#Gw4WQ

Kiedy byłam w ciąży, mój facet upijał się do nieprzytomności. Kiedy moja siostra była w ciąży, jej facet chuchał na nią i dmuchał. Kiedy mój przepijał i przepalał wypłatę, facet siostry szukał dużego rodzinnego samochodu i szykował wyprawkę na pojawienie się dziecka. Kiedy urodziłam, zostałam sama, bo mój facet wybierał ryby i kolegów, facet siostry wstawał do dziecka, karmił, przebierał i pozwalał odpoczywać matce. Ona już po roku podjęła pracę i potrafiła się w niej utrzymać, bo jej facet pomógł jej przejść przez wszystko, ja podjęłam pierwszą pracę dopiero w 3. roku życia dziecka, bo już nie mogłam pozwolić sobie dłużej być bezrobotną, i jeszcze cały czas mnie zwalniali. Ona wyszła za niego za mąż i wybudował jej dom, ja natomiast podałam swojego o alimenty i zostałam sama z dzieckiem w starej, zagrzybiałej kamienicy. Ledwo wiążę koniec z końcem, a im pomimo kredytu dobrze się układa. 
Ironią tej historii jest, że to ja poznałam siostrę z jej obecnym mężem po tym, jak go nie chciałam, a paradoksem, że i tak bym go nie chciała, nawet jakbym wtedy miała tę całą wiedzę, jaką mam teraz. Są rzeczy, których nie potrafię przeskoczyć w mężczyźnie. Nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, sama siebie nie rozumiem. Jedno wiem. Wiem, jak niewłaściwy mężczyzna może zrujnować życie.

#g5pzC

Dom rodzinny jest w małej wsi, dawne poniemieckie tereny. Wspominam o tym, dlatego że to stało puste po wojnie, ludzie całymi rodzinami zajmowali dom przy domu.
W efekcie pół wioski to rodzina, z drugą połową mam wspólną rodzinę. Tak wyszło, że akurat w moim domu zawsze były problemy — alkoholizm ojca, bieda, przemoc. 
Reszta rodziny i wioski miała zawsze o czym plotkować, uważali się za tych lepszych. Głupio mi było z nimi rozmawiać, spotykając ich gdzieś, było widać, że traktują mnie i moje rodzeństwo z góry.
Lata mijały, w rodzinnym domu się uspokoiło, wszyscy wyszli na dobrych ludzi, każdy z nas ma nowy dom, rodziny. W tych idealnych domach i rodzinach, którym tak łatwo przychodziło nas oceniać, zaczęły wypadać takie trupy z szaf, których nic się nie spodziewał...
 
Może nie jest to dobre, ale mam jakąś satysfakcję, że w końcu to im się posypało, że to o nich plotkują, że to ich wszyscy obgadują.

#SUJyZ

Mam 24 lata, za 1,5 roku wychodzę za mąż. Jestem z moim narzeczonym od 2017 r., czyli już 8 lat. Mieszkamy razem już 3 lata. Wydawać by się mogło, że małżeństwo dla nas to czysta formalność. Problem w tym, że nie dla mnie, nie jestem pewna tej decyzji. Z jednej strony jest to chłopak, z którym spędziłam na tym etapie już naprawdę szmat czasu. Zaczęliśmy chodzić ze sobą w liceum, wydaje mi się, że przez ten czas sporo się zmieniliśmy, jakby zaczęliśmy patrzeć trochę w innych kierunkach. Owszem, jest wiele rzeczy, w których się zgadzamy, dogadujemy i które robimy wspólnie, np. kochamy podróżować, lubimy spontaniczność, ale jesteśmy na innych etapach swojego życia. Ja mam dobrą pracę, gdzie dobrze zarabiam i nawet jak zmienię miejsce zamieszkania, to wiem, że w mojej branży będę dostawać dobre pieniądze, wiem po prostu, co chcę w życiu robić. On też pracuje, ale nie zarabia tak dobrze jak ja, dalej żegluje gdzieś po życiu i nie wie, co tak naprawdę chce w życiu robić. Ma plan, gdy się przeprowadzimy otwierać firmę w dziedzinie, w której jest dobry i w której się rozwija, no ale z drugiej strony skąd mam wiedzieć, czy to kiedykolwiek nastąpi. Często ma wiele zamiarów, ale po prostu nigdy nie realizuje swoim pomysłów. Wkurza mnie to, że stoi w miejscu, a ja nie dość, że pracuję na pełen etat, to jeszcze studiuję dziennie. Czuję, że mnie hamuje, że nie pozwala mi na pełny rozwój osobisty. Naprawdę nie wiem, co mam robić, bo w gruncie rzeczy to dobry chłopak, dba o mnie, jest zaradny, jestem pewna, że nigdy by mnie nie zdradził i wiem, że kocha mnie bezgranicznie. Niestety ja nie jestem chyba po postu w stanie go już tak pokochać. Na początku związku to uczucie było naprawdę intensywnie, teraz nasze drogi się bardziej rozeszły. Zaczęło mnie wszystko w nim irytować, a kiedy wytykam mu jakieś błędy, np. że mógłby się wobec mnie zachowywać inaczej, to sam mówi, że ja po prostu nie doceniam jego drobnych gestów, takich jak: odwiezienie mnie samochodem do pracy czy zrobienie kawy i śniadania i że on się o mnie bardzo troszczy. Naprawdę już nie wiem, co mam robić. W trakcie naszego związku bywały takie sytuacje podbramkowe, gdzie było blisko do zerwania, ale tylko z mojej strony. Boję się też, że on sobie nie poradzi, załamie się psychiczne. Sam mówi do mnie, że jestem tak idealna, że on wie, że już nikogo innego w życiu sobie nie znajdzie, tak bliskiego jego ideałowi. On jest po prostu pewny, że jak nie ja, to nikt inny. Naprawdę szkoda mi, że ja nie mam takiej pewności... Nie wiem, co mam robić.

