#PQPDM

Od dziecka jestem zapalonym kibicem, to zasługa taty. Znam wszystkie przyśpiewki, często je nucę. Mieszkam na wsi, gdzie wszyscy się znają. Kiedyś w niedzielę nie potrafiłam się skupić na mszy. Ciągle łapałam się, że moje myśli wybiegały za daleko. Niestety nie potrafiłam tego opanować, ale co jakąś chwilę próbowałam powrócić na właściwe tory. 

Nadszedł moment, kiedy ksiądz mówi: „W górę serca”, a ja zamyślona odpowiedziałam: „Polska wygra mecz!”. Wzrok wszystkich zgromadzonych momentalnie skierował się na mnie i wtedy się zorientowałam, co powiedziałam, zarumieniłam i jak to ja, w sytuacjach stresowych, zaczęłam się pocić. Przeżegnałam się i wyszłam z kościoła. Nie dość, że wróciłam z plamami od potu do domu, to jeszcze zaraz mama wypytywała mnie, co narobiłam w kościele, bo znajoma do niej dzwoniła. 
Ech, te uroki mieszkania na wsi.

#KTZGQ

W szkole byłem wyzywany, bity przez rówieśnika. Dopiero pójście do innych szkół zakończyło ten koszmar.
Mam też 12-letniego syna. Niedawno go przyłapałem na dokuczaniu młodszemu dziecku, wyzywał je i bił.

Dostał karę, dość surową, a potem wytłumaczyłem mu wszystko. Choć zrozumiał, nie jestem w stanie dalej patrzeć na niego  tak samo jak przed zobaczeniem, jak się zachowuje, gdy nikt nie widzi.

Pamiętajcie. Jeśli byliście dręczeni, to nie pozwalajcie, by komuś robiono to samo. Nikt nie chce przez to przechodzić.

#4kXKK

Jestem agentem ubezpieczeniowym pracującym dla jednej z wiodących firm w tej branży. Codziennie stawiam się na umówionych spotkaniach i wciskam ludziom różnego typu polisy. Praca jest dość nudna i raczej rzadko kiedy trafiają mi się jakieś spektakularne przygody. A jednak wczoraj zaliczyłem najbardziej żenującą wtopę w swojej karierze.

O godzinie 15:00 stawiłem się pod podanym mi adresem. Był to jednorodzinny domek w jednej z zamożniejszych dzielnic mojego miasta. Ładna furteczka, a za nią jeszcze ładniejszy ogródek. Ding, dong! - dzwonek do drzwi. Wrota się otwierają, a tam stoi wyjątkowo piękna kobieta. Lat może 30 z lekkim hakiem. Długie nogi, duży biust, idealna figura i uroczy, perłowy uśmiech. Onieśmieliłem się jeszcze na wycieraczce...
Usiedliśmy na fotelach w salonie. Otworzyłem moją walizkę i wyciągnąłem stos dokumentów w kopercie. Serce waliło mi jak Najman o matę i bałem się nawet spojrzeć na swoja klientkę (nigdy mi się to nie zdarzyło!). Cóż - od paru lat jestem singlem i chyba moja podświadomość dawała mi znać ("Zagadaj do niej! Zaproś na kawę! Poświruj!"). Ręce mi się trzęsły i PAC! - dokumenty rozsypały się na małym stoliku ze szklanym blatem.

- Oj, przepraszam! - mruknąłem i zacząłem papierzyska składać do kupy, kątem oka zerkając na siedzącą na fotelu obok klientkę, która właśnie raczyła się gorącą herbatą, trzymając nogę na nodze.
Kiedy szarpałem się dokumentami zobaczyłem, że źródło mojego onieśmielenia nagle stawia nogę na ziemi. Kojarzycie ten słynny motyw z "Nagiego Instynktu"? Poczułem jak wulkan hormonów uderza mi do łba.
I wtedy usłyszałem jej głos:
- A może pójdziesz ze mną do łóżka?
Zastygłem z umową polisy ubezpieczeniowej w garści. Gapiąc się tępo w jeden z przecinków, analizowałem informacje, która właśnie dotarła do mojego mózgu. O losie najsłodszy, po takim czasie wreszcie się do mnie uśmiechnąłeś. Ogar! Ogar! Rozegraj to po męsku. Nie bądź mięczakiem. Kim jesteś!? Jesteś zwycięzcą! Samcem alfa! Maczo nad maczami!
Powoli, niby od niechcenia, odłożyłem kopertę z dokumentami na stolik i odwracając głowę w stronę mojej rozpasanej klientki rzekłem:

-Tak, z dziką chęcią pójdę z tobą do łóżka!

I kiedy już głęboko patrzyłem w te drapieżnie zielone oczy, zorientowałem się, że u boku damy moich marzeń stoi mały, góra trzyletni, dzieciaczek, który trąc sobie piąstkami świeżo obudzone oczęta, najwyraźniej właśnie wyrwał się z objęć Morfeusza. Dotarło do mojego móżdżku, że pytanie nie było skierowane do mnie, ale do malucha, któremu najwyraźniej dzwonek do drzwi przerwał drzemkę.
Umowy nie podpisałem, a dalsza część spotkania była przeprowadzona w wyjątkowo niezręcznej atmosferze.

