#YuJmb

Mama przypomniała mi historię, która miała miejsce kilkanaście lat temu. Sześcioletnia wówczas ja napisałam jak co roku list do Świętego Mikołaja. Wszystko pięknie, ozdobioną kopertę przekazałam mamie, która obiecała ją wysłać. 
Kilka tygodni później, gdy nadeszła pora rozpakowywania paczek, odkryłam ze smutkiem, że tym razem nie dostałam tego, o co prosiłam. Oczywiście prezenty były wspaniałe, ale i tak było mi przykro, że moje życzenie nie zostało spełnione. I w sumie wcale się temu nie dziwię, Po tym moim liście moja mama prawdopodobnie została utwierdzona w przekonaniu, że z jej córką nie wszystko jest do końca w porządku, bowiem gdy inne dziewczynki prosiły o lalki, kucyki i inne różowe pierdoły, ja zażyczyłam sobie „zestaw do wydobywania węgla”...

#otLDy

Byłem spokojnym, zadowolonym człowiekiem, dopóki wszystko nie runęło w jednej chwili. Próbowałem uniknąć tego zdarzenia, oślepiły mnie odblaski światła, ale nie dało się zrobić więcej. Trafiłem na osobę bez prawa jazdy, pijaną i naćpaną, która po wszystkim uciekła. I wtedy, mimo tego chaosu, zachowałem zimną krew — zadzwoniłem po służby, czekałem na pomoc tyle, ile mogłem, robiłem to, czego przez lata uczyły mnie szkolenia z pierwszej pomocy, straży i ratownictwa. Ironia losu… przez lata wyciągałem innych z opresji, ratowałem ich życie i dobytek, a kiedy ja potrzebowałem wsparcia, zostałem zostawiony sam. Potem był szpital, długie leczenie i sprawy sądowe, które ciągną się jak zła bajka. Minął ponad rok, a ból wciąż wraca bez zapowiedzi, przypominając, że choć fizycznie żyję, coś we mnie się wtedy złamało.
Z czasem zobaczyłem też, jak moja duża grupa znajomych skurczyła się do kilku osób — dosłownie policzyłbym ich na palcach jednej ręki. Wielu nawet nie wiedziało, co się stało; powiedziałem im dopiero później. Niby próbuję spotykać się z ludźmi, ale często mam poczucie straconego czasu, jakby te rozmowy mnie mijały, a ja był tylko cieniem samego siebie.
Coraz mniej rzeczy potrafi mnie cieszyć, a w towarzystwie częściej milczę, jakbym był jedynie obserwatorem własnego życia. Żyję — ale wciąż czuję, że nie wróciłem do tego, kim byłem przed tamtą jedną, przeklętą chwilą.

#tKw6Y

Jestem dorosłą 29-letnią kobietą i zaczynam mieć za złe, że rodzice przez całe życie mnie rozpieszczali. Można powiedzieć, że z jednej strony to dobrze, że powinnam im być wdzięczna. Zawsze dużo rzeczy za mnie załatwiali, ratowali finansowo, kiedy trzeba było. Zawsze wiedziałam, że „mamusia i tatuś” mi pomogą, kiedy będzie trzeba. Zawsze miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, wstydziłam się przyznawać ludziom, że nie potrafię być samodzielna, jednak tak do tego przywykłam, że nie potrafiłam przestać pozwalać moim rodzicom non stop mi pomagać. Mój mózg już tak się do tego przyzwyczaił, że nie wiedziałam, jak mam żyć inaczej. Wielu „dorosłych” rzeczy i czynności nie rozumiem, bo nie musiałam mieć z nimi do czynienia. Wiem, że mogłam się po prostu odciąć od rodziców i usamodzielnić, ale było to trudne. Czasem aż zazdroszczę ludziom z tak zwanych „gorszych domów”, którzy po 18 spieprzają od rodziny i się usamodzielniają, bo albo nie mają wyjścia, albo chcą uciec od patologii. Znałam wiele takich osób, które tylko czekały, żeby się wyprowadzić i żyć bez kontaktu z rodzicami i każda z nich świetnie sobie radzi i jest ogarnięta życiowo, finansowo i społecznie. Ja nawet po wyprowadzce wiele lat temu zawsze wracałam do domu jak do azylu, nie chciałam go opuszczać, bo było mi tam tak dobrze. Zero kłopotów, sielanka i chill. Przez tyle lat żyłam w strefie komfortu, że teraz jest bardzo ciężko. Utraciłam wszystkich znajomych, bo po prostu wstyd mi za to, jakim nieudacznikiem się stałam, poza tym kto chciałaby zadawać się z taką osobą jak ja? Niedawno podczas rodzinnej popijawy powiedziałam mamie, że żałuję, że byłam tak nieodpowiedzialna, że zawsze mogłam na nią i tatę liczyć do tego stopnia, że teraz nie potrafię odnaleźć się w dorosłym życiu. Nie wiem, czy ją tym zraniłam, ale chciałabym mimo tak późnego wieku żyć w końcu na swoich zasadach bez pomocy we wszystkich aspektach mojego życia. To nie tak, że mam za złe, bo wiem, że chcieli dla mnie jak najlepiej, ale najchętniej wyjechałabym gdzieś bardzo daleko, żeby się trochę uwolnić od rodzinnego domu i zacząć żyć jak samodzielna dorosła osoba.

