Mieszkam w bloku. Obok mojego mieszkania była pewna starsza pani. Nikt nigdy jej nie odwiedzał ani nic. Spotkałem ją na klatce, porozmawiałem z nią chwilę. Urocza, starsza pani, która ma rodzinę, ale daleko, jak to określiła. Niejednokrotnie pomogłem jej z zakupami czy jakimiś sprawami, których nie mogła załatwić – a to zawieźć do lekarza, a to coś w urzędzie, a to coś naprawić w mieszkaniu czy po prostu posprzątać. Nigdy nie chciałem od niej żadnych pieniędzy ani nic.
Raz wchodząc na piętro, usłyszałem od niej z mieszkania jakiś huk i dźwięk pękającego szkła. Pukam do drzwi. Cisza. Drugi raz, piąty itd. Drzwi otwarte. Sąsiadka leży na podłodze, nie rusza się. 112, pogotowie. Pojechała do szpitala. Zamknąłem jej mieszkanie i pojechałem ją odwiedzić. Była bardzo zadowolona, jak mnie zobaczyła, dziękowała itd. Po powrocie ze szpitala dalej jej pomagałem.
Sytuacja powtórzyła się, pojechałem ją odwiedzić. Wchodzę na salę z zakupami, a tam przy niej mnóstwo osób. Mówiła, że to rodzina – tu syn, tu córka, tu wnuki, tu szwagier itd. Zdziwiłem się, że tak szybko przybyli na miejsce, skoro mieszkają daleko... Daleko okazało się w tym samym mieście, ale OK. Starsza pani ciągle mnie chwaliła przy rodzinie, jak jej pomagam, że nie chcę pieniędzy ani nic, że taki dobry człowiek, że anioł. Nie powiem – zrobiło mi się bardzo miło. Ale najlepsze jest to, że jak cała rodzina tak na mnie patrzyła, jak na jakiegoś oszusta, starsza pani powiedziała: „Jakby pan mógł, niech pan mi zrobi zakupy do domu, posprząta mieszkanie, umyje okna, bo moja wnuczka tam chce się przeprowadzić”. Byłem w totalnym szoku, ale pytam: „Skoro wnuczka chce się tam wprowadzić, to może sama by to zrobiła?”, na co „urocza” starsza pani powiedziała: „Przecież ona nie może, nie ma czasu, ona studiuje i ma chłopaka, a ty nikczemniku tylko czekasz na moje mieszkanie! Przejrzałam cię na wylot!”. Cała rodzina zaczęła mieć do mnie pretensje, że co ja sobie wyobrażam, że jak tak można, że ich „babunię” chcę do grobu wpędzić i że mam „wypier...ć”. Wyszedłem.
No cóż – wnuczka się wprowadziła do jej mieszkania, zrobiła melinę. Non stop imprezy, alkohol i coś jeszcze.
Starsza pani nie żyje. Zmarła jakiś tydzień po ostatniej wizycie w szpitalu. I zgadnijcie kogo obwinia rodzina za jej śmierć? Mnie. Gdzie byli przez te lata, jak jej nie odwiedzali? Nie mieli czasu!
Noż kurw* mać ...
Mam 21 lat i do wczoraj nie powiedziałbym, że zostanę oszukana przez internet. Straciłam właśnie 1500 euro, czyli jedną miesięczną wypłatę z pracy za granicą. Czuję się okropnie. Studiuję, a każdy grosz jest dla mnie na wagę złota. I tak szczerze to nie wiem, co bardziej mnie boli – to, że dałam się tak dziecinnie podejść czy to, że straciłam taką sumę pieniędzy, której pewnie już nie odzyskam. Pluję sobie w brodę za swoją własną głupotę.
Piszę to do was, bo wstyd mi jest się przyznać znajomym i rodzinie, a potrzebuję się wygadać. A taki jest morał tej bajki:: jak macie jakiekolwiek podejrzenia co do maili, wysłanych linków na Messenger lub WhatsAppie, NIE OTWIERAJCIE ICH. Słuchajcie swojej intuicji, bo ja nie posłuchałam.
Miałem wtedy 18 lat (czyli 24 lata temu 🙈😂). Pewnego wieczoru zadzwonił ojciec z pytaniem, czy nie chcę jechać do pracy w Warszawie. Zgodziłem się i już następnego dnia siedziałem w pociągu do Warszawy. Z racji że nie było jeszcze takich możliwości telefonicznych jak dziś, miałem na dworcu głównym zadzwonić z budki telefonicznej na komórkę kolegi ojca. Więc na miejscu znalazłem budkę i dzwonię:
– Gdzie jesteś?
– Dworzec Główny.
– Co widzisz?
– Przy wyjściu Pałac Kultury.
– To tam czekaj.
Więc poszedłem pod Pałac i czekałem.
Po 4h zadzwoniłem z budki telefonicznej do mamy. Że już jestem i 4h czekam na ojca. A mama na to, że ojciec dzwonił 3,5h temu, że nie może mnie znaleźć. Więc poczekałem jeszcze godzinkę i poszedłem znów na Dworzec PKP. Spotkałem tam zmartwionego i złego ojca, który szukał mnie 5 godzin.
Miałem czekać przy wyjściu. Przy którym widziałem Pałac Kultury.
Szybciej dojechałem z Częstochowy do Warszawy pociągiem niż z Dworca Głównego do hotelu 10 km dalej :)
Niedawno zostałam kierowniczką sali restauracyjnej. Chciałam podzielić się z wami różnymi ciekawymi przypadkami.
1) MaDka (nie chcę obrazić normalnych mam) z synem 5-6 lat, chyba lekko upośledzonym. Dzieciak wiercił się i kręcił, śpiewał i mówił – a raczej krzyczał –piskliwym, wysokim głosem, zaczepiał ludzi przy stoliku obok. W końcu pani nie wytrzymała i zwróciła mamusi uwagę, a ta z wielką łaską go upomniała. Potem dzieciak zaczął biegać po sali i zagadywać kelnerki, zabiegał im drogę, wieszał się na rękach, w których nosiły tace. Podeszłam do niego i spokojnie poprosiłam, żeby usiadł i czekał na swój obiad, bo dziewczyny pracują i mogą coś upuścić, jak będzie tak biegał. Gdy to nie poskutkowało, poprosiłam szanowną mamusię o pomoc. Ta z wielkim fochem zabrała małego z tekstem: „Chodź, Marcelku, bo ci ludzie nie chcą się z nami przyjaźnić”. Noż...
2) Janusz z Grażyną, którzy zagłuszali wszystko i wszystkich dookoła, sapiący, siorbiący, ciamkający i mlaskający. Zostawili po sobie większy syf niż maluchy w przedszkolu. W dodatku byli oburzeni, że nie puścimy im disco polo. Zwłaszcza że prosili o najbardziej tandetne piosenki, m.in. „Majteczki w kropeczki”.
3) Pani zapamiętana u nas jako Hiacynta Bukiet. Swoimi własnymi chusteczkami wypolerowała sztućce, narzekała na kolor i materiał serwetek (powinny być białe i jedwabne, a nie bordowe i papierowe), podane danie ze trzy razy obejrzała ze wszystkich stron. Narzekała na sos koperkowy (smakował inaczej niż robiony przez nią samą). W ogóle to jako Emerytowana Nauczycielka Z Wieloletnim Stażem powinna otrzymać lepsze sztućce i naczynia niż pozostali goście.
4) Oburzona Karyna, która musiała ponieść koszty za stłuczenie przez jej Brajanka dwóch szklanek (smarkacz zrzucił je specjalnie, Karynę za bardzo zajmował smartfon, żeby go pilnować). Na do widzenia postraszyła nas swoim Sebusiem i jego ortalionowymi przyjaciółmi.
5) Kolejna maDka. Nawet panowała nad swoją trzylatką. Ale zaczęła ją karmić piersią. Na środku sali, wcale się nie krępując. Podeszłam i zasugerowałam, żeby zrobiła to dyskretniej (nie sądzę, by goście i kelnerki mieli ochotę oglądać jej piersi w całej okazałości). Nieraz mamy matki karmiące, ale większość robi to na tyle dyskretnie, że nikt nie zwraca na to większej uwagi. Rozdarła się na mnie, że ona będzie karmiła kiedy, gdzie i jak chce, bo przecież jest matką karmiącą. Kiedy pan przy stoliku obok powiedział, że takie duże dziecko jak jej córka nie musi być karmione na już, dostał jeszcze większy opiernicz niż ja.
Lato. Jestem z młodszą kuzynką na lodach.
Naprzeciwko cukierni parking. Siedzimy i nagle słyszę z samochodu:
– Sebek, zobacz. Taka młoda i już z dzieckiem!
– No, co się dzieje z tym światem... Ale ładna to ona jest.
– Ale płaska jak deska!
Chwila ciszy. Zaczynam się na nich patrzeć i w końcu ogarniają:
– K***a, Zenek, mamy otwarte okno!
Ich miny – bezcenne.
Dzisiaj słyszałam rozmowę dwóch małych dziewczynek.
A: Idę do toalety.
B: Ja chcę z tobą!
A: Jak będziemy sikać? Do jednego kibelka?
B: Ale są cztery kabiny.
A: OK. To może weźmiemy Tosię?
B: Nie będzie dla niej miejsca.
A: Mówiłaś, że są cztery kabiny.
B: Ale ja mam trzy osobowości.
Przy mojej ulicy na rozjechanym kawałku pola powstał nieoficjalny parking. Wszystko spoko, dopóki nie pada deszcz, bo wtedy parking zamienia się w błotnistą breję, a ostatnio taki stan utrzymuje się od kilku miesięcy. No i codziennie jakiś matoł z napędem na przód postanawia tam zaparkować. Widać na pierwszy rzut oka, że nie da się tam jeździć bez porządnego napędu 4x4, ale to nie zraża bezmózgów.
Całą sytuację wykorzystał mieszkający po sąsiedzku właściciel pola i traktora. Za jedyne 150 zł codziennie wyciąga kilku jełopów i modli się, aby padało jak najczęściej :D
Jak byłam mała i rodzice na mnie nawrzeszczeli, to zaczynałam płakać; wtedy darli się na mnie, że mam przestać, bo oni dopiero dadzą mi ku temu powód. Wówczas ja zaczynałam ryczeć jeszcze bardziej, napędzana strachem przed tym, co się stanie, jeśli nie przestanę, i frustracją z tego powodu, że nie umiem wykonać ich polecenia. Uciekałam potem do toalety i tam powoli się uspokajałam albo wstrzymywałam tak długo oddech, aż nie skończyłam płakać.
Dziś odkryłam, że jakby „skończyły mi się łzy” – nie jestem w stanie już płakać.
Od niemal roku wynajmuję mieszkanie z moim narzeczonym. Podkreślam: narzeczonym. Podczas tego wynajmu przekonałam się, że nie wyobrażam sobie posiadania i wychowywania dzieci z tym człowiekiem. Otóż mój narzeczony często gra w gry, przy których krzyczy czy przeklina. Ponadto wyzywa ludzi. Wyzywa ludzi innego pochodzenia, innej wiary, innego koloru skóry, innej orientacji. Nie mogę tego znieść. Nie wyobrażam sobie, by swoje poglądy przekazał dzieciom. Jego rodzina, jak i ja zwracaliśmy mu na to uwagę.
Nie mam pojęcia co robić. Myślę nad zerwaniem zaręczyn. Zastanawiam się, czy jest sens próbować zmienić dojrzałego i dorosłego mężczyznę, do którego nikt nie umie przemówić, czy lepiej wymigać się z tej relacji, póki jeszcze nie zaczęliśmy organizować ślubu.
Mam psa, owczarka niemieckiego. Sara to pies-anioł. Kocha wszystkich ludzi i inne zwierzęta. Jedyną osobą nielubiącą Sary, którą znam jest były chłopak mojej siostry Marty – Michał. Poza tym, że nie lubi zwierząt (co według mnie było już wystarczającym powodem do zakończenia tej znajomości, bo Marta ma dwa koty), Michał był po prostu chamem i idiotą. Już za dzieciaka (chodziłam z nim do jednej klasy) „zdobywał” serca dziewczyn. A że tak niewyobrażalnie trudno było powiedzieć „nie” którejś z nich, to nasz Michaś bywał w kilku związkach w tym samym czasie. Oczywiście nie trwały one długo, ale dziewczyny w tym wieku, zaślepione wielką miłością do niego, nie chciały uwierzyć w opowiadania tych, które już te „związki” przeszły. Przecież wszystko można wytłumaczyć zazdrością, prawda? W każdym razie Michał był świnią. Ale ludzie się zmieniają. Więc kiedy będąc już po studiach, dowiedziałam się od siostry, że ona i Michał są już od paru miesięcy w dość poważnym związku oraz że chce go przedstawić rodzicom – nawet się ucieszyłam, w końcu to jej szczęście. No i tak jakoś wyszło, że w piątek spotkaliśmy się we trójkę w pizzerii, a dopiero w niedzielę Marta miała przedstawić Michała rodzicom.
Kiedy go zobaczyłam, od razu go poznałam, nic się nie zmienił. Miał ten sam uśmiech. Miałam więc już tylko nadzieję, że „w środku” jest jednak odmieniony. Niestety, przekonałam się dość szybko, że tak nie jest.
Kiedy oni poszli zamówić dla nas pizzę, ja czekałam przy stoliku. Idiota zostawił włączony telefon, mało tego, miał akurat otwartą rozmowę na messengerze. I kiedy zobaczyłam nową wiadomość, to może odruchowo, a może po prostu z ciekawości spojrzałam w jego telefon. Ten cham będąc na spotkaniu, pisał z inną dziewczyną o tym, co zamierza z nią robić wieczorem! Wściekłam się i musiałam o tym szybko powiedzieć siostrze. Ale Marta mnie wyśmiała. Nie chciała sprawdzać telefonu Michała, bo to niepotrzebne, bo sobie ufają. Pokłóciłyśmy się, ale i tak chciałam przemówić jej do rozumu. I pomogła mi w tym właśnie Sarcia przy rodzinnym obiedzie. Przez cały czas siedziała przy Michale, przynosiła mu swoje zabawki i chciała się bawić. On nie zwracał na nią uwagi, bo nie dało się jej nawet odgonić.
W pewnym momencie Michał zaczął klepać się po udach. Sara od szczeniaka była uczona, że poklepanie czegoś to dla niej „zaproszenie”. Wystarczyło poklepać kanapę, żeby na nią wskoczyła. Kiedy była jeszcze małym pieskiem, wdrapywała mi się na kolana właśnie po takim znaku. I na szczęście nie zapomniała o tym! Kiedy Michał to zrobił, Sara z radością wskoczyła na Michała i przewróciła go tyłem na ziemię. Kiedy już leżał, spod podwiniętej koszuli było bardzo dobrze widać malinki, mnóstwo malinek! Widząc je, nasz tato żartobliwie zapytał Martę, kto jest ich autorem. A Marta nie wiedziała! I tak właśnie rodzinny obiad zamienił się w wielką burzę...
Mimo nerwów i krzyków uważam, że to było piękne. Kłamca zdemaskowany, siostra uratowana. A Sara dostała droższą karmę niż zwykle, a więc wszyscy szczęśliwi ;)
Dodaj anonimowe wyznanie