#aNWdn

Jakiś czas temu pojechałem z moim znajomym - Jankiem - do Holandii do pracy. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym w pokoju trzyosobowym. Pojawił się problem, ponieważ ktoś ciągle mi podjadał najlepsze rzeczy, podbierał piwo itd. Mieszkało nas tam troje i pracowaliśmy na różne zmiany, więc nie mogłem mieć 100% pewności kto to był, ale miałem podejrzenia, ponieważ kolega Janek prawie nie robił zakupów, a pieniądze, które zarabiał, wydawał codziennie na amfetaminę i alkohol - to była absolutna podstawa wszystkiego.
Kiedy próbowałem się spytać, kto kradnie, nie było winnego i patrzyli się na mnie jakbym był nienormalny. Na Janka w Polsce czekała dziewczyna w ciąży, więc pomyślałem, że nie ma pieniędzy dlatego, że wszystko wysyła jej.

Pewnego dnia wracam z pracy i akurat rozmawiał z nią przez telefon. To nie była miła rozmowa - wyzywał ją od ku*ew, szmat, ile ona wydaje, co robi z pieniędzmi itd. Po skończonej rozmowie mówi do mnie "zobacz, co ta ku*wa robi" i pokazał mi zdjęcie rozpiski, które mu wysłała - na co wydała pieniądze. Rozumiecie to, kazał się jej rozliczać z każdego grosza. Co ciekawe, na rozpisce były tylko jakieś podstawowe rachunki i... zakupy ze sklepu na 40 zł! To o to ta awantura - według niego ona powinna nie jeść.
To już była przesada. Wracając ze sklepu, kupiłem sobie jogurt w kartonie litrowym. Kiedy moi współlokatorzy pojechali do pracy, wypiłem 1/3 i s*uściłem się do kartonu, a następnie postawiłem jogurt na mojej półce w lodówce :D

Po dwóch dniach okazało się, że jogurtu ubyło. Miałem nawet wyrzuty sumienia, ale pomyślałem sobie: co jest złego w s*uszczeniu się do swojego jogurtu? Że niby co, że się jogurt obrazi? Dalej nie wiedziałem, kto to zrobił - jogurt zostawiłem, może ktoś jeszcze będzie miał ochotę.

Janek lubił bardzo imprezy, prawie codziennie w pokoju była duża grupa ludzi - którzy pili i wciągali, a do tego puszczali na całą parę w głośniku hip-hop. Nie można im nawet było nic powiedzieć, bo leciał tekst "Co ty, jakiś przyje*any jesteś?".

Pewnego dnia wracam z nocki po 3 dniach bez spania, przy życiu trzymało mnie tylko wku*wienie. Wchodzę do pokoju, a tam Janek sam. Miałem mu od razu zrobić awanturę, ale on zaczął obracać wszystko w żart. I nagle mój kochany przyjaciel otwiera lodóweczkę i sięga za mój jogurcik :D
Patrzę jak wryty, a on z taką kutaśną minką niewinnego kotka ze Shreka odkręca i bierze łyka, po czym zaczyna się śmiać i znowu łyk, a ja stoję, patrzę i nagle wybuchłem śmiechem, nie mogłem przestać się śmiać. Janek wtedy zgłupiał, nie wiedział, o co chodzi.

On o niczym nie wie do dzisiaj, ale mi to wystarcza. Czasami Janek lubi prawić morały i udawać szlachetnego - czy to ten sam człowiek, który był tak zachłanny, że wypił moje nasienie? Kiedy go spotykam, za każdym razem mam przed oczami obrazek, jak pije mój jogurt :D

#ln1nU

Mam dość ciężką sytuację.
Narzeczony jest chory. Na szczęście poprawia się i będzie niedługo OK, ale choroba poczyniła takie spustoszenie, że nie będzie mógł pracować nie wiadomo jak ciężko fizycznie. Nie ma też większego wykształcenia. Ja natomiast jestem zdrowa, kończę studia. Mam bardzo dobre oceny, mogę liczyć na wyróżnienie.
Ja już wybrałam, podjęłam decyzję, że chcę z nim żyć. Bardzo go kocham. Wiem, że mam większe możliwości, wiem, że to na mnie spadnie ciężar utrzymania rodziny, wiem, że to ja muszę więcej zarabiać. W związku z tym bardzo ciężko pracuję. Naprawdę ciężko, biorę nadgodziny, w domu sporo się uczę. Bo chcę mieć kiedyś rodzinę, a on nas w razie czego nie utrzyma. Nie dyskwalifikuję go, ale muszę patrzeć racjonalnie.
To wszystko procentuje i będąc bardzo młodą osobą, już zarabiam dużo. Żaden z moich rówieśników nie radzi sobie tak dobrze jak ja. Mam sporo sukcesów, rozwijam się  i robię karierę. Niestety... Moja rodzina ciągle jeździ po moim narzeczonym. Nie dociera do nich, że role mogą się zamienić. Dla nich się liczy płeć. Nieważne, że on nie ma możliwości — na pewno będzie zarabiał więcej niż ja, bo jest FACETEM, więc ja powinnam jak najszybciej urodzić dziecko, rzucić karierę i siedzieć z nim w domu. Nie trafia do nich, że to praktycznie samobójstwo i świadome pójście w biedę i ubóstwo, bo on by nie dał rady. Liczy się, że jest facetem, a faceci ZAWSZE zarabiają dużo (gówno prawda!).
My obydwoje jesteśmy tego świadomi. On się z tym pogodził, jak wyzdrowieje, będzie pracował, żeby coś robić, cokolwiek (nie jest nierobem), ale ustaliliśmy, że po urodzeniu dziecka to on z nim zostanie w domu. Bo tak jest racjonalnie. Niestety moja rodzina nie może tego przełknąć i uważają go za nieroba i „cwaniaka”.

