Piszę do Was, bo już nie wiem jak ten temat ugryźć.
Sytuacja wygląda następująco: wyprowadziłam się do drugiej połówki (praktycznie na drugi koniec Polski) i wszystko na początku wydało się super. Zero zwierząt, zero nałogów, wspólne zainteresowania itd. - w moich oczach ideał, ALE. Nie minął miesiąc pojawiły się dwa koty i jeden pies, pomimo moich próśb, że ja się tymi zwierzętami zajmować nie będę ( jak się skończyło sami się domyślacie). Lubię zwierzęta, ale uważam, że to odpowiedzialność na którą trzeba dorosnąć.
Mija następny miesiąc mieszkanie małe, pies śpi w łóżku z nami, nie miłosiernie szczęka, nie rozumie własnego imienia, załatwia się gdzie popadnie - ja osobiście już jestem zmęczona, druga połówka bagatelizuje sprawę mówiąc: no popatrz jaki słodki - i temat zamknięty. Ponowne poruszanie tematu i odpowiedź: ale ja go kocham - koniec tematu.
Mija następny miesiąc zaczynają się pomruki, że w sumie to 15 letni brat tu też zamieszka, bo będzie składał papiery do szkoły ( większe miasto, większe możliwości itd.) - dla mnie tragedia, już wiem, że będzie prywatności ZERO ( mieszkanie 35m2), Plus mieszkanie z nastolatkiem? Druga połówka zlewa temat słowami: jakoś to będzie. Mija następny miesiąc nastolatek się wprowadza, moje "wróżenie" się sprawdza. Historii ciąg dalszy: mamy w mieszkaniu mała łazienkę, mały pokój (przejął go nastolatek) i kuchnio-salon (tutaj śpimy). Prywatności zero, intymność? Chyba w snach...Może jakieś wspólne wyjście? Pewnie nastolatek pod pachę, pies w rękę ( no popatrz jak się patrzy, nie może zostać sam!) i tak wygląda romantycznie spędzony czas.
Obydwoje pracujemy na nieregularne zmiany, widzimy się rzadko, co jest normą - wracam na mieszkanie i co widzę? Syf i obowiązki zajmowania się zwierzętami i nastolatkiem, bo tutaj pranie, a tutaj nie ma co jeść. Mam dopiero 26 lat czuję się jak matka na cały etat. Tak, poruszyłam te tematy z drugą połówka mówi, że rozumie i mnie wspiera, jednocześnie nie mija dwa dni i dalej pojawiają się te same problemy. Ja dodatkowo mam jeszcze studia, które ograniczają mi czas dodatkowo dodając stresu.
Mam wrażenie, że od siebie daje dużo, a w zamian dostaje tak zwane "klepnięcie po ramieniu" . Powoli odczuwam, że cała ta sytuacja mnie przerasta i nie dam tak dłużej rady.
Nowe miejsce, nowi ludzie, nowa praca, brak rodziny w tych regionach, studia, dodatkowo sytuacja na mieszkaniu - nie zbyt ciekawa sytuacja, która sprawia, że zastanawiam się, czy ten związek jest tego warty.
W zeszłym roku po długim planowaniu udało mi się wreszcie wyjechać nad morze z grupą przyjaciół (10 osób) z liceum, aż na trzy tygodnie, co bardzo nas wszystkich cieszyło, bo z różnych względów nie mieliśmy już dla siebie tak dużo czasu jak kiedyś (studia w różnych miastach, praca, każdy miał swoje życie) i zebranie wszystkich razem zdarzało się tylko przy szczególnych okazjach.
Było naprawdę świetnie... Przez parę dni. Potem zaczęła się epidemia grypy żołądkowej – chorowaliśmy dosłownie jedno po drugim, normalnie zaczęła się gra pt. „Kto wytrzyma najdłużej, zanim się zarazi”.
Cóż, wygrałam. Tyle tylko, że „mój czas” przypadł dokładnie na dzień naszego powrotu... To była zdecydowanie najdłuższa i najbardziej niezapomniana podróż w moim życiu.
Od niedawna mieszkam ze współlokatorem. Młody chłopak, student. Kiedy się wprowadził, często chodził po mieszkaniu w szortach i koszulce, czasami bez niej. Ot, zwyczajnie. Kiedyś wszedłem do kuchni, zastałem tam współlokatora kompletnie bez ubrania. Zaczął się pokrętnie tłumaczyć. W końcu powiedział: „Wiesz, bo ja lubię po domu chodzić nago, myślałem, że cię nie ma, zawsze jak jestem sam, to tak chodzę”. Ja wówczas odpowiedziałem, że spoko, nie przeszkadza mi to, bo ja... również uwielbiam nagość. Fakt, nie manifestowałem tego nigdy, ale śpię zawsze nago, jak jestem w pokoju, to raczej bez odzieży, a jak wiem, że współlokator już śpi, to przemykam nago z łazienki do pokoju. Okazało się, że zupełnym przypadkiem lubimy dokładnie to samo. Dzięki tej jednej przypadkowej sytuacji możemy sobie swobodnie „golasować”, bez krępacji, że przeszkadzamy drugiej stronie. Ot, zwyczajny naturyzm.
