Kilka dni temu poznałam uroczego policjanta. Porozmawialiśmy trochę, a że rozmowa bardzo dobrze się kleiła, a on musiał iść już na służbę, poprosił mnie o mój numer telefonu, aby potem umówić się na jakąś kawę. Gdy już go dostał, zadzwonił do mnie, abym i ja miała jego numer. I wtedy usłyszałam, jak mój telefon rozbrzmiewa utworem „HWDP JP 100%”, który ustawił mi mój brat, a o którym kompletnie zapomniałam...
Pan policjant spojrzał na mnie spod byka, odwrócił się i poszedł. Nie poszliśmy na kawę.
Nie oddałam ukochanemu pierścionka zaręczynowego, bo gdy bardzo za nim tęsknię, to wyciągam ten pierścionek z kuferka, zakładam na palec i staram się udawać, że ukochany mnie nigdy nie zostawił.
Podczas studiów dorabiałam sobie, udzielając korepetycji z matematyki. Pewnego lata wróciłam z dużego miasta do mojej rodzinnej miejscowości na wakacje. Tam również ogłosiłam gotowość pomocy w przygotowaniu do poprawek. Zgłosiła się pani, która potrzebowała korepetycji dla córki. Dziewczynka, nazwijmy ją Milenka, w 5 klasie podstawówki miała poprawkę. I tu zaczyna się opowieść.
Większość dzieci, do których chodziłam, to były osoby, które ewidentne miały problemy z nauką. Niektóre miały ogromne ambicje i chciały mieć najlepsze oceny, przez co robiłam z nimi zadania dodatkowe, trudniejsze, konkursowe. Często ambicje mieli rodzice i brali korki dla dzieci, które z matematyką nigdy nie będą miały nic wspólnego. Z Milenką było inaczej. Miała urodę aniołka, była spokojna, grzeczna i urocza. Od razu poznałam też jej zwariowaną siostrę, dajmy na to Olgę. Olga była zwariowana, szalona i szczera. Takie totalne przeciwieństwo Milenki.
Podczas pierwszej rozmowy dowiedziałam się, że Milenka jest świetną uczennicą, tylko pani uwzięła się na nią, bo nienawidziła jej starszej siostry. Pomyślałam, że to nie pierwsza w mojej „karierze” taka opowieść i postanowiłam sama sprawdzić, jak to z tym dzieckiem jest.
Wszystko okazało się prawdą. Mała śliczna dziewczynka musiała zrobić przez wakacje wszystkie zadania ze zbioru, których było około 500, bo nauczycielka chciała zemścić się na swojej byłej uczennicy, która miała to w głębokim poważaniu i balowała przez całe wakacje.
Zrobiłyśmy z Milenką zadania, do każdego przykłada się niesamowicie. Najpierw pisała na brudno, później przepisywała cały zeszyt. Stresowała się poprawką, cały czas była smutna, gdy nie robiłyśmy matmy, przesiadywała godzinami sama pod klatką. Serce mnie bolało, gdy codziennie na dwie godziny siadałyśmy przy zadaniach.
Milenka zdała na 96%. Nie widziałam jej po tym, nie wiem, czy była w końcu szczęśliwa, ale mam nadzieję, że tak...
Wiem, że anonimowych czytają nauczyciele. Proszę, bądźcie sprawiedliwi i oceniajcie wiedzę dzieci. Tylko wiedzę. Możecie zrobić dzieciom wielką krzywdę. Nie mówię tu o zepsutych wakacjach, ale o małym kochanym serduszku, które straciło zaufanie do szkoły, „drugiego domu”, gdzie powinno czuć się bezpiecznie..
Mieliście kiedyś takie wspomnienie, co do którego macie poważny problem, żeby w 100% stwierdzić, że sobie tego nie wymyśliliście? No cóż, ja tak miałam.
Mieszkam w niewielkim mieście, wiecie, podrzędna uczelnia, kilku studentów na krzyż. Karierę tu robią głównie kosmetyczki i klejarze w fabryce mebli. Ci, którzy chcieli czegoś więcej, porozjeżdżali się po całej Polsce na studia – w tym także cała moja paczka. Mało nas nie jest, taka mała, pewnie 30-osobowa rodzinka :) Dzielą nas kilometry i widzimy się raczej rzadko. Doskonała okazją do spotkań są różne święta – wszyscy wracają do domu, w ciągu dnia rodzinka, a wieczorem... Bajlando. Klubów u nas jak na lekarstwo, wiec wszyscy poszliśmy w jedno miejsce. W sumie to dość spoko miejscówka, taka duża piwnica przerobiona na lokal, z niezłym klimatem. Oczywiście w samym centrum, w ciągu starych i nieraz obskurnych kamienic.
Przechodząc do rzeczy: to była chyba jakaś 3, może 4 nad ranem. Większość ludzi już nie widziała na oczy, na parkiecie ostatni wytrwali. Mój stan też pozostawiał wiele do życzenia. Wstawiona, acz bardzo zadowolona, stoję sobie przy barze z dwoma znajomymi. Przy nas nie ma nikogo oprócz barmana, który przysypiał już powoli, gdy nagle słyszę takie nieśmiałe: „Pomocy, czy pani mi pomoże?”. Odwracam się, a tam stoi dziewczynka, na oko max 13 lat. Koszulka nocna, kusy różowy szlafroczek i do tego bambosze w pompony. Przypominam, że na zewnątrz było jakieś minus milion. Najpierw pomyślałam, że to jakiś żart. Pytam jej, o co chodzi. Na co ona mówi mi, że jej dom się pali i nie wie co ma zrobić, bo uciekła stamtąd bez telefonu. Jakby mi ktoś kubeł zimnej wody na łeb wylał. W momencie wytrzeźwiałam, złapałam ją pod rękę i mówię, że ma mnie tam prowadzić. Zgarnęłam znajomych i biegniemy razem na zewnątrz. Dziewczyna zaczyna coś krzyczeć, że obudził ją smród i że ona nie wie co ma zrobić. Po jakichś dwóch minutach ciągnie nas w najbardziej obskurną bramę. Najpierw poczułam dym, potem zobaczyłam płomienie, które dosłownie pożerały poddasze kamienicy. Szybko wezwałam straż, i nagle ta dziewczynka mówi, że tam została jej matka. Wbiegłam do tej kamienicy, a tam na schodach siedzi i zawodzi jakaś kobieta. Kochana mamusia małej, nawalona jak bela, mimo ognia wyrzygującego się zza jej ramion siedzi i lamentuje, że jej telewizor się pali. Szybko złapałam ją pod pachy i sruuu – ze schodów na zewnątrz. Gdy wybiegłam z nią z klatki, już przyjechała straż i karetka. Małą i jej matkę odprowadziliśmy do karetki i czym prędzej, nie oglądając się za siebie, zawinęliśmy z powrotem do klubu.
Najpierw myślałam, że to był jakiś sen. Po tygodniu w ogóle o tym zapomniałam, aż zobaczyłam w gazecie dość rozległy artykuł na ten temat. Tak więc okazało się, że to nie moja wyobraźnia spłatała mi figla.
Gdy chodziłam do gimnazjum, musiałam przebywać z homofobami, rasistami i po prostu dzieciakami, bo tych ludzi do dziś ciężko nazywać dorosłymi.
Pewnego dnia po tym, jak po raz setny usłyszałam, że osoby takie jak ja (czyli o azjatyckiej urodzie) powinny służyć jedynie do ruchania, zdenerwowałam się.
Po zajęciach poszłam do biblioteki i włączyłam komputer (na szczęście mieliśmy spoko bibliotekarkę). Stworzyłam fałszywe konto na pewnym popularnym wówczas portalu, pobrałam odpowiednie zdjęcia osób z mojej klasy (te z rodzicami, dziećmi, zwierzętami, te urocze) i dodałam do nich napisy (konkretniej ich obrzydliwe cytaty), a potem powrzucałam to wszystko na fałszywe konto i oznaczyłam moją klasę i szkołę.
Robiłam to jeszcze wiele razy z różnych miejsc. Raz w bibliotece, raz u koleżanki, raz na pożyczonym telefonie itd. Po pewnym czasie zaczęły mi pomagać osoby z innych klas. Czasami dodawaliśmy też zdjęcia tych złych z papierosami, alkoholem.
