Mam 32 lata. Jestem w ciąży – 8 miesiąc, więc brzuch widać z kilometra. Ostatnio byłam na pobraniu krwi i czekam grzecznie w kolejce. Ludzi od metra, czas leci, a ja czuję, że jak nie zjem, to zwymiotuję (tak, to możliwe). Na szczęście nadchodzi moja kolej, więc przezornie podchodzę pod drzwi, aby nikt mi w kolejkę nie wlazł. Nagle się odzywa, nie, wrzeszczy ona, że mam ją przepuścić, bo ona idzie do pracy i się przeze mnie spóźni, a tak w ogóle to weszłam jej w kolejkę! Tłumaczę, że czekam już od ponad godziny i zaczynam się źle czuć, więc przykro mi, ale teraz ja wejdę. No to wysłuchałam, że jestem niewychowana i pyskata (byłam grzeczna) i mam ją wpuścić, bo ona ma pracę, a ja to brzuchem do góry leżę, to mogę poczekać. Niestety taki argument nie trafił do mnie. Wytłumaczyłam, że źle się czuję, czekam już długo, a poza tym jestem w ciąży, więc mogłabym wejść bez kolejki już dawno (bez potrzeby z przywilejów nie korzystam). Na to usłyszałam: „To trzeba się było NIE PUSZCZAĆ”. Zatkało mnie.
W tym momencie ludzie w kolejce mnie zaskoczyli. Ochrzan, jaki dostała ta kobieta od kilku staruszek wspomaganych przez resztę osób sprawił, że zmyła się z przychodni w trybie natychmiastowym z burakiem na twarzy. Aż miło było popatrzeć.
Potrafię polizać się w łokieć.
Kiedy byłam w gimnazjum, zorganizowano konkurs talentów, na który każdy mógł się zapisać. Chciałam iść zaprezentować się z moim „talentem”, tak o. Poszłam więc do pani pedagog, u której były zapisy, a ta nie pozwoliła mi wystąpić, bo „zdemoralizuję młodzież” i „jest to niesmaczne”.
I tak oto mój talent nie ujrzał światła dziennego :(
Kiedy studiowałem, miałem w zwyczaju przesiadywać na wydziale godzinami i robić zadania. Kiedy już nie dawałem sobie rady z ich trudnością, robiłem przerwę i szedłem grać w ping-ponga w pobliskim parku.
Co prawda z kierunku wyleciałem po niezdanej sesji, ale przynajmniej teraz umiem grać w tenisa stołowego na całkiem niezłym poziomie.
Kiedyś, jak byłam w czwartej klasie, z koleżanką kłóciłam się, czyja mama jest bardziej opiekuńcza. Opowiedziałam jej, jak moja mama opiekowała się mną po tym, jak popchnęła mnie o szafkę i rozbiła łuk brwiowy. Było to w zerówce. Ona na to, żebym mamy spytała, czy to prawda, bo takie coś nie jest normalne (dla mnie było). Oczywiście mama się tego wyparła.
Potem, jak już byłam dorosła i miałam swoje dziecko, to mama śmiała się, że razem ze zmarszczkami uwidoczniła mi się blizna po tamtym. I do tej pory ma pretensje, że swoją głową rozbiłam jej szkło na tej szafce. A popchnęła mnie, bo ja „wku.wiłam” i mogłam inaczej głową polecieć.
Dzięki, mamo.
Przez długi okres w swoim życiu myślałem, że czerwone przyciski „stop” w autobusach działają identycznie jak hamulec awaryjny w wagonie pociągu. Wystrzegałem się ich jak ognia, wierząc, że gdybym go nacisnął, przyszedłby autobusowy konduktor i kazał płacić sobie pieniążki za nadużycie.
Wkurza mnie niemiłosiernie, jak miesiąc w miesiąc muszę się prosić o to, by szef wreszcie przelał mi wynagrodzenie na konto. Jestem „jego prawą ręką” i traktuje mnie „jak córkę”, ale jak przyjdzie koniec miesiąca rżnie głupa i zawsze jestem ostatnia do wypłaty.
Siedzę teraz wkur...na i piszę to wyznanie, a ten stary pryk myśli, że ciężko pracuję – jaka płaca, taka praca!
PS A wypłaty ani słychu, ani widu...
Jakiś czas temu byłem w pracy w Niemczech, przyjechałem sam i jak typowy introwertyk przez miesiąc nie miałem się do kogo odezwać. Jednak po tym czasie poznałem w pracy jednego Słowaka, z którym serio dobrze mi się gadało (po angielsku w większości). Kilka dni znajomości i stało się – dostałem zaproszenie na grilla. Najpierw mówię, że się zastanowię, ale po kilku dniach okazało się, że w tym samym dniu mamy grilla u nas na mieszkaniu, gdzie mieszkało +-40 osób, których po miesiącu wciąż nie znałem. Pomyślałem, że lepiej jest iść na grilla do Słowaka niż siedzieć jak ta pizda w pokoju przez całą sobotę, bo na „swojego” grilla nie chciałem iść ani trochę. Gdy podjąłem decyzję, w mojej głowie pojawiały się widma grilla u obcych ludzi – wyobrażałem sobie, że będę duszą towarzystwa, wszyscy mnie polubią i nareszcie zwalczę swoją nieśmiałość.
Nic bardziej błędnego, zamiast siedzieć jak pizda u siebie w pokoju, przesiedziałem jak pizda na grillu i o 22 wyszedłem, nawet nie zauważyli. Ale to nie wszystko, idę sobie do domu i myślę „u mnie w domu pewnie trwa zabawa w najlepsze, a co jak mnie zaproszą, CO JA WTEDY ZROBIĘ?”. Ano zrobiłem to, że do 23 siedziałem na ławeczce w parku i grałem w 2048, a następne 1,5 godz. błądziłem po mieście, unikając większych skupisk ludzi i w domu byłem przed pierwszą w nocy, dzięki czemu ludzie z mieszkania myśleli, że się dobrze bawiłem, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Nie zapomniałem oczywiście napisać do mojego przyjaciela z Polski, na jakim to super przyjęciu nie byłem i ile to nie wypiłem.
Jakim rodzajem przegrywa jestem?
Generalnie jestem typem pechowca przez duże „Pe”. Sytuacji, w których los kopie mnie w dupę przeżyłem multum, więcej niż sąsiad Mirek ma koni pod maską swojego Golfa II. Myślę sobie tak: Skoro ja mam przekichane, to może Wy chociaż się z tego pośmiejcie?
1. Byłem dziwnym dzieckiem. Jako że w latach berbecia piaskownica przed domem była moim królestwem, nie odchodziłem od niej na krok. Robiłem w niej wszystko – od babek z piasku do zaspokajania prostych potrzeb fizjologicznych. Któregoś dnia znalazłem w niej mały kamyk – ot, zwyczajny, szarawy taki. Nie pasował mi pewnie do ogólnej artystycznej koncepcji kupy piachu i kilku desek, dlatego jak najszybciej włożyłem go do nosa. Zaciągnąłem kinolem, poprawiłem gacie i sru do domu. Problemy z tego tytułu mam do dzisiaj, bo kamień tkwił tam dwa tygodnie i wykrzywił mi przegrodę nosową. Wystarczy delikatny strzał po twarzy i już dostaję z niego choroby wściekłych krów (czyt. okresu).
2. Byłem dziwnym dzieckiem. Lat 5, godzina 21, zima. Na dworze ciemno. Tata w salonie przy zgaszonym świetle usypia moją małą 2-miesięczną siostrę. Chcę mu potowarzyszyć w tym jakże ciekawym procederze. Gówn... Nic nie widzę. Siadam na stole zamiast na fotelu. Stół jest ze szklaną szybą. Huk, wycie siostry, wycie moje, drze się ojciec. Wyjmowanie z pośladów miliona szklanych kawałków. Do dziś nie siadam na szklanych stołach. Siostra do dziś ma jakąś nadwrażliwość emocjonalną, łączę to z tamtym wypadkiem.
3. Jakoś w podstawówce był szał pał na granie w piłkę nożną. Haratało się w gałę przy każdej okazji, choć jakiś super sprawny manualnie nie byłem. Leci piłka, to ją kopię. I gdy tak w plenerze beztrosko oddawaliśmy się sportowym emocjom, dziwnym trafem połknąłem komara. Biedak zaplątał się w czeluściach mojego przełyku, a ja jeszcze biedniejszy krztusiłem się ze łzami w oczach. Poszedłem więc w kierunku domu (graliśmy w ogrodzie), aby napić się wody. Idąc, zauważyłem jakąś sklejkę drewnianą, coś przykrywała. Co z tego, że obok mam 20 m² trawnika, przejdę sobie po tym. Gruby jakoś mocno nie byłem, ale namoczona sklejka niestety łupnęła pod moim ciężarem. Wpadłem do miejsca, gdzie odprowadzana jest deszczówka, głębokie toto na dwa metry. Towarzyszyło mi kilka zdechłych żab oraz jakieś liście. Smród niemiłosierny, ubrania do utylizacji, psychika nie pozwala grać w piłkę na świeżym powietrzu.
Problem jest w tym, że mi, zwykłemu zjadaczowi chleba oraz innych big maków, taki pech towarzyszy w życiu codziennym. Mocniejszy wiatr – pokaźna gałąź spadnie mi na łeb. Jedyna mina na trawniku w parku – no ja nie wdepnę? Nowy kubek – przecież ktoś to musi w końcu rozbić! Itd., itd.
Podczas dłuższego porannego spaceru z psem, poczułam dość intensywne parcie na pęcherz. Ponieważ szłam wzdłuż rzeki, postanowiłam zejść ze ścieżki w stronę jej koryta, tak aby skryć się w dole między krzakami i zrobić szybko to, co do zrobienia miałam. Nie zeszłam zbyt głęboko, bo rzeka akurat wezbrała po roztopach, ale miałam szczęście: w miejscu, gdzie przykucnęłam, nie było zbyt wiele chaszczy, w zasadzie było całkiem uporządkowane: ubita ziemia, patyki i gałęzie poskładane w jednym miejscu... i dopiero wtedy mnie tknęło: tu mieszkają bobry! Co gorsza, małe oczka patrzące na mnie (z dezaprobatą) zza korzeni powalonego drzewa potwierdziły moje przypuszczenia. No to sikam, bo nie potrafię przerwać na zawołanie, nawet w stresie, i patrzę się na bobra, bóbr patrzy się na mojego bobra (nadal z dezaprobatą), sekundy ciągną się w nieskończoność...
Nie za dużo wiem o bobrach, ale cieszę się, że ten osobnik nie był zbyt terytorialny i po wszystkim mogłam spokojnie wycofać się, szybko naciągając legginsy na tyłek. Przepraszam, panie bobrze, za obsikanie panu domku :(
Od lat chodzę do wróżki. Nie jest to znana kobieta, nie ogłasza się nigdzie. Natknęłam się kiedyś na nią, kiedy jako studentka pracowałam w sklepie w galerii handlowej. Spojrzała na mnie i powiedziała, że mam to samo co babcia i mam iść na badania. Babcia zmarła na raka piersi i mi też wykryto guzki, które dało się usunąć i od tego czasu wszystko jest OK. Sam lekarz przyznał, że ktoś nade mną czuwał, bo nie dało się ich wyczuć pod ręką. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że gdy zobaczyłam ją następnym razem, podziękowałam jej i zaprosiłam na kawę. Co by nie było, nawet jeśli to był tylko szczęśliwy traf, to i tak prawdopodobnie uratował mi życie. W kawiarni sama zaczęła mi opowiadać rzeczy, o których nikt postronny nie miałby pojęcia. Że jestem podobna do taty, że na pewno mam rodzeństwo, ale niewyraźnie je widzi (dwójka dzieci rodziców zmarła krótko po urodzeniu) i powtarzała kilkukrotnie, że mam sprawdzić partnera.
Cóż, okazało się, że zdradza mnie od kilku tygodni, czego nie byłam świadoma.
Nasza relacja stała się bardzo koleżeńska, choć była starsza ode mnie o przeszło 40 lat. Chodziłam do niej na kawę, czasem zrobiłam zakupy, a czasami zawiozłam do lekarza, choć rzadko, bo starała się być maksymalnie samodzielna. To ja nalegałam, żeby jej się odwdzięczyć. Nigdy nie wzięła ode mnie pieniędzy za swoje wróżby ani nie chciała przyjąć nikogo na sesję. Mówiła, że to niebezpieczne i że ludzie nie powinni wiedzieć, co im się przytrafi. Ale mi mówiła: że urodzę syna w lutym, że ślub wezmę w maju, że przyszły mąż będzie miał na imię Adam i że poznam go, kiedy kasztany zaczną spadać, że dostanę awans w pracy, ale nie powinnam go przyjąć, bo dostanę lepsza ofertę, jeśli na początku odmówię, że moja druga ciąża będzie zagrożona i mam sobie poukładać wcześniej sprawy, bo będę leżeć. Opiekowała się mną i odganiała złe duchy ilekroć źle się czuwam. Mówiła o mojej babci, że nade mną czuwa, i opowiadała o szczegółach z mojego dzieciństwa, które tylko babcia mogła pamiętać, a które potwierdziłam u swojej mamy.
I nikt, ale to nikt o tym nie wie, nawet mąż. Myśli, że pomagam starszej pani z dobroci serca i choć to prawda, to nie ma pojęcia, że wiedziałam o nim dużo, zanim sam mi o tym powiedział.
Ja wiem, że pewnie sceptyczni powiedzą, że sama sobie dopasowałam te przepowiednie do sytuacji w życiu, ale nie będą mieli racji. Nie wyobrażam sobie, jak by wyglądało moje życie, gdyby wtedy w sklepie się do mnie nie odezwała. Zyskałam najlepsza przyjaciółkę, powierniczkę i anioła stróża.
Dodaj anonimowe wyznanie