#w21HO

Poranek w autobusie, czytam sobie grzecznie, jadąc do roboty. Ja siedzę, przede mną stoją dwaj młodzieńcy, lat 13, góra 15. Dyskutują zawzięcie. Z otchłani literatury wyrywa mnie tekst: „...i jak weźmie do buzi, no to wiesz, nie pozwalaj wypuścić, inaczej to kicha...”. Myślałam, że się przesłyszałam. Zarzucam skupienie na książce, traktując ją jako zasłonę dymną, a na serio słucham młodzianów — jaka, u licha, „kicha w buzi”? Głos jakby znajomy...
– No i wtedy wiesz, kocha cię i ten, to jest taki dowód, nie? Ostateczny.
– Ale ja nie chcę tak!
– No to spytaj się, jak peniasz!
Na co jeden z młodzieńców wyciąga telefon, wybiera numer i wypala:
– Cześć Anka! Połykasz?

Konsternacja z mojej strony aż namacalna. Wzrok wbity wprost w chłopięta. Szczęka w dole. Dzwoniącym był bratanek mojego męża. Szybka ewakuacja młodzieńców na najbliższym możliwym przystanku.
Wyczuwam niezręczność w jego zbliżające się rodzinnie świętowane urodziny...

#gJ1yN

Mam swój własny sposób na ludzi, którzy mnie denerwują; otóż naśladuję ich. Gdy jadę autobusem i ktoś siedzi obok mnie i sobie nuci, sama zaczynam nucić, tylko dwa razy głośniej. Gdy ktoś idzie przez miasto i słucha muzyki bez słuchawek, puszczam z mojego telefonu jakiś ciężki metal i zrównuję z nim krok. Gdy w pociągu dziecko krzyczy i płacze, ja też zaczynam się drzeć i je przedrzeźniam. Dodatkowo zawsze patrzę wprost na te osoby i ani na moment nie odwracam wzroku. Wszyscy wokół patrzą na mnie jak na nienormalną, ale mam to gdzieś, bo w większości przypadków to działa i ludzie się peszą.
Mam nadzieję, że wyciągają z tego jakiś morał i zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie są jedynymi ludźmi na świecie.

#goLo9

Kiedy miałem 3-4 lata, praktycznie codziennie oglądałem programy typu „Detektywi”, „Malanowski i partnerzy” itp. („Szkoły” jeszcze nie było). Występowali w nich często nastolatkowie, jakieś pobicia, handel narkotykami, różne takie historie. I zawsze było podawane, że są na przykład w pierwszej gimnazjum. Mały ja, jako że nie rozróżniałem tych wszystkich szkół typu gimnazjum, liceum i inne, wyobrażałem sobie, że jak pójdę do pierwszej klasy, to momentalnie urosnę i będę wyglądał dorośle tak jak ci wszyscy gimnazjaliści i licealiści z seriali. Nikomu o tym nie powiedziałem, no ale lekkie rozczarowanie było...