#wfzBc

Czasami mam wrażenie, że zawiodłam swoją mamę.
Moja mama to trochę taki przykład typowej kobiety — sukienki, spódniczki, maluje się.
Gdy się urodziłam, ona myślała, że będę córeczką mamusi. Jakże się zdziwiła, kiedy wdałam się w ojca...  W wieku 9 lat przestałam nosić sukienki. A w wieku 10 lat przestałam nosić spódniczki. Od ponad 2 lat jestem zakochana w heavy metalu. Nie chcę się malować. Uwielbiam historię, zwłaszcza tematy związane z II wojną światową. 
Często wydaje mi się, że dla mamy bardziej jestem gorszą kopią starszego brata niż córką. Nie wiem, co o tym myśleć. Chcę być sobą, ale z drugiej strony chcę, by patrzyła na mnie jak na mojego brata.

#2gHcg

Chciałabym opowiedzieć o czymś, co od pewnego czasu bardzo mnie męczy, a o czym trudno mi rozmawiać na co dzień. Może ktoś z Was był w podobnej sytuacji i znajdzie tu coś znajomego.

Jestem w związku z mężczyzną, który ma córkę z poprzedniego małżeństwa. Sama mam dorosłego syna, więc wydawało mi się, że etap wychowywania dzieci mam już za sobą. Tymczasem życie potrafi zaskoczyć.

Mój partner i jego była żona ustalili bardzo mocno nietypowy sposób sprawowania opieki, zamiast tradycyjnie, że dziecko mieszka z matką, a ojciec płaci alimenty plus zabiera na weekendy, tutaj to wygląda tak, że ich córka mieszka naprzemiennie – dwa tygodnie u matki i dwa tygodnie u nas. W teorii brzmi to nowocześnie i partnersko, ale w praktyce oznacza ciągłe przeprowadzki, zmianę rytmu dnia i brak prawdziwej stabilizacji.

Była partnera to osoba bardzo „nowoczesna” – ma dobre relacje z byłym mężem, jest aktywna, dużo podróżuje, interesuje się rozwojem osobistym. Z zewnątrz wygląda to dojrzale i „światowo”, ale mam wrażenie, że w tym układzie brakuje zwykłego, domowego spokoju, którego dziecko potrzebuje.

Kiedy dziewczynka jest u nas, cały dom podporządkowany jest jej obecności: plany, posiłki, rytm dnia. Gdy wyjeżdża, wszystko nagle się uspokaja. Co dwa tygodnie żyjemy jakby w dwóch różnych rzeczywistościach, a to bywa męczące emocjonalnie i organizacyjnie.

Nie mam do nikogo pretensji. Partner jest oddanym ojcem, a jego córka jest miła i staram się, żeby czuła się u nas dobrze – choć zachowuję dystans, bo nie jestem jej mamą. Mimo to czuję się czasem trochę „pomiędzy”: między jego światem a moim.

Dodatkowo była żona partnera ma już nowego partnera, więc córka funkcjonuje właściwie w trzech środowiskach. Mam wrażenie, że może się w tym gubić – w ciągłych zmianach zasad, domów i nastrojów.