(Dla fanów erotyki – muszę Was rozczarować, nic z tych rzeczy 😉).
W skrócie. Na studiach zaprzyjaźniłem się z pewną dziewczyną. Oboje byliśmy niespecjalnie socjalni (nie lataliśmy po imprezach, nie lubiliśmy chlania w piątkowe wieczory). Ideałem wieczoru był dobry film i ewentualnie browarek. Jakoś tak nam się ze sobą dobrze przebywało. Podobała mi się, ale że wiedziałem, że jest z kimś - spoko - przyjaźń, zobaczymy, co czas przyniesie.
W pewnym momencie zerwał z nią chłopak z jej miasta rodzinnego (bo mu nie pasuje związek na odległość, widzenia tylko w weekendy). Inna sprawa, że wg mnie gość był popie.... i to raczej toksyczny związek był - ale to moje zdanie. Strasznie to przeżyła, załamała się kompletnie. Ciągle płakała, użalała się nad sobą, że to jej wina i że tak go skrzywdziła (taaaaaa, pewnie). Godziny rozmów, wyciągania jej z mieszkania, raz nawet "spaliśmy ze sobą", bo jak ją płaczącą przytulałem, to zasnęła mi na kolanach i nie miałem sumienia jej budzić. Tak przekimałem noc.
Powoli ją wyciągnąłem z dołka. Wróciła do normalności. Szczerze - wtedy pomyślałem, że może mam u niej szansę. Trzy tygodnie później zaczęła chodzić z jednym ziomkiem z naszej grupy wykładowej (ja ich sobie przez przypadek przedstawiłem). A ja usłyszałem, że muszę jej "dać więcej przestrzeni, bo za bardzo się do niej zbliżam" (do kina ją chciałem wyciągnąć na film, na który oboje czekaliśmy), a w ogóle to ten ziomek jest o mnie zazdrosny. Rozluźniła znajomości z naszą grupą przyjaciół, zbliżyła się do znajomych kolesia. Jak kopniak w jaja, ale co mogłem zrobić - It's the story of my life - "dałem jej spokój".
A najśmieszniejsze było, jak jakiś czas potem - jak przestałem walić głową w ścianę - jak już ziomek się nią nacieszył, skończyła się bajka, zaczęły kłótnie, gość okazał się nie takim księciem z bajki i się rozstali - przyszła do mnie z wielkim wyrzutem, że czemu pewien projekt robię w grupie z tym ziomkiem (nie miałem do niego żalu - nie okazywał mi wrogości nigdy) - czemu jej nie zaprosiłem, skoro brakowało nam kogoś.
Nigdy nie zrozumiem fizyki kwantowej ani kobiet... ale w fizyce kwantowej jest przynajmniej jakaś logika.
Żeby ta historia nie sprawiała wrażenia wyłącznie humorystycznej, przyznam, że choruję na zaburzenia kompulsywno-obsesyjne.
Kto również boryka się z takową dolegliwością na pewno mnie zrozumie i nie znajdzie tu wyłącznie komizmu.
Pewnego jesiennego wieczoru wybrałem się na drobne zakupy do galerii, w związku z premierą oczekiwanej przeze mnie gry.
Jak to ja, zajechałem po co miałem, pobłądziłem między półkami z odkurzaczami, mikrofalówkami i najróżniejszymi sprzętami RTV i AGD.
Zahaczyłem oczywiście o mój ulubiony kanapkowy fast food, po czym udałem się do wyjścia. Niby przeciętny wieczór i najzwyczajniejsze zakupy zwykłego, szarego nastolatka, ale właśnie tu się zaczyna "najlepsza" część.
Prawdopodobnie 50% osób podróżujących na co dzień komunikacją miejską doświadczyło przynajmniej raz tego uczucia, gdy jedyny autobus powrotny odjeżdża sprzed nosa.
Byłem na tyle wściekły, że w napływie negatywnych emocji słup informacyjny, jeden z wielu, jakie to zwyczajowo stoją na przystankach autobusowych, spotkał się z podeszwą mojego buta, z dość dużą siłą.
Po wyładowaniu emocji w iście neandertalski sposób przystąpiłem do powrotu "z buta".
Tutaj pojawia się wątek mojej psychicznej dolegliwości. Moja wyobraźnia wytwarza nieprawdopodobnie rzeczywiste obrazy sytuacji, które są często przerażające i dołujące, a nie miałyby prawa zaistnieć w danym momencie. Jednym słowem: rzuciło mi się na psychę, że ten słup pod wpływem kopnięcia przewróci się i kogoś przy okazji zabije swoim ciężarem :')
Wierzcie mi, mało kto jest w stanie wyobrazić sobie co czuje człowiek doświadczający kompulsji. Persona o całkowicie zdrowej psychice miałby to, że tak to ujmę, w dupie, ale dla mnie i osób, które z tym niejako "walczą" jest to trauma.