#ni7y1

Taka sytuacja: damsko-męska znajomość internetowo-telefoniczna od pół roku.... w planach przeniesienie znajomości do reala... Facet po 30. i zawale, z innego miasta... Wieczorem pisze mi, że straaasznie chory, ma 38,5 st. gorączki. Rano pisze, że jest tak źle, że później zadzwoni po pogotowie. Piszę do niego w tej samej minucie: „Co się dzieje?!” i nastaje cisza, zero odzewu... Dzwonię do niego i piszę, on nie odbiera. W mojej głowie pojawiają się czarne myśli, że stracił przytomność, a pewnie jest sam w domu. Mija ponad 1,5 godz. głuchej ciszy z jego strony. Myślę sobie, no kuźwa co robić... Nie znam jego nazwiska ani adresu. W końcu dzwonię na 112 i mówię, że podejrzewam, że coś się mu mogło stać, bo miał dzwonić po pogotowie, a teraz nie mogę się do niego dodzwonić. Podaję jedyne dane, jakie znam, czyli imię, wiek, miasto i numer jego telefonu z nadzieją, że po numerze dojdą u operatora adresu i sprawdzą, czy wszystko OK... Mija kolejna godzina mojego zamartwiania się. W końcu on pisze do mnie, że nie chce mnie znać, że jestem nienormalna, że problemów mu narobiłam, bo policja weszła do domu... 
Czy naprawdę ze mną tak źle, bo reaguję, kiedy mam wątpliwości, czy czyjeś życie lub zdrowie nie jest zagrożone? Jakbym psa w aucie w upał zobaczyła, też bym szybę zbiła. Czy naprawdę źle zrobiłam?? Nie darowałabym sobie, gdyby się okazało, że coś mu się stało, a ja nie zareagowałam, bo nie miałam pewności, czy wszystko z nim OK. A przez swoją zapobiegawczość straciłam super zapowiadającego się faceta, który zabronił mi się ze sobą kontaktować... Czy to ze mną jest coś nie tak?

#sCk3z

Jestem alkoholikiem. Wiem o tym ja, tylko ja. Nikt poza mną nie wie, wszyscy znajomi, rodzina, znajomi z pracy myślą, że jestem świetnym gościem, który dba o formę, prowadzi zdrowy tryb życia, regularnie ćwiczy.
Pracuję 8:00-16:00 i do pracy mam blisko. Minimum trzy razy w tygodniu, a zdarza się nawet codziennie, przychodzę do pracy na mega kacu. Wiecie, dlaczego w pracy nikt się nie zorientował o moim problemie? Nie zarabiam mało, więc do pracy kupiłem sobie specjalnie wypasiony rower, drogie gadżety dla rowerzysty, takie jak kask, specjalną odzież na rower, buty itp., w pracy mam szafkę i przebieram się w normalne rzeczy. W pracy myślą, że tak dbam o formę. Piję bardzo dużo wody, bo mnie suszy, a wszystkim wokół mówię, że dbam o to, aby być cały czas nawodnionym, że picie wody jest bardzo ważne. Jeśli chodzi o śniadania w pracy, to kupuję gotowe sałatki, ponieważ rano nie mam sił, aby cokolwiek sobie przygotować, a w pracy myślą, że jestem FIT.
Prawda jest jednak taka, że codziennie po pracy wypijam minimum sześciopaka, kupionego na sąsiednim osiedlu, do tego dochodzi wódka. Często usypiam w ubraniu i budzi mnie budzik rano do pracy. Najgorzej jest w poniedziałek, po całym weekendzie picia, jestem typem domatora i nigdzie nie wychodzę na imprezy.
Mieszkam i pracuję w mieście oddalonym od całej mojej rodziny o ponad 200 km i prowadzę taki tryb życia ponad rok.

#FZDUe

Nie wierzę, że ludzie zmieniają się ot tak.

W gimnazjum miałam koleżankę. Typowe emo, początkowo wyalienowana. Zakumplowałyśmy się trochę z racji bycia wyrzutkami klasowymi. Po jakimś czasie jednak zgrałyśmy się z resztą grupy i wtedy odwróciła się ode mnie. Ba, zapoczątkowała gnębienie mnie przez grupkę laluń. Zaczęło się od zwykłych docinek związanych z wyglądem i ocenami, skończywszy na szkalowaniu w Internecie i wyzywaniem na tzw. solo. Całe szczęście miałam swoje koleżanki i zbytnio nie przejmowałam się docinkami.

Trafiłyśmy do tego samego LO, ale różnych klas. Z obserwacji wiedziałam, że dalej jest opryskliwą i wyrachowaną dziewuchą, żerującą na czyimś nieszczęściu.

Ale dlaczego nie wierzę w przemiany we wspaniałych ludzi? Otóż dowiedziałam się jakiś czas temu, że wspomniana znajoma została psychologiem dziecięcym! Wybaczcie, ale jak mam wierzyć, że osoba, która przez co najmniej 6 lat znęcała się psychicznie nad słabszymi emocjonalnie znajomymi, ot tak wraz z maturą i dostaniem się na studia psychologiczne doznała przemiany?
Dodaj anonimowe wyznanie