I wiecie co? Wszyscy krzyczą tak o równouprawnieniu. Czuję się okropnie, gdy moja własna rodzina nie docenia moich sukcesów. Ale czuję się jeszcze gorzej, gdy cisną po moim przyszłym mężu i uważają, że to obowiązek FACETA utrzymywać całą rodzinę. I żadne racjonalne argumenty do nich nie trafiają. Szlag mnie trafia. Mamy mieć RÓWNOUPRAWNIENIE i nie tyczy się to tylko kobiet, ale i MĘŻCZYZN. Związek to partnerstwo, a nie niewolnictwo i gdy kobieta zarabia więcej, ma większe sukcesy czy po prostu kariera lepiej jej wychodzi niż facetowi, nie oznacza to, że on jest ciapą.
Na mężczyznach ciąży straszna presja. Mam nadzieję, że takie postrzeganie się zmieni.

#Z1nwP

To, co opowiem, wydarzyło się wiele lat temu. Byłam wtedy małą dziewczynką, nie rozumiałam wielu rzeczy. Tego dnia byłam zła na moją mamę, nie chciała mi dać kluczy od domu, a była tylko dwa piętra niżej u naszej sąsiadki. Ja przecież (wtedy tak myślałam) byłam już dużą dziewczynką.
Usiadłam zapłakana na klatce, godziny były takie, że prawie każdy był w pracy...
Nagle przyszedł do mnie jakiś pan z bukietem róż w rękach, chciał mnie pocieszyć, zaczął dotykać pod bluzką, ukradł odpustowy pierścionek, ręce chciał wkładać między nogi... Wtedy, mimo młodego wieku, zapaliła mi się lampka, chciałam być „mądrzejsza” od tego pana... Ściemniałam mu, że zaraz wrócę, idę się tylko napić szklanki wody, bo mieszkam u góry, on jednak mi na to nie pozwolił, robił się coraz bardziej gwałtowny. Zaczęłam krzyczeć, usłyszała to moja mama... Szczęście, że była dwa piętra niżej u tej sąsiadki, podbiegła i zwyzywała tego faceta. Mnie od razu wzięła na policję, jeździłam radiowozem policyjnym w celu rozpoznania pana, który zrobił mi wtedy krzywdę. Nie udało się, ale jak mówią, zbrodniarz zawsze wraca na miejsce zbrodni. Tak było i w tym przypadku, tylko wtedy było tam inne dziecko, nasz sąsiad zareagował w porę, zawlókł gnoja na policję, była rozprawa sądowa. Skazali go na 5 lat pozbawienia wolności...

Po latach, siedząc z moją młodszą siostrą na karuzeli, zobaczyłam tę „czerwoną buzię” – wypuścili go, znów może robić to, co robił i mi, i wielu dzieciom przede mną...

Mnie na szczęście nie zdążył mocno skrzywdzić, ale to pozostanie we mnie na wieki.
Uważajcie na swoje dzieci.