I może zabrzmi to egoistycznie, ale tęsknię za spokojem i przewidywalnością. W głębi duszy wolałabym bardziej tradycyjne rozwiązanie – stałe miejsce zamieszkania dla dziecka i regularne kontakty z drugim rodzicem. Wydaje mi się to zdrowsze i dla niej, i dla nas jako pary. Bo jednak dla nastolatki przeprowadzka co dwa tygodnie to duże obciążenie. Dla mnie jako osoby dorosłej, gdybym tak co dwa tygodnie miała zmieniać miejsce zamieszkania, to chyba bym zwariowała, a co dopiero gdy to dotyczy dziecka.

Nie szukam współczucia, raczej perspektywy. Czy ktoś z Was miał podobnie? Jak ułożyć to tak, żeby nie żyć we frustracji, ale też nie zgubić siebie?

#IGI6m

Może przykra historia, może wydziwiam.
38 lat, od 12 lat w sformalizowanym związku, dwójka dzieci własnych plus jedno z poprzedniego małżeństwa żony. Samochód, dom z ogródkiem, pies. Dwa razy w roku wakacje za granicą, pieniędzy nie brakuje, można jeszcze odłożyć. Niby sielanka, a jednak…
Od pięciu lat jeżdżę na „tirach” – dwa tygodnie w trasie, potem dwa tygodnie w domu. Pracy się nie boję, jeżeli mogę, przez te dwa tygodnie, które jestem raz na jakiś czas, łapię fuchy (takie, które pozwolą mi na powrót do domu ok. 15, żebym zdążył posprzątać, zrobić zakupy etc.), ewentualnie wyjazd za granicę na 1-2 dni (wtedy mam ok. 1000 zł/dzień – pieniądze, które przeznaczam na budżet wakacyjny lub jak w ostatnim roku na ogrodzenie). Ogólnie nie piję, raz na kilka miesięcy na jakiejś imprezie ze znajomymi czy coś, ale ogólnie nawet piwa nie tykam. Samochód sam naprawiam, bo to lubię i się trochę znam – daje to spore oszczędności. Staram się robić wszystko dla domu i rodziny, ale…
I tu clou sprawy.
Moje żonie nie podoba się, że ostatnio spędziłem dwa dni na warsztacie, naprawiając nasz samochód – a zrobiłem to, żeby miała czym dojeżdżać do pracy i odwozić dzieci do szkoły pod moją nieobecność. 
Zakupy, pakowanie się do wyjazdu, ewentualnie zrobienie jedzenia – to wszystko jest po mojej stronie. Jeżeli nie przygotuję sobie czegoś na ciepło na trasę, będę dwa tygodnie na tym, co sobie kupię. Nieustannie słyszę pretensje, że nie traktuję jej tak, jak ona by tego chciała, że coś robię źle albo że nie robię czegoś, czego ona by oczekiwała. W domu podczas mojej obecności sprzątam, gotuję, zawożę i odbieram dzieci ze szkoły. Staram się, jak mogę, ale widzę, że to wciąż za mało. Wracając do domu, zastanawiam się, co znów zrobiłem nie tak, o co tym razem będzie zła. Jestem karany milczeniem i to wszystkiemu zawsze ja jestem winny, i to ja muszę przepraszać, choć w moich oczach nie zrobiłem nic złego.
Czy to ja mam tylko jakieś chore wyobrażenie, że to wszystko powinno wyglądać inaczej?

#hvtja

Każdy kojarzy euro 2012 - wspaniała chwila dla Polski tyle obcokrajowców. Byłam wolontariuszką. Chciałam pomóc, jednak drugiego dnia wracałam z strefy kibica Jakiś Irlandczyk stwierdził, że mi pomoże i zgwałcił mnie. Poszłam na policję i po co tu przyszłaś tracisz czas i tak nic nie zrobimy.
...Następnego dnia poszłam na strefę i wszyscy się świetnie bawili, a ja w środku umierałam.

Euro minęło, a ja w ciąży. Nie utrzymałam ciąży, tak mną emocje nosiły, że poroniłam. Depresja. Do tej pory nie byłam już na żadnym wolontariacie, nie wychodzę na imprezy. W nocy staram się nie być sama. Wstydzę się swojego ciała. Nawet latem ni noszę krótkich ubrań. Minęło wiele lat. On miał 10 minut radości, a ja cierpienie do końca życia.

#metoo

#ni9Da

Nie ma chyba nic bardziej anonimowego od przyznania się do kradzieży. Jeśli się mylę, poprawcie mnie.