Pół roku później dyrektorka w końcu natrafiła na te wszystkie zdjęcia i zaczęła się afera. Najlepsze jest to, że cała klasa rzucała w siebie wyzwiskami i obwiniała się nawzajem, ale nikt z nich nawet nie pomyślał, że to ja.
Mój młodszy brat, gdy był mały, w liście do Świętego Mikołaja poprosił o małego, żywego CHIŃCZYKA. :)
Jako że w mojej miejscowości było ciężko z pracą, przez wiele lat pracowałem w Niemczech, dorobiłem się trochę i wróciłem do kraju, gdzie prowadzę małą firmę. Oczywiście przez tyle lat pracy nauczyłem się języka niemieckiego perfekcyjnie.
Jakiś czas temu byłem sprawdzić, co tam u mojej sekretarki przyjmującej zamówienia itp. Tak się złożyło, że byli tam Niemcy, którzy pytali się o jakiś towar, i przychodzili tak jeszcze ze dwa razy. Jak przyszli ostatnim razem, to sekretarka, jak się okazało, wydrukowała jedno potwierdzenie za mało. Oczywiście żaden problem, wystarczy dodrukować itp. Po polsku nic nie powiedzieli. Ale jak zaczęli ją obrażać po niemiecku, to dawno takiego natłoku bluzgów nie słyszałem... Wyprosiłem ich natychmiast i perfekcyjnym niemieckim wyjaśniłem im, że mają się tu więcej nie pokazywać. Jakbyście zobaczyli ich miny... :)
Ostatnio, gdy kochałam się z moim chłopakiem, leżąc nade mną wyznał mi, że uwielbia mój zapach potu podczas seksu. Bo kojarzy mu się z zapachem parówki, którą tak często robi sobie na śniadanie.
Mam namolnego adoratora, z którym pracuję na tym samym piętrze. Lubię pracę zaczynać wcześniej, więc już ok. 7.30 jestem na miejscu i działam swoje. Na początku nie widziałam nic złego w tym, że przychodzi do mnie i zagaduje: co słychać, jak się miewam itp. Koleś jest miły i kulturalny, nic mu nie można zarzucić. Ale potem takie odwiedziny zaczęły mnie stresować, bo on ma zwyczaj stać w drzwiach, tak że nie mogę przejść, nie zahaczywszy o niego. Gdy się na mnie patrzy, jego wzrok płonie i wręcz pali mnie. Wyganianie takie pół żartem, pół serio, że ja pracuję i on też powinien, nie pomaga, wraca jak bumerang.
Kiedyś poprosił mnie o rozmowę i wyznał mi miłość, dodając, że kręcę go szczególnie gdy mam ubraną spódnicę odkrywającą nogi. Wyjaśniłam mu, że na uczucia nikt nic nie może poradzić, ale jestem w szczęśliwym związku i że nic z tego nie będzie, przykro mi. Rozmowa pomogła na chwilę. Przychodzi i zagaduje mnie w pracy i zawsze stara się upolować taki moment, kiedy jestem sama w pokoju, pisze mi wiadomości na komunikatory, kolejne rozmowy nie pomagają, przełożony nie widzi problemu. Wykorzystałam wszystkie możliwości dostępne w pracy, aby się go pozbyć, niestety bezskutecznie. Zaczynam się bać, czuję się osaczona.
Przez rok byłam w związku z kolesiem, który jak ognia unikał zbliżeń. Twierdził, że boi się, że nie spisze się jako facet, a przede wszystkim bał się, że antykoncepcja zawiedzie. Po którejś kłótni wykrzyczał, że po prostu nie jest gotowy, że to go nie interesuje, choć bardzo go pociągam. Postanowiliśmy, że pójdziemy na terapię.
Dziś mogę powiedzieć, że terapia była skuteczna.
Kilka dni temu przyłapałam go na zdradzie z moją koleżanką.
Tłumaczenie? „Zrobiłem to dla ciebie! Chciałem się w końcu przełamać”.
Dodaj anonimowe wyznanie