#oX5Ne

Pracuję w kilkunastoosobowym zespole. Jakiś czas temu w naszej firmie pojawiło się wolne stanowisko na zastępcę kierownika, na które sam byłem chętny, zresztą nie tylko ja, kilka osób miało na nie chrapkę. I co się stało? A to, że dostał je chłopak, którego wszyscy mieli za półdebila i który był głównym obiektem żartów. A okazał się najinteligentniejszy z nas.
Dopiero po tym wszystko połączyło mi się w logiczną całość — w pracy zawsze brał najgorsze tematy, pracując z nim, miałem spokojną głowę, bo całą odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenia i tak poniósłby on, a nagrody i tak mieliśmy takie same. Myślałem, że pracuję z głupkiem, który nie potrafi odmówić i którym manipuluję. A to on sprytnie manipulował mną. Zrozumiałem teraz, że wykazywał tym samym przed kierownikiem, że ja boję się odpowiedzialności i nie radzę sobie ze stresem (a on nie boi się wyzwań i wszystko ogarnia). Co jest oczywiście bzdurą, ale wyszedłem na takiego przed kierownikiem. Dziewczynie, która na pewno dostałaby to stanowisko zamiast niego, pomógł się przenieść na inny dział, wszyscy się śmiali, że ona go wykiwała, bo sam miał szansę się tam dostać, ale tam już skończyłby karierę, a zarabiałby zaledwie 600 zł więcej. A on po prostu pozbył się konkurencji. Inną kobietę, która ma dość wybuchowy temperament i ma czasem problemy z panowaniem nad nerwami, a która ma plecy w firmie, po prostu wkurzył przed ważną rozmową z kierownikiem i ta w przypływie złości powiedziała za dużo i poszła na opiekę nad dzieckiem na kilka miesięcy. Kiedy wróciła, karty były już rozdane.

Daliśmy się podejść jak dzieci, ale jeszcze wszyscy myśleliśmy, że sobie nie poradzi w nowej roli. Niestety sobie radzi i mało tego, dobrze się tam odnajduje. Wszyscy mieliśmy go za kogoś gorszego, za takiego tumana, który nie potrafi walczyć o swoje. Wszystko wskazuje na to, że on chciał, żebyśmy tak myśleli, żebyśmy nie widzieli w nim konkurencji, a po cichu i tak robił swoje. Stał się teraz innym człowiekiem, teraz dopiero pokazuje swoje prawdziwe ja. Oszukał nas wszystkich. Jestem tym strasznie zirytowany, i to na tyle, że mam problemy ze snem. Nie mogę wejść z nim w otwarty konflikt, bo to oznacza dla mnie utratę pracy. Nie mogę też znieść jego twarzy w pracy. Boli mnie to, że za jakiś czas on będzie nie tylko zastępcą, ale też kierownikiem, bo nieoficjalnie wiemy, że obecny szykuje się do odejścia. Nie mogę przeboleć, że dałem się tak podejść i że to on będzie niedługo decydował o moim losie w firmie.

#Z8gWe

Mam 23 lata, mój tata jest po udarze już od lat, jego stopień niepełnosprawności od tego momentu jest naprawdę znaczny, mama odeszła lekko ponad pół roku temu z powodu nowotworu, a z moją siostrą w ogóle nie mogę się dogadać, jesteśmy jak ogień i woda, zupełnie dwa różne światy.
Odkąd mama zmarła, udało mi się zrobić w życiu progres. Przestałam praktycznie korzystać z używek, a miałam z nimi problem od 16 roku życia, znalazłam ambitną, rozwojową i dobrze płatną pracę, w której dobrze się spełniam, oraz wróciłam do treningów. Mam praktycznie wszystko, o czym marzyłam, a siedzę sama jak pies w pokoju i płaczę, bo co mi z mojego szczęścia, kiedy nie mam się nim z kim podzielić? Mam wszystko, czego chciałam, a nie mam z kim spędzić Wigilii. Praca i pieniądze są nic nie warte, kiedy nie ma z kim usiąść do stołu.

#DyrS8

Zostałem zaproszony na kawalerski do kumpla, 400 km od mojego miejsca zamieszkania, tak więc kilka godzin jazdy pociągiem.
Co ważne dla wyznania — wieczór kawalerski i wieczór panieński odbyły się równolegle w odległych od siebie miejscach, kawalerski w centrum kraju, panieński nad morzem. Oba dokładnie tydzień przed ślubem.

Nasza męska impreza odbyła się z dala od wszelakich pokus w formie niesławnych klubów go-go, barów, mordowni czy melin. My skampiliśmy się na daczy pod miastem. Miejscówka w stylu: 10 ha ziemi w środku lasu, pokaźny sad, dwa domki, strzelnica, do najbliższej miejscowości jakieś 3 km. Dziesięciu chłopa. Grill z górą mięsa. Z dwudziestoma litrami wódki. I morzem piwa. Każdy z komputerem.
Właściciel posesji (świadek) załatwił oczywiście też inne atrakcje. Były trzy sztuki broni palnej (kilka pudełek amunicji gratis). Ktoś przyniósł kuszę, znalazły się miecze treningowe.
Cały czas lawirowaliśmy między lanparty a strzelaniem czy walkami na miecze. Muza, filozoficzno-polityczne rozmowy, wycieczki po więcej piwa do pobliskiej wioski, wpadło kilku sąsiadów z innych działek, więc było wesoło. Całość trwała do rana i dalej, jak wszyscy posnęli i obudzili się pełni nowych sił i chęci leczenia kaca klinami. Nikomu nic się nie stało. Zawiązało się kilka niezłych przyjaźni (większości ludzi nie znałem wcześniej). Był jeden przypadek ciężkiego kacowego porzygu: „To na pewno ten kurczak mi zaszkodził”, ale poza tym spokojnie, bez ekscesów, osób rannych. Nawet zadrapania.