Do liceum chodziła ze mną dziewczyna, która do szkoły dojeżdżała pociągiem z miejscowości oddalonej kilka albo kilkanaście kilometrów. I to codziennie. Akurat był okres, że ludzie kupowali bilety miesięczne. Właściwa historia:
Od kilku dni wiadome było, że ktoś grzebie w kurtkach w szatni. Komuś zniknęły słuchawki, komuś jakieś grosze. A jednak ludzie dalej tam trzymali swoje rzeczy. Wiem, że złodziejaszków było dwoje, bo byłam jednym z nich. Wpadłabym, gdybym się nie "nachapała" dzień wcześniej. Więc ta dziewczyna w kieszeni kurtki miała legitymację szkolną w takiej plastikowej ramce. Miała w tej ramce też prawie 60 złotych. Wzięłam te pieniądze.

Po kilku godzinach lekcyjnych na przerwie widziałam ją zapłakaną. Nie miała jak wrócić do domu.

To był szczyt. Szybko wszczęto procedury i zaczęto szukać złodzieja. Dyrektorka zostawiła następnego dnia swoją kurtkę w szatni. W kieszeniach miała jakiś proszek, który świeci pod lampą UV. Sprawdzali tą lampą nasze dłonie. Wpadł chłopak którego ojciec jest policjantem. Dzięki temu, że na kilka dni zaspokoiłam się tym "bogactwem", akurat tego dnia nie grzebałam innym po kieszeniach.

Nikt nie wie. Wszyscy myślą, że kradł tylko on, bo po tym jak go wywalili, kradzieże na jakiś czas ustały. Ta dziewczyna pożyczyła od kogoś pieniądze na bilet powrotny. Jemu zmarnowałam życie. Po tym, co się wydarzyło, ludzie nadal (pomimo ostrzeżeń na kartkach) trzymali ciekawostki w kieszeniach. Najlepsza partia przyszła we wrześniu, gdy pierwszaki nic nie wiedziały. Jadnak to wszystko miastowe. Te 60 złotych to był jeden z większych łupów. Drugim był składany nóż. Tak, nóż w kieszeni kurtki w szkole. Znałam właścicielkę. Pytałam, co z tym zrobi. "Przecież nie zgłoszę, że ukradli mi nóż". To była pamiątka po kimś z rodziny.

Chowajcie wszystko co możecie, nie zostawiajcie nic wartościowego w łatwo dostępnym miejscu. Chyba że chcecie radości takich jak ja - złodziejów.

#kfLGp

Bojkotuję większość akcji charytatywnych. Kiedyś owszem, było mi szkoda, gdy widziałam ludzi zbierających na jedzenie i tym podobne. Teraz jest okres przedświąteczny, wiele ludzi otwiera swoje serca i portfele dla Szlachetnej Paczki i innych akcji. Idea jak najbardziej, szlachetna, pozytywna, na pewno wiele jest osób, którym taka pomoc przed świętami daje wiarę w ludzi i pozwala przeżyć magiczne święta. Sama wspomagałam tę akcję, ale do czasu.
 
Mam w rodzinie kanalię, która była żoną mojego wujka. Nigdy nie przepracowała dnia, „zajmowała się dziećmi”, podczas gdy wujek harował jak wół. Wujek zmarł nagle (przepracowanie, stres, brak czasu na zadbanie o siebie), a wszystkim nagle odbiło na punkcie biednej, samotnej wdowy.
Otóż biedna wdowa, która nigdy nie pracowała, od kilku lat żeruje na państwie, żyje z zasiłków, renty po mężu itd. Mimo że dwoje dzieci jest dorosłych i wszyscy są zdrowi, nikt nie pracuje. Ludzie z okolicy oraz rodzina pomagali jej przez kilka lat, a ona wydawała wszystko na pierdoły typu nowe meble, ubrania itd. Jako rodzina odcięliśmy się od tego pasożyta, ale zanim wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że zamiast wydawać nasze pieniądze, mogłaby sama iść do pracy, ktoś z sąsiadów zgłosił ją do Szlachetnej Paczki. Tym sposobem nieświadomi ludzie, zapewne ciężko pracujący, zasponsorowali takiemu leniowi m.in. nową lodówkę, zapas jedzenia, ubrania dla wszystkich oraz prezenty świąteczne.

Nie chcę nikogo zniechęcać do pomocy, ale od tamtej pory mnie odrzuca na myśl, że ja i wiele innych osób ciężko pracujemy, a są kanalie, które żerują na ludzkiej dobroci.
Dodaj anonimowe wyznanie