Nie chcę do bunkra. Mam swoją piwnicę...

#bUsIJ

Codziennie jadę do szkoły i z niej wracam autobusem do domu. Tak było też tydzień temu, gdy po szkole miałam jeszcze korepetycje z matematyki i uradowana, że zaraz będę w cieplutkim domu czekałam na autobus. Godzina 17, ciemno jak w środku nocy, wiatr wieje, powoli zamarzam. Kiedy autobus spóźniał się już 30 min sprawdziłam na aplikacji która łączy się w pewien sposób z autobusami i podaje ich opóźnienie. "Cudownie, poczekam jeszcze 40 min!".

Dzwonię do taty czy może mógłby mnie podwieźć. Trochę marudzi ale się zgadza. Czekam na przystanku-pętli i wyczekuję wysokiego, bordowego auta. Po chwili owe auto nadjeżdża i krąży wokół "wyspy" koło przystanku tak jakby kogoś szukając. Tak więc ja podskakuję wymachując rękami w jego stronę. Może mnie tatuś nie widzi. Auto nadal krąży, ja już wychodzę z siebie i nie wiem jakie znaki mam pokazywać, by w tych ciemnościach mnie dostrzegł. Skaczę, macham siatką, można powiedzieć, że zachowuję się trochę idiotycznie.

Nagle dzwoni do mnie telefon, na ekranie: Tata. Odbieram. "No córcia przepraszam, że się spóźnię, ale stoję w korku, będę za 5 minut".
Przestaję skakać i jak gdyby nigdy nic stoję sobie w ciszy i spokoju na przystanku.

#IXxG9

Jestem dziewiętnastolatkiem. Może nie nadaję się na okładki gazet czy do reklam telewizyjnych, jednak do brzydali nie należę. Nie jestem też za wysoki i nie mam sześciopaka oraz metrów w bicku. Jednak zawsze chodzę, wręcz bardzo, zadbany i dbam o wszystko co posiadam, czym się zajmuję. Mam na tym punkcie małego bzika i często przesadzam.

W klasie nie mam znajomych. Uchodzę za zniewieściałego mięczaka. Śmieją się ze mnie oraz moich zachowań, przykładowo ze sporządzania notatek, które są kolorowe. Śmieją się z mojego mycia się po lekcji WF-u, ze zmieniania skarpetek. Z używania żelu antybakteryjnego. Z poprawiania fryzury, gdy się zepsuje... Ze wszystkiego co robię, choćby było to ugryzienie kanapki. Jestem po prostu aż tak śmieszny. A przede wszystkim odporny. Nie załamuję się już tym, co mówią i robią. Mam to gdzieś, a nawet taka postawa nie zmieniła ich zachowań, a wręcz przeciwnie, robią wszystko co tylko możliwe, by przetestować moją cierpliwość.

Ostatnio na dłuższej przerwie podeszła do mnie jedna z dziewczyn z mojej klasy, pewnie z okazji zakładu śmieszkowego, i ni z gruchy, ni z pietruchy wzięła moją dłoń w swoją. Zaczęła się dziwić, wzdychać, chwalić moje paznokcie, bo jakie one krótkie, proste, ale zdrowe i zadbane. Następnie zaczęła piszczeć, jaką to gładką mam skórę i pytać, jakiego kremu używam (tak, kremuję ręce, bo mam tendencje do przesuszania się skóry)... A po chwili powiedziała, że gdzieś taki typ ręki już widziała. Po sztucznym zamyśleniu krzyknęła: „W kościele!”, za moment dodając: „Nadajesz się na księdza!”.
Jednak chyba coś jej nie wyszło. Nikt się nie zaśmiał. Wszyscy, którzy obserwowali całe zajście, łącznie ze mną, pozostali z miną „wtf?”. Jednak analizując sobie poprzednie akcje, tę uznałem za tak żałosną i słabą, że po chwili niespodziewanie wybuchnąłem śmiechem. Dziewczyna szybko uciekła z miejsca zdarzenia.

Od tygodnia nikt do mnie nie podszedł :D

#7DKdj

Pewnego wieczoru wracałam z pracy, dosyć późno, bo miałam popołudniową zmianę.
Ciemno, zimno, ale jakoś do domu trzeba wrócić. Już miałam skręcać w swoje osiedle, jak usłyszałam krzyki i płacz dziewczyny. Stanęłam i obserwowałam przebieg sytuacji. Ona drobna, on byczek szarpiący ją za włosy, krzyczący, że jest szmatą.
Jestem masywna, mam lekką nadwagę, zdecydowanie mam więcej siły niż krucha dziewczyna. Wyjęłam telefon, zadzwoniłam po policję i wtedy zobaczyłam, jak on popchnął ją na ziemię i ona upadła. Krzyczała, aby ją zostawił. Podbiegłam, bo nie toleruję przemocy wobec kobiet. Szarpnęłam go i wrzasnęłam, że ma ją zostawić, a jak chce się bić, to niech zrobi to z przeciwnikiem, który jest mu równy. Kazał mi zniknąć, ale nie dawałam za wygraną. W końcu oberwałam z pieści w twarz i wtedy coś we mnie pękło. Kopnęłam go w jaja, on się skulił, a ja jego głowę rozwaliłam na swoim kolanie. Typ zmiękł, wywrócił się i stękał.
Przyjechała policja i co usłyszałam? Że na niego napadłam. Na domiar złego laska zaczęła mu wtórować. Uratował mnie tylko fakt, że to ja parę minut temu wezwałam policję.

Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego jest taka znieczulica. Chciałam pomóc, a wyszłoby na to, że sama jestem agresorem. Nigdy więcej.

#G2enB

Jedno wyznanie zmotywowało mnie do opisania zdarzenia z młodości, jak byliśmy w 7 klasie.

Za dziecka często bawiliśmy się w piwnicy z dziewczynami i niekiedy pokazywaliśmy sobie nawzajem nasze miejsca intymne. Ot, takie niewinne igraszki.
Raz młodszy kolega rozebrał się do naga i z penisem w zwodzie tańczył do piosenki ABBY, śpiewając: „Honey, honey, dup do ściany, oo, honey, honey”. Do tego za każdym razem majtał swoim sprzętem koło nosów tych dziewczyn. Dziewczyny były przy tym czerwone jak buraki.
Nic by się nie stało, jakby nagle matka jednej z dziewczyn nie wleciała do piwnicy ze względu na głośną muzykę... Zrobiła straszną awanturę. Potem nasi rodzice w domach jeszcze nam wszystkim dołożyli. I te krzyki: „Co z was wyrośnie?!”...

Każdy jakoś wyszedł na ludzi, zdobył wykształcenie itd. Ale wspomnienia pozostały. 😁

#JMHZG

Jak byłam w pierwszej klasie gimnazjum, to podobał mi się pewien starszy ode mnie chłopak. Bardzo cię cieszyłam, gdy dowiedziałam się, że ja również mu się spodobałam.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pewnego dnia ten chłopak zaprosił mnie i swojego kolegę do domu. Po krótkiej chwili jeden z nich trzymał mnie, a drugi próbował zdjąć ubrania, nagrywając to telefonem.
Przez tę sytuację musiałam leczyć się u psychologa.

Minęło już 8 lat od tego incydentu i do dzisiaj byłam w szczęśliwym związku z fantastycznym mężczyzną (tak przynajmniej myślałam). Dzisiaj mój partner przedstawił mi swojego najlepszego przyjaciela, okazał się nim jeden ze sprawców. Po opowiedzeniu całej historii mojemu chłopakowi ten stwierdził, że sama byłam sobie winna i stanął po stronie swojego przyjaciela, uważając tamtą sytuację za bardzo śmieszną zabawę.

#SLYWP

Jak byłam mała pewnego razu chciałam pomóc mamie. Mama uznała, że jestem na tyle odpowiedzialna i rozsądna, by chodzić sama po okolicy. Dalej niż od osiedlowego (który swoją drogą był w miarę daleko dla takiego szkraba) chodzić nie mogłam. I przestrzegałam tej zasady.

Chciałam więc zrobić zakupy dla mamy w wymienionym wyżej osiedlowym. Mama dała portfel, dużą torbę z materiału z usztywnianym dołem i małą listę z produktami raczej lekkimi, a ja jak najszybszym krokiem (bałam się biec) udałam się do osiedlowego.

No... Coś tych zakupów dużo było. Za dużo, by pójść z nimi do kasy w rękach. Koszyków zwyczajnie nie mieli, a do wózka bym nie dała rady sięgnąć (był za głęboki), nawet gdybym jakimś cudem dała radę go popchnąć (pary w łapach to ja nie miałam) i włożyć zakupy. Więc co mała ja wymyśliłam? Mam przecież wygodną torbę! Wpakowałam do torby wszystko z listy, no i kierunek: kasa!

Przy kasie łypała kasjerka, która ewidentnie wolałaby być gdzieś indziej. Położyłam torbę na ladę i wypakowywałam zawartość, by pani mogła ją skasować. Ta od razu do mnie z mordą, że jestem złodziejką. Nie wiedziałam, co zrobiłam nie tak. Cała torba była na ladzie, ona mnie widziała całą, a ja byłam w spodenkach bez kieszeni. Jak niby miałam coś ukraść? Wsadzić sobie w d...? Łzy się pojawiły w oczach. Ale nie płakałam, tylko pokazałam rączki i się obróciłam, by pokazać, że nawet gdybym próbowała coś ukraść, nie miałabym gdzie tego przed nią schować. Kasjerka przewróciła oczami i skasowała produkty, ja za nie zapłaciłam.

Gdy wyszłam, dobre 5 minut siedziałam na placu zabaw i płakałam, bo myślałam, że byłam faktyczną kryminalistką i że mama będzie mną zawiedziona.
Dodaj anonimowe wyznanie