Tymczasem panie kilkaset kilometrów dalej przez cały wieczór krążyły między klubami. Jedna z pań zapomniała, że ma faceta i zaczęła atakować każdego samca, jakiego widziała. Jedna z pań złamała kostkę, druga skręciła nadgarstek. Pani zapominalska tak pokłóciła się z resztą imprezy, że dostała zakaz wstępu na ślub i wesele. Całość skończyła się koło trzeciej w nocy, gdy panie zmordowane i pokłócone zlądowały w swoich pokojach hotelowych.

A to, co działo się na weselu, zasługuje na oddzielną, naprawdę pozytywną, historię.

#f6Ghw

Jest taka historia z młodości, której nie opowiedziałem nikomu.

Mając 20 lat, a było to jeszcze przed czasami telefonów komórkowych i internetu, byłem ze znajomymi nad morzem. Plan był prosty — tydzień plażowania, potem zahaczyć się o jakąś pracę i spędzić resztę lata pracując i korzystając z uroków morskich.

Dzień przed końcem imprezowej części wyjazdu poszedłem bardzo ostro na imprezie. Pierwszy raz pomieszałem alkohol z czymś mocniejszym, co dostałem od poznanego w barze Słowaka. I obudziłem się w Bieszczadach. Tak. Naszych polskich Bieszczadach. Drugi koniec Polski. Miałem przy sobie to, co na sobie i portfel. Wszystko inne zostało nad morzem. Ocknąłem się nie do końca wiadomo gdzie, spałem na jakiejś rozwalającej się wersalce w czymś, co przypominało stodołę. Gdy wyszedłem na zewnątrz, nie było żywego ducha. Skacowany i zmęczony poszedłem do domu, który stał nieopodal. Wtedy wyszedł z niego facet, na oko 45 lat, i zapytał mnie, jak tam głowa. Miał dziwny akcent...

Od słowa do słowa wszystko się wyjaśniło, Słowak, z którym brałem coś w barze, zabrał mnie ze sobą i swoimi znajomymi busem do Słowacji, bo ponoć nalegałem, że będzie fajna przygoda. Nie miałem paszportu i kierowca wyrzucił mnie przy jakimś zabudowaniu, dał właścicielowi kilka złotych, a ten położył mnie w stodole na siano na wersalce.

Podsumowanie jest dość ciekawe. Udało mi się znaleźć w książce telefonicznej numer do pensjonatu, gdzie się zatrzymałem. Przekazałem znajomym, że mają na mnie nie czekać, bo poniósł mnie melanż, obsługa wysłała na mój koszt moją walizkę do mnie, a ja zostałem w Bieszczadach, pracując dorywczo w tartaku. To było najciekawsze lato mojego życia. Pod koniec lata wróciłem do domu, zarobiłem dużo, czułem się jak nowo narodzony. Kilka lat później na dobre wyprowadziłem się z miasta i może nie są to Bieszczady, ale okolice Karpacza i jest pięknie.

Minęło wiele lat, ale takiej akcji nigdy wcześniej ani później już nie odwaliłem. Więcej szczęścia i życzliwości ludzkiej niż rozumu.

#gQoVN

W przedszkolu mieliśmy „leżakowanie”, a ja musiałem się wysikać, ale nie chciałem, żeby panie się na mnie wkurzały, bo nie wolno nam było wstawać. Podszedłem więc cicho do łóżeczka śpiącego kolegi, nasikałem tam i wróciłem do swojego... Biedak obudził się w mokrym łóżku, zaczął płakać i dostał karę za zmoczenie łóżka. Do dziś nie wie, że to nie on.

#k4iiL

To było kilka lat temu. Pisałem z koleżanką, a ona zaczęła mi się wyżalać, że bardzo ją boli brzuch i nie wie, co z tym zrobić, bo nie daje sobie z tym rady. Dodała do tego też, że to przez to, że... przyjechała do niej ciocia z Ameryki. No to ja na to bardzo inteligentnie mówię, żeby zapytała się cioci, co zrobić w takim wypadku, bo może u nich mają jakieś sprawdzone metody na ból brzucha i coś doradzi. :D

Miałem wtedy 19 lat i tak, dopiero wtedy pierwszy raz spotkałem się z określeniem miesiączki jako „ciocia z Ameryki”.
No cóż, przynajmniej poprawiłem humor koleżance. :D
Dodaj anonimowe wyznanie