Mam dwa króliczki. Oczywiście kicają sobie one wolno po całym mieszkaniu, klatka służy tylko jako kuweta i nawet nie ma w niej zamknięcia. Generalnie są naszymi uszatymi dziećmi, więc razem z chłopakiem rozpieszczamy je do granic możliwości. No i te dwa łobuzy nauczyły się, że jak coś szeleści to znaczy, że będą jakieś przysmaki. Czasem zdarza się też, że jak się niecierpliwią, bo np. za bardzo się grzebię z rozpakowywaniem smakołyków, to podgryzają mnie po rękach, nogach itp.
A teraz wyobraźcie sobie jak ostatnio, mając najdelikatniejsze części ciała na wierzchu, musieliśmy się od nich opędzać podczas rozpakowywania gumki...
Naprzeciwko mojego domu mieszka jedna dziewczyna, której wydaje się, że umie śpiewać. Chodzi na lekcje śpiewu, jeździ na konkursy, więc fajnie, niech sobie ćwiczy i nawet coś wygrywa. Kibicuje.
Jednak gdy tylko przychodzi letni czas i każdy ma pootwierane okna, sąsiadka zaczyna śpiewać przez mikrofon. Tak, rodzice kupili jej mikrofon, żeby mogła nagrywać swoje super odkrywcze covery i wrzucać na youtube. I od połowy maja (tzn. od kiedy większość studentów zaczyna uczyć się na sesję ) na całej ulicy roznosi się jej wdzięczny głos zranionego łosia.
Kiedyś nie wytrzymałam i przez otwarte okno wrzasnęłam: "zamknij, brzydkie słowo, ryj!!". Muzyka ustala na dosłownie 3 sekundy i zaczęło się od nowa. Nie mogę się uczyć we własnym pokoju, a do ogródka nawet nie wychodzę, bo się boję, że coś mnie strzeli.
Pozdrawiam, student zaczynający niedługo sesję.
Jakiś czas temu, wracając do domu pieszo, wyjęłam telefon, spojrzałam na niego i zaczęłam się śmiać. Mijający mnie facet powiedział coś w stylu: „Tak pięknie się pani cieszy i śmieje, od razu widać, że napisał ktoś, kogo pani kocha”.
Prawda jest taka, że śmiałam się ze zdjęcia śpiących razem psa z kotem, gdzie kot używa psich jajec jako poduszki.
W wieku gimnazjalnym zaczęłam palić papierosy, kryjąc się oczywiście przed rodzicami. Pewnego felernego dnia zaspałam do szkoły i w pośpiechu zapomniałam swojej paczuszki niebieskich L&Mów.
Nie mogło być inaczej - znalazła je mama (niepaląca). Kiedy wróciłam do domu, czekała w kuchni na wyjaśnienia. Naturalnie papierosy były mojej koleżanki, a ja je tylko przechowywałam.
Rodzicielka udała, że łyknęła tę bzdurną mistyfikację i kładąc paczkę w widocznym miejscu kuchni rzekła:
- W takim razie postawię to tutaj, nie będzie cię kusić jeśli nie palisz. A koleżanka też nie może się częstować, bo dzieci nie mogą palić. Niech się cieszy, że mamie nie zaniosłam.
I tak sobie nieszczęsna paczka stała w tej kuchni. Ale przyszedł dzień bez kasy, bez fajki ale za to z dużą potrzebą zapalenia papierosa... a tam! No pod ręką! Wiedziałam, jednakowoż że mama tylko na to czeka. Po dłuższej walce z myślami, a w zasadzie próbach powstrzymania się od nieuchronnej demaskacji swoich niecnych czynów, wpadłam na genialny pomysł.
Z wielką starannością i precyzją wzięłam się do dzieła. Plan był wyjątkowo prosty - atrapa.
Filtr zrobiłam z waty, pomarańczową końcówkę wzięłam z odzysku, całą resztę zrobiłam ze zwykłej białej kartki.
Udało się raz, więc na przestrzeni tygodni proces powtórzyłam do wykończenia zapasów.
Spory kawał czasu później wróciłam sobie zwyczajnie do domu, już od wejścia dobiegł mnie z kuchni dziki śmiech dwóch kobiet. Musiałam sprawdzić co jest grane.
Okazało się, że mama postanowiła wybawić z opresji zapominalską koleżankę i poczęstować ją moją papierosową atrapą. Okazało się, że nawet paląca koleżanka nie nabrała podejrzeń, póki wielki płomień podpalonej kartki papieru nie buchnął jej w twarz.
Obie były rozbawione i pełne podziwu dla mojego kunsztu. Byłam już duża, więc kary nie dostałam, a za to mama jeszcze kilka razy zrobiła (tym razem już specjalnie) psikusa palaczowi w progach naszego domu.
Swego czasu umawiałem się z pewną dziewczyną. Na początku wydawała się dziwna, pierwsze spotkania bez żadnego kontaktu fizycznego, ani podania ręki, ani „miśka”. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło to pierwsze podanie ręki, a kilkanaście spotkań później wyjaśniła, dlaczego tak się zachowuje, otóż została zgwałcona i ma uraz do dotyku. Starałem się to zrozumieć i nie nalegałem na nic. Myślałem, że z czasem będzie lepiej, zaufa mi i nie będzie myślała, że ją skrzywdzę. Nie doczekałem się.
Ona straciła pracę i nie miała na opłaty na mieszkanie, a że nie licząc fizyczności dobrze nam się układało, zaproponowałem, aby zamieszkała ze mną. Po cichu liczyłem, że to też coś zmieni w kwestii kontaktu, ale nadal czekałem. Spaliśmy na osobnych łóżkach, ale otwierała się już trochę, wieczorami potrafiła się już przytulić na chwilę, cieszyłem się, że idzie to już w jakąś pozytywną stronę. Wszystko było pięknie do czasu, aż się rozchorowała, zaczęła wymiotować pewnego ranka. Chciałem wziąć wolne i z nią zostać, ale kazała mi iść do pracy, bo nic jej nie będzie. Trwało to kilka dni, aż powiedziała mi, że jest w ciąży. Jak? Okazało się, że mnie miała za człowieczka, który ją utrzymywał, a z innymi się zabawiała, historyjka o gwałcie były wymyślona, bo jej się nie podobałem, ale że miałem dobre zarobki, to coś musiała wymyślić.
Od czasu jak wyrzuciłem ją z domu i życia mam problem z zaufaniem komukolwiek, skoro ktoś może wymyślić aż taką chorą sytuację, aby tylko kogoś oskubać.
W zerówce miałam taką koleżankę Anitę. Bardzo się lubiłyśmy, często się razem bawiłyśmy. Ulubiona była zabawa w rodzinę. Któregoś dnia jedna z nas (naprawdę nie pamiętam która) wpadła na pomysł, by tym razem zamiast dwóch mam jedna była tatą.
No i wiernie odgrywałyśmy swoje role. Raz ja byłam tatą, raz ona. Byłyśmy wierne do tego stopnia, że się całowałyśmy "jak na filmach" i robiłyśmy sobie nawzajem minety...
Gadałam z nią ostatnio i wiecie co? Pamięta o tym...
Życie mnie przeniosło na zachód Europy do pewnego małego, ale bardzo sympatycznego kraju znanego z frytek i czekolady. Język nie był problemem, ale dostałam pewną bardzo przyjemną korpo-robotę, gdzie dział potrzebował kogoś ze znajomością polskiego. I tak dołączyłam do niesamowicie sympatycznego wielonarodowego zespołu. Taka wręcz zrelaksowana atmosfera biurowa, gdzie każdy sobie ufa i każdy robi swoją robotę. Wspierający szef, niesamowicie zgrany zespół, nawet niektórzy menadżerowie z wyższego stopnia są z gatunku ludzi kroczących twardo po ziemi, którzy interesują się, czy wszystko OK z ludźmi na niższych szczeblach. Udało mi się awansować na seniorską pozycję, gdzie moim obowiązkiem było szkolenie nowych przybytków w firmie. No i OK. Sielanka trwała do czasu, kiedy firma zdecydowała, że dział rozrósł się na tyle, że potrzeba było kolejnego polskiego speakera. I tak do naszego zespołu trafiła ONA, nazwę ją w tej historii Anią.
Na początku było OK. A później zaczęły się dziać rzeczy. Ani się najwidoczniej ubzdurało, że zatrudnili ją na stanowisko CEO i takie obowiązki powinna pełnić. I zaczęło się... Przechwalanie się tym, że ona wie wszystko najlepiej; przekręcanie procedur, bo ona zadzwoniła do jakiegoś wysokiego szefa na górze i z nim ustaliła, co ma robić; otwarte ignorowanie poleceń i psucie raportów. Później zaczęły się donosy, szukanie haków na współpracowników, podkopywanie dołków, fałszywe oskarżenia o niedopełnienia obowiązków, wtrącanie się innym w robotę i ciągły gaslighting. Te ataki są skierowane głównie w moim kierunku, bo Ania ma wielki żal do szefostwa, że to ona powinna mieć rangę seniora, a nie ja. Na szczęście mam bardzo zorganizowany styl pracy, tak więc każde rzucone z czterech liter oskarżenie jestem w stanie precyzyjnie odbić... ale zaczynam mieć dosyć, bo ta zawistna baba zepsuła całą atmosferę w zespole, który budowaliśmy przez lata.
Ktoś by powiedział – dlaczego jej nie zwolnią ani nie przeniosą? Bo niestety szefostwo nieprzywykłe do takich chwytów poniżej pasa nie może sobie z nią poradzić. Przy każdej sugestii, że chcą ją przenieść do innego działu, Ania podnosi wrzask, że zaskarży firmę o mobbing i dyskryminację. I ewidentnie jest zadowolona z siebie, że jest cwana i „nie do ruszenia”. A gdy szefostwo rozmawia z resztą zespołu – bo się skarżymy, że nie da się z nią normalnie pracować – to słyszymy, że wiedzą o tym i chcą ją przenieść, ale nie mogą działać pochopnie... Tak, wiem, mogę zmienić pracę. Ale dlaczego ja mam uciekać przed jedną osobą, na dodatek niższą rangą?
Tak że tu przechodzę do sedna mojego wyznania. Jest mi wstyd z tego powodu... ale zaczęłam z całego serca życzyć jej, żeby w swoim zadufaniu w końcu powinęła jej się noga i żeby ją wywalili na zbity pysk dyscyplinarnie...
To uczucie, kiedy twój facet zrywa się w nocy oburzony i wyrzuca psa z pokoju, bo ten puścił tak głośnego bąka, że aż go obudził.
Nigdy nie przyznam się do tego, że to byłam ja...
INSTANT KARMA wczoraj w pociągu.
Wracam z Warszawy, wsiadam na Centralnej. Na Zachodniej wsiada BABA. Wchodzi do naszego przedziału i oznajmia tonem nieznoszącym sprzeciwu, że moje miejsce to jej miejsce i mam wstać. Jestem zdziwiona tym zbiegiem okoliczności i już trochę zdenerwowana jej tonem. Proszę więc, aby usiadła na wolnym miejscu w naszym przedziale i zaraz wyjaśnimy to z konduktorem. „NIGDZIE NIE BĘDĘ SIADAĆ, TO JEST MOJE MIEJSCE”. No więc stoi tak, patrząc na mnie, jej torby leżą na wolnym miejscu. Starszy pan siedzący obok mnie mówi: „No głupia jest, ale pani młodsza, więc nie kłóćcie się już, niech pani ustąpi”. Ustąpiłam. Rozsiadła się dumnie na zdobytym miejscu, ja wkurzona idę do przedziału konduktorów. Okazują się super ziomkami, sprawdzają mój bilet, wszystko gra: „Zaraz tam przyjdziemy”. No więc wracam i siedzę sobie na tym wolnym miejscu w naszym przedziale, trenując zabójczy wzrok. Za parę minut wchodzi konduktor, bileciki do kontroli. Wszyscy dali, wszystko spoko. Dochodzi do mojej przeciwniczki i rzuca miłe dla mych uszu słowa: „Wsiadła pani do złego pociągu”. Płacz, lament, „Co ja zrobię?”. Na co konduktor: „Przede wszystkim proszę wstać i oddać tej pani jej miejsce”.
Jestem pewna, że maszynista w tej samej minucie wstał i zaczął klaskać, gdzieś tam w oddali ;)
Ostatnio byłam z przyjaciółką na spacerze w parku. Śmiechy, chichy et cetera. I biegnie ON. Przystojny, w stroju do biegania, cud, miód i pistacje (albo nerkowce – kwestia gustu). No nieziemski. Ja, która najpierw mówi, potem myśli, dość głośno skomentowałam walory jego dolnej części pleców – tyłeczka. ON tylko uśmiechnął się i pobiegł dalej.
Jakie było moje zdziwienie, gdy wchodząc do zakrystii przed mszą, zobaczyłam JEGO. Nowego księdza na parafii. Na szczęście ksiądz luźny, więc rzucił tylko, czy jego tyłeczek wygląda fajnie w sutannie.
No. Koniec komentowania tyłków, bo się okaże, że jeszcze przyszłego papieża obrobię.
Dodaj anonimowe wyznanie