Gdy byłam mała (wiedziałam już skąd biorą się dzieci), bardzo lubiłam oglądać Narnię. Bardzo podobały mi się te wszystkie magiczne stworzenia, jak np. fauny czy centaury, i szybko zaczęłam żałować, że nie żyją one w naszym świecie. Aby zmienić ten fakt, postanowiłam sobie, że jak będę dorosła, to kupię sobie kozły i konie i będę się z nimi rozmnażać, żeby rodziły mi się małe fauny :D
Chciałam też namówić innych ludzi, żeby robili to co ja, by szybciej zaludnić ziemię tymi stworami.
Dobrze, że przynajmniej wtedy nikomu o tym nie powiedziałam, bo gdyby ktoś miał mi to teraz wypominać, to chyba umarłabym ze wstydu.
Jestem sobie biedną, ale kreatywną studentką. No i raz jadąc do najtańszego znanego mi marketu zrobiłam zakupy na tydzień za mniej niż 40 zł, oczywiście biorąc dużo tanich warzyw i worek makaronu za parę zł (+ kilka innych rzeczy).
Ja wrednie, zamiast jeść jak biedny człowiek ziemniaki z kefirem, staram się być kreatywna i dzięki dużej ilości warzyw zrobiłam sałatkę makaronową, którą pakowałam do pojemnika i jadłam na zajęciach. Wszyscy chwalili, jaka nagle zaczęłam być fit, ale ja nie o tym.
Wcinam sobie moją sałatkę akurat na dworze, bo jakoś zimno nie było, wieczór się zbliża i jestem słabo oświetlona, ale znalazła się ONA. Jakieś dziewczę siedzi gdzieś w pobliżu, ale po chwili przychodzi i pyta, jak ja mogę zabijać bezbronne zwierzęta. Patrzę na nią jak cielę na malowane wrota, jedząc moją sałatkę, a ona rozpoczyna swój monolog obrończyni zwierząt. Jak ja to mogę być tak okrutna i jeść mięso?
Musiałam mieć minę jakiejś idiotki, bo od tygodnia nie mam kasy na mięso. W końcu pytam, o jakie mięso jej chodzi. Pokazuje palcem na mój widelec, a ja zaczynam się śmiać. Rzeczywiście, moje grzanki z tostowego chleba w tym świetle przypominały grillowanego kurczaka. Kiedy jej to powiedziałam, to zapowietrzyła się, spaliła buraka i poszła.
Dobrze, że się do jajka w sałatce nie przyczepiła ;)
Nie tak dawno temu koleżanka z pracy opowiadała mi o tym, że podejrzewa męża o zdradę. Nie jesteśmy zbyt blisko, więc zdziwiła mnie jej otwartość, ale okey, może potrzebowała się wygadać, a ja się akurat trafiłam.
Kilka dni po jej wyznaniu mąż wpadł po nią po pracy. Wyobraźcie sobie moją i jego minę, kiedy okazało się, że mężem koleżanki jest Marcin, z którym spotykałam się od ponad pól roku.
Z facetem kontakt zerwałam, ale weź tu człowieku bądź w szczęśliwym związku...
Kiedy miałem jakieś sześć lat, mieliśmy w domu generalny remont – do wymiany były elewacje, dach, podłogi itd. Wiązało się to z dość częstymi wyjazdami do sklepów budowlanych. Jako że oferty trzeba było porównać, co zajmowało trochę czasu, a mnie nie było z kim zostawić, jeździłem wraz z rodzicami. Na miejscu najczęściej nudziłem się niemiłosiernie i marudziłem, że chcę wracać do domu.
Pewnego dnia, w sklepie średniej wielkości, nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem oglądać produkty i zauważyłem, że wszystkie ceny są wypisane na takich samych metkach, pochodzących z takiej ręcznej metkownicy. Takie małe, białe prostokąciki. Oprócz cen nic na nich nie widniało. Wtedy wpadłem na szatański pomysł – nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale postanowiłem zrobić sprzedawcom i kupującym żart, polegający po prostu na zamianie metek. Jako że bardzo łatwo się odklejały, czym prędzej przystąpiłem do działania. Byłem do tego tak sprytny, że nie zamieniałem ich na oślep, tylko brałem dość podobne, ale jednak różne ceny i często zamieniałem metki całymi partiami. Oczywiście robiłem to po kryjomu, na szczęście sprzedawcy nie byli mną szczególnie zainteresowani.
Byliśmy w tym sklepie jeszcze dwa razy, ja kontynuowałem działalność, ale nigdy nie zostałem złapany. Zyskałem sobie za to przychylniejsze spojrzenie rodziców, którzy wcześniej mieli dość mojego nieustannego marudzenia, a wtedy, widząc, jak oglądam różne farby i wiertarki, pochwalili mnie za znalezienie sobie zajęcia. Cóż, gdyby tylko wiedzieli, jakie to zajęcie...
Do mojego gimnazjum chodził, a w zasadzie jeździł jeden chłopak. Chorował na raka, jeździł na wózku i każdy musiał się z nim obchodzić jak z jajkiem. Był bardzo z tego powodu zadowolony i traktował innych z grubsza poniżająco. Jeszcze pchanie i wnoszenie jego wózka można zrozumieć, szkoda tylko, że potrafił czasem śmigać na nogach po całej szkole, jak nikt nie widział. Jednak najgorsze były jego zachowania, na które uczniowie nie mieli wpływu, bo on przecież chory! Robił zdjęcia dziewczynom z klasy na lekcjach. Wykorzystywał swoją pozycję, żeby dostawać lepsze oceny itd. Po dłuższym czasie wszyscy go obgadywali za plecami, oczywiście wszystko poszło do dyrektora i tacy uczniowie mieli problemy. Najgorsze jednak nastąpiło jednego dnia. Został zorganizowany piknik na zbieranie funduszy dla tego chłopaka. Sama inicjatywa fajna, tylko szkoda, że nieadekwatna do jego statusu materialnego. Obnosił się z tym, że ma pieniądze. Najnowszy iPhone w tamtym czasie to jednak parę tysięcy. Drogie ubrania, na które nikt nie mógł sobie pozwolić. Całość sprawiła, że każdy go znienawidził. Staranie się pokazać, że jest się lepszym od innych, a późnej żebranie o kasę jest lekko niepoważne.
Wyszedłem na spacer z psem mojej dziewczyny. W parku uciekł mi ze smyczy, wynalazł jakiś kawał przygniłego mięsa i zaczął się tym bawić. Ja lecę do niego, ten ucieka, no ale muszę mu to zabrać, więc gonię. W końcu go dogoniłem i tutaj dopiero zaczęła się walka. Pies chyba myślał, że się bawimy w „oddaj to – nie, to moje” i szarpał się ze mną przez kolejne 15 minut.
Koniec końców skończyło się tym, że pies złapał jakąś chorobę, a ja musiałem wyrzucić wszystkie ciuchy, w których byłem, włącznie z butami, bo tak śmierdziały gnijącym mięsem. Smród ze mnie i z psa schodził jeszcze przez tydzień.
Gdy miałam 9 lat, dostałam pierwszego okresu. Byłam przerażona, nie wiedziałam co się dzieje. W akcie desperacji pobiegłam do mojego przyjaciela, który był moim sąsiadem. Wyjaśniłam mu, że sikam krwią. On również się przestraszył i zaczął snuć teorię, że musiałam zjeść jabłko z robakami w środku, które pogryzły mi pęcherz. Zadzwonił więc na pogotowie.
Ostatecznie moja mama musiała nam obojgu wytłumaczyć, co się działo w tamtym momencie z moim ciałem.
Od początku związku wiedziałem, że moja żona wcześniej kogoś miała.
Wiedziałem tylko, że rozstali się, bo tamten facet ją prześladował, nękał i krzywdził. Niestety nie miałem pojęcia, kim jest ten człowiek, bo żona nie chciała o tym mówić.
Cztery miesiące temu dowiedziałem się, dlaczego milczała. Bo było na odwrót... To ona krzywdziła swojego byłego.
Znajomi myślą, że nie piję, bo nie lubię alkoholu. Jaka jest prawda?
Rok 2014, cudowny okres studiów. Ogromna impreza i mnóstwo alkoholu. Ten jeden raz postanowiłam pić bez zahamowań. Wiem, że to głupie, ale liczyłam na to, że spora ilość alkoholu pozwoli mi zapomnieć o problemach, jakich w tamtym czasie mi nie brakowało. Więc piłam wszystko co mi podstawiono pod nos. Gdy już byłam bardzo pijana, przyjaciółka postanowiła mnie odprowadzić do domu. Ja w biegu zgarnęłam jakieś tanie wino i wyszłyśmy (tzn. ona wyszła i mnie niemal niosła). Gdy dotarłyśmy do mojego domu, ja już kończyłam owo wino, a ona poszła do łazienki, chcąc przyszykować mi kąpiel. Ja w tym czasie wpadłam na „genialny” pomysł. Stanęłam okrakiem nad krzesłem, a na nim położyłam lusterko. Zdjęłam spodnie oraz bieliznę, więc w lusterku miałam widok na wiadome miejsce. Zaczęłam smyrać lusterko w miejscu mojego „wejścia”. Robiłam to przez kilka minut i nie wiem jakim cudem, ale podnieciłam się do granic możliwości... A teraz wyobraźcie sobie minę mojej przyjaciółki, gdy weszła do pokoju i zastała taki widok.
Mam nadzieję, że ona tego nie pamięta.
Żart, chciałabym, żeby nie pamiętała. Wypomina mi to do dziś.
Jestem po operacji nogi – chodzę na rehabilitację. Po pierwszych tygodniach wożenia autem przez rodzinę mogłam już sama dojeżdżać i wracać (autobus + SKM). Naprzeciw centrum rehabilitacji jest jedyny przystanek na powrót do centrum. Autobus co 20 minut. Trzeba przejść przez światła i kilka dobrych metrów. Pech chciał, że jak szłam o kulach na przystanek, to zapaliło się czerwone dla mnie i w tym czasie autobus podjechał na przystanek. Zrobiło się zielone dla pieszych (więc czekam z nadzieją, że jakoś zdążę, bo zimno bardzo), ale autobus już odjechał z przystanku i stał na czerwonym... Myślę sobie – trudno, poczekam.
Kuśtykam sobie przez przejście i nagle słyszę klakson – patrzę w prawo, a kierowca autobusu macha do mnie. Na migi zapytał, czy chcę jechać tym autobusem – mój uśmiech wystarczył mu za odpowiedź, bo otworzył drzwi, a ja pokuśtykałam do ciepłego autobusu. Na chwilkę zatrzymał ruch, ale okazał się CZŁOWIEKIEM.
Oby więcej takich ludzi było :)
Dodaj anonimowe wyznanie