ostatnich dwudziestu lat kilka razy wypił na uroczystościach rodzinnych kieliszek szampana czy wódki, ale zawsze na tym kończył. Nigdy się nie upił. Czyli nigdy nie był uzależniony. W dzieciństwie, kiedy cierpiałem przez niego, broniłem go, bo myślałem, że jest chory. A on po prostu lubił pić alkohol.
O angielskiej herbacie, i ich beztroskim podejściu do życia.
Przeczytałem historię o odruchu Brytyjczyka kiedy jego dziewczyna robiła mu herbatę, więc postanowiłem napisać kilka słów o tym jak Brytyjczycy kochają herbatę. Widzę jak to wygląda, ale te historie naprawdę się wydarzyły/zostały usłyszane.
Pracuję w UK i czasem ze współpracownikami (mam ich 3 w warsztacie), w czasie przerwy na herbatę (a jakżeby inaczej) rozmawialiśmy o ich miłości do herbaty, i usłyszałem że Brytyjczycy w czasie I WŚ ginęli ponieważ: W czołgach jak wiadomo jest dość gorąco, więc co robili Brytyjczycy? Rozglądali się czy nie ma w okolicy nie ma Niemców. Nie ma? Więc co robimy? przecież jest 17. Rozpalali małe ogniska i robili herbatę. Nie raz zdarzało się że niemieccy snajperzy po prostu czekali na nich bo wiedzieli że Brytyjczycy tak robią. We współczesnych czołgach mają grzałkę do czajników.
Kolejna sytuacja z I WŚ nie pamiętam gdzie to miało się dziać, ale podobno doszli na wybrzeże na które bardzo ciężko było się dostać. Kiedy się dostali, zamiast atakować co zrobili? Czas na herbatę się zbliża, lepiej rozbijmy obóz. Niemcy jak się domyślacie wygrali kolejną bitwę.
Coś nowszego. W college'u w którym pracuję zdarzały się próbne alarmy przeciwpożarowe. Dziś również był alarm, więc mój szef (mimo tego że w UK przepisy dot. bezpieczeństwa są bardzo rygorystyczne) doszedł do wniosku że zostaniemy, a jemu akurat woda na herbatę dochodzi. Więc zalał, ale po minucie alarm (który jest syreną ciągłą) nie wyłączał się, więc wyszliśmy żeby nie ogłuchnąć. Po chwili alarm wyłączył się, więc wróciliśmy do warsztatu, ale niestety po minucie znowu hałas nie do wytrzymania. Wyszliśmy, obeszliśmy obiekt w poszukiwaniu cienia (30*C w cieniu) gdy naszym oczom ukazał się dym. Tak, piliśmy sobie herbatkę kiedy opiekunowie wyprowadzali 5-7 letnie dzieci na dwór, elektrycy ze szkoły biegali w poszukiwaniu wyłącznika prądu, a 4 zastępy straży pożarnej były w drodze do szkoły.
Więc podsumowując:
1. Choćby się paliło, Brytyjczyk MUSI wypić swoją herbatę z mlekiem.
2. Do pracodawców: nie róbcie ćwiczeń zbyt często, bo przynosi to potem odwrotny skutek do pożądanego.
3. Do pracowników i nie tylko: jeśli słyszysz alarm p.poż. sprawdź czy się naprawdę nie pali, po prostu wyjdź z budynku.
Dla czepialskich:
1. Nie, nikt nie został ranny.
2. Ostatecznie wyłącznika nie znaleźli, więc odłączyli cały kampus od prądu i nie włączyli przez kolejne godziny, więc poszliśmy do domu.
3. Zadymienie przeszło przez 1/4 budynku (jednego z większych kampusów w UK).
Wyznanie z tych o muzyce :D
Często mam tak, że słyszę muzykę w każdej czynności. Słyszycie kroki? Zazwyczaj nawet nie zwracacie na nie uwagi, natomiast ja słyszę w tym momencie muzykę. Każdy dodatkowy element jak przesunięcie czegoś, otworzenie drzwi itp. to dodatkowy element tej piosenki. Nie jest tak oczywiście cały czas, ponieważ mam chwile "przerwy" od tej anomalii. Oczywiście nie przeszkadza mi to, bo kocham muzykę w każdej postaci. Nie spotkałem jeszcze na tej stronie wyznania tego typu i jestem ciekaw czy ktoś z was też tak ma.
Zacznijmy od tego, że na każdych świętach i innych spotkaniach rodzinnych padają pytania, skierowane do mnie, kiedy przyjdę z dziewczyną albo słynne "A może ty gejem jesteś?". Potem cała rodzinka debatuje na temat tego, że homoseksualiści są nienormalni i powinno się ich leczyć. Na ostatnim spotkaniu było najgorzej.
Zaczęło się od typowych dla mojej rodziny pytań, a ja w przypływie emocji palnąłem, że już kogoś mam. Myślałem, że po tym dadzą mi spokój. Przeliczyłem się. Wszyscy odrazu chcieli poznać "wybrankę mojego serca". Moja mama stwierdziła, że mam ją koniecznie zaprosić na kolację i nawet nie wymyślać wymówek. Ojciec dodał pół żartem, pół serio, że jak przyprowadzę jakiegoś chłopaka, to nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
No cóż. Prawdopodobnie nie polubią mojego chłopaka.
Do napisania tego wyznania skłoniły mnie wyznania wielu ludzi, którzy stali się dorośli i nie wiedzą jak żyć. Początek jest łatwy. Chodzimy do szkoły, mówią nam co trzeba zrobić. Czasami pomoc w domu, iść do szkoły, odrobić lekcje... Potem wpadamy na dylematy. Czy iść do liceum, czy do zawodówki? Co po maturze? Czy iść na studia. Kiedy jeszcze się uczymy jest jeszcze ok, schody zaczynają się po zakończeniu edukacji. Nie ważne czy masz 18 lat, czy 26. Co dalej? Wydaje mi się, że osoby z trudnym dzieciństwem będą mieć łatwiej z wkraczaniem w dorosłość, bo musiały szybciej dorosnąć. Inni, bardzo duża część ludzi, ma papierek i nie wie jak żyć. Co ciekawe wygląda tak, jakby wszyscy doskonale wiedzieli co robią, tylko my stoimy ośrodku płonącego budynku, uśmiechając się nerwowo i mając nadzieję, że wszystko się ułoży.
Może to was pocieszy, ale niewiele ludzi wie co robić w życiu. Nie chodzi tu o pracę, czy znajomych. Tak zwyczajnie. Ludzie dorośli robią coś, mają nadzieję, że to co robią jest dobre, tylko sami nie są pewni, czy tak powinno to działać. Większość ludzi "ogarniętych" robi rzeczy udając pewność siebie. Wychodzę na herbatkę z koleżankami? Tak, to chyba powinno tak wyglądać, tak robią dorośli, a ja też jestem dorosła. Czujesz się zagubiony? Większość ludzi tak ma, ale potrafi udawać, że nie jest. Nie jesteś sam. Idziesz do banku i nie wiesz co powiedzieć? Improwizuj i udawaj, że zjadłeś zęby w bankach. Poczta? Zakupy online? Zakupy na żywo? Koszmar wielu ludzi, ale udają, że to proste.
Tylko nieliczni wiedzą co robią, ale nie jesteśmy geniuszami. Ktoś może być świetnym chirurgiem, ale wyjście do banku jest straszne, ale przecież jestem dorosły, nie będę płakać i nie powiem, że nie pójdę. Będę udawać, że wiem co robię.
Nie wiesz "jak w życie"? Nie martw się, inni też nie wiedzą. A teraz ubierz się w dorosłe ubranie i podbijaj świat dorosłych ludzi.
Długi czas byłam samotna... do czasu gdy poznałam X.
Co mogę powiedzieć, zawrócił mi w głowie. Brzmi głupio i gdy to opisuję to czuję się niezręcznie...
Gdy się poznaliśmy ja dobiegałam 30, miałam ustabilizowane życie, niezłą pracę, on 25 lat, informatyk o specyficznym poczuciu humoru.
Różnica wieku mnie przerażała, ale jego ogromna pewność siebie, dojrzałość i sposób bycia sprawiał, że czułam się bezpieczna, kochana, a tylko tego mi w życiu brakowało do szczęścia.
Pierwszy rok razem minął bardzo szybko. Było naprawdę dobrze, dogadywaliśmy się niemal na każdej płaszczyźnie, a drobne sprzeczki były dobrym pretekstem by się przemiło godzić w łóżko. Wreszcie po 1,5 roku zamieszkaliśmy razem.
Początkowo wszystko grało. Normą było, że rozmawialiśmy o wszystkim. Pewnego razu X wyznał, że ma fantazję, które chciałby ze mną spełniać. Zaczęło się od kupna bielizny, którą chciał bym zakładała do łóżka. Wtedy byłam tym zachwycona, w końcu miałam faceta, który mnie pożądał, spełniał ze mną swoje dzikie fantazje i obrzucał mnie piękną bielizną, czego chcieć więcej?
Po czasie jednak zaczęło go to jakby nudzić, parę razy wspominał, że ciekawy jest jak by było mieć na sobie takie koronki. Niewinne pytanie prawda? Ze śmiechem więc rzuciłam, żeby się nie krępował i przymierzył... a on jakby nigdy nic to zrobił.
Po czasie myślę, że X szukał tylko pretekstu, celowo mnie nakierował w tą stronę.
Od tamtej pory ochoczo nakładał na siebie bieliznę, "testował" pończochy, biustonosze, rajstopki, pokazywał mi się i pytał o opinię.
Moją krytykę zbywał żartami, że przecież to tylko zabawa...
Jego zabawa poszła o krok dalej gdy poprosił mnie o seks, w którym on będzie w damskiej bieliźnie, odmówiłam. Przyjął to ze spokojem, po czym po kilku dniach obudził mnie w nocy by się kochać, gdy skończyliśmy okazało się, że on miał na sobie pończochy i stringi... Poczułam się wykorzystana, ale moje słowa nic nie dały.
X wciąż przekraczał granicę, a ja nie byłam w stanie nic zrobić poza odmawianiem i krytyką, która po nim spływała, wciąż zapewniał, że to tylko fantazja, spełni ją i skończymy.
Przez pewien czas zadowalał się zakładaniem bielizny do łóżka, nawet gdy odmawiałam seksu to w niej spał, a teraz zauważam, że zakłada ją pod normalne ubranie.
Nie raz proponował mi "zabawę" w dominę, jak się okazało jest przygotowany bardziej niż bym się spodziewała... nakupował korków analnych, klatkę na penisa i sztucznego penisa, którym chce być zgwałcony... a ja po prostu nie mogę.
Kocham go i jednocześnie się brzydzę, wiedząc, że używa swoich zabaweczek by się samemu zaspokoić.
Boję się odejść, nie mam gdzie... chociaż wiem, że nie umiem tak żyć.
X zaczął w domu mówić w formie żeńskiej, chce bym nazywała go Klaudią... nie wiem co robić...
Lubię chodzić nocą po mieście, choć zwykle jest niebezpiecznie.
Byłam wtedy około 5-letnią słodką dziewczynką, gdy dotykał mnie mój niedużo starszy brat. Doskonale pamiętam każdy szczegół, gdy swoim rękami obłapiał moje ciało. Ciągle nadmiernie długo przesiaduję w wannie, aby zmyć "brud", choć minęło 20 lat.
Zły dotyk boli przez całe życie, dlatego nie czuje strachu, ponieważ nic gorszego nie może mnie już spotkać.
Mój chłopak stosował wobec mnie bierną agresję. To taka forma przemocy, w której ofiara, pomimo frustracji, nie umie udowodnić win oprawcy, a czasem, jak było w moim przypadku, zostaje zmanipulowana do tego stopnia, że woli przyznać się do swojego rzekomego błędu, by móc tylko znów poczuć złudną błogość i miłość.
Zaczęło się niewinnie, z dystansem podchodziłam do złośliwych żartów, czasem wmawiając sobie samej, że może jednak jestem przewrażliwiona. Zapominanie o obietnicach i spotkaniach, ciągłe spóźnienia tłumaczyłam roztargnieniem ukochanego i nadmiarem zajęć. Z czasem zaczęło robić się coraz gorzej – nieodbieranie telefonu, gdy akurat przyszła mu na to ochota, poniżanie w towarzystwie, wybuchy złości skoncentrowane na mnie, gdy coś nie wychodziło, a przede wszystkim obojętność na moje uczucia i prośby. Na końcu oczywiście wyparcie winy i odwracanie kota ogonem.
Dziś czuję frustrację. Powoli pozbawiał mnie pewności siebie, choć kiedyś byłam dziewczyną, która wierzyła, że może zmienić świat. Moja niepewność zamieniła się w słabość i dziś ciężko mi zawalczyć o swoje. Nie potrafię sobie poradzić ze świadomością, że mój cały świat potrafił celowo mnie krzywdzić, a mało brakowało, bym ja zaczęła krzywdzić samą siebie.
Sytuacja ta może się wydać dość absurdalna. Byłem w trakcie spontanicznej drzemki w salonie, miałem całkiem „przyjemny” sen, czułem, że krew mi dopłynęła do wiadomo której części ciała. Jak wiadomo, podczas snu świadomość ma się dość ograniczoną, zatem niewiele wtedy myśląc, pozwoliłem sobie dopuścić do wytrysku. Jednak w tym momencie się obudziłem i zorientowałem się, że poleciało co innego...
Chciałem się spuścić, a się zeszczałem.
TLDR: myślę o powrocie do masturbacji i oglądania porno.
Ja 34, ona 32. Z żoną jestem już 9 lat, 3 lata w małżeństwie. Od zawsze byłem w niej zakochany i w sumie nic się nie zmieniło. Cudowna kobieta, a od 3 miesięcy również mama. Długo staraliśmy się o dziecko, po wielu próbach w końcu nam się udało. Niestety, ciąża z racji wcześniejszych poronień była uznawana od początku za zagrożoną, więc żona miała zakaz jakichkolwiek ćwiczeń. Przez cały okres straciła dużo sprawności (jest obolała, mało rozciągnięta, często narzeka, że coś ją boli w kolanie czy kręgosłupie), ale również przytyła. Najlepsze jest to, że ona mnie wciąż niesamowicie pociąga i tutaj zaczyna się problem. Nasze libido.
Ja, jako wciąż młody facet, mam ciągle dużo siły i chęci na zbliżenia. Powiem więcej, po głowie chodzą mi coraz większe fantazje seksualne, których nie udało mi się jeszcze spełnić, a uważam, że życie jest tylko jedno. Ona natomiast nie ma większej ochoty na seks. Od początku ciąży kochaliśmy się może kilka razy. W pierwszym trymestrze ciągle spala, mdliło ją, źle się czuła. W drugim było trochę lepiej, więc tutaj kilka razy się zbliżyliśmy. Trzeci już zero seksu przez zalecenie ginekologa. Od urodzenia dziecka (3 miesiące) kochaliśmy się raz. Dla mnie jest to zdecydowanie za mało, bo moja żona jest dla mnie piękną kobietą i widzę ją często w myślach w różnych sytuacjach. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Rozmowa kończy się zawsze tym samym: "ja wiem, że mało ostatnio jest seksu, ale (tutaj różne wymówki, zmęczenie, że boli ją coś, że nie ma ochoty, zmienię to jeżeli (kolejne wymówki))". Ja już nie daję rady racjonalnie myśleć, bo moim drugim problemem jest to, że stronię od samozaspokajania. Zawsze kojarzyło mi się to źle, że facet robi sobie dobrze. I tak kilka lat już nawet raz samodzielnie nie osiągnąłem orgazmu, zawsze z małżonką. Porno? Tylko z małżonką, średnio raz na kilka miesięcy, od ciąży zero.
Ja już nie wiem co mam robić. Wiem, że to tylko potrzeba seksualna i nie jesteśmy zwierzętami, ale już mnie nosi. Dorzuciłem rower, żeby trochę się wymęczyć. Mam duże libido, które nie jest zaspokajane. Żadne romanse czy zdrada nie wchodzą absolutnie w grę, bo kocham swoją żonę i nie potrafiłbym zaspokajać się z inną. Rozmowy czasem prowadzą do seksu, ale jest on mam wrażenie wymuszony - rozchyla nogi i tyle. Ona zawsze dochodzi, więc to nie kwestia braku satysfakcji. Tym oto sposobem doszedłem do momentu, że zaczyna ciągnąć mnie do masturbacji, bo nie wiem, jak inaczej to zrobić. Przed ciążą żona bardzo lubiła seks i żałuję, że większość fantazji przyszła mi do głowy wtedy, kiedy seksu zaczęło brakować.
Jak sobie z tym poradzić? Rozmowy działają krótkoterminowo, a ja też nie chcę naciskać.
Dodaj anonimowe wyznanie