Tutaj pojawia się wątek komediowy, w momencie kiedy byłem już dość daleko od miejsca zdarzenia, usłyszałem syrenę karetki...
Było to dawno, ale pamiętam, że czułem wtedy nóż na gardle.
Pamiętam jak wracałem w tamtym czasie w okolicę galerii z 4-5 razy, tylko po to, żeby sprawdzić, czy ten cholerny słup ciągle stoi xD
Na moje niedorzeczne szczęście nic się nie stało i mi przeszło, jednak powiem wam z czystym sumieniem, czasem mam wrażenie, że życie z tą dolegliwością to nie jest życie, to katorga, od której człowiek po prostu chce się uwolnić, lecz nie może.
Na dziś to tyle z mojej strony, takich sytuacji w ciągu miesiąca miewam tyle, że prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie będę dzielił się moimi wspomnieniami, a na razie pozdrawiam i trzymajcie się ciepło :)
Niedawno dzwoniłam do wróżki. Stereotypowo kazała podać imię i datę urodzenia. Podałam. Data urodzenia jak każda inna, imię? - Maks. Ale co dziwne, jestem dziewczyną, lecz Maks to akurat tak jakby neutralne imię, bo czy w serialach angielskojęzycznych, czy z innych źródeł, imię Maks nosili mężczyźni i też czasem kobiety. Moje imię jest istotne dla historii.
Sympatyczna pani wróżka z telewizji chyba zbytnio nie wsłuchała się w mój głos, gdyż zwracała się do mnie '"Panie Maksymilianie''. Byłam trochę zszokowana, lecz chyba ją rozumiem, bo typowego kobiecego głosu to chyba nie mam. Ale nie nazwałabym go męskim. Poprosiłam pomimo wszystkiego o poradę o zdrowie, coś w typie - jak z moim zdrowiem, czy uda mi się wyzdrowieć przed wyjazdem na wakacje, zaznaczyłam jej, że mam zapalenie pęcherza. I z niecierpliwością czekałam na wróżbę. No i ją dostałam...
Mam prawdopodobnie poważne problemy z prostatą.
Będzie obrzydliwe.
Nie wiem, czy białe garnitury są modne czy nie, wiem natomiast, że mojej żonie bardzo się podobam w takim garniaku, więc w nim chodzę i w dupie mam opinię innych ludzi i dyktatorów mody. Taki garnitur ma tylko jedną wadę - cholernie ciężko utrzymać go w dobrej formie. Jakiekolwiek otarcie czy dotknięcie spoconą dłonią zostawia plamę.
A teraz najgorsze.
Jechaliśmy z żoną autostradą jeszcze niezupełnie skończoną, w związku z czym na MOP-ie były toi toie. Wiadomo, jak ludzie traktują takie przybytki, ale ja musiałem z jednego z nich skorzystać. Oczywiście w środku rozpacz, wszystko brudne, a ja na biało. Postanowiłem zrobić to na kucaka, stojąc na desce...
Zrobiłem tak pierwszy i ostatni raz, bo wpadłem do środka.
Tak, było wypełnione po brzegi i nie, nie było bieżącej wody na MOP-ie. Najgorszy był spacer z kibelka do samochodu i spojrzenia ludzi. Mina żony też była bezcenna.
Zakochałem się w Marcie od pierwszego wejrzenia. Spotkaliśmy się dwa razy i już zostaliśmy parą! Przeżyłem z nią wspaniałe tygodnie i byłem w siódmym niebie, kiedy Marta mówiła, że mnie kocha.
Dziś wiem, że to wszystko było kłamstwem. Wyobraźcie sobie, że ona… była ze mną tylko dla kasy. Nie widziałem tego wcześniej, było to dla mnie naturalne, że stawiam jej obiad czy kino. Kiedy mogłem sprawić jej przyjemność kupując coś w galerii handlowej, nie myślałem o wydanej kasie, tylko napawałem się uśmiechem mojej dziewczyny. Jednym słowem, miałem klapki na oczach i nie widziałem, że moja (teraz już była) dziewczyna wykorzystuje mnie finansowo.
Otrzeźwiałem wczoraj, kiedy bez słowa wytłumaczenia oznajmiła, że nie chce już ze mną być. Powiedziała, że ma u siebie mojego laptopa i aparat, ale nie będzie mi oddawać, bo przecież stać mnie na nowy sprzęt, a u niej krucho z kasą. Dała mi jeszcze na koniec do zrozumienia, że trzymała ją przy mnie moja karta kredytowa.
Jestem załamany, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze zaufam kobiecie. Jak można być tak podłym i interesownym człowiekiem?
Zawsze kiedy mam słuchawki na uszach i kichnę, to zdejmuję jedną słuchawkę. Wszystko dlatego, że moja mama zawsze każdemu odpowiada "na zdrowie" i nie chcę, żeby było jej smutno, gdybym nie usłyszał i nie odpowiedział.
W tym roku kończę studia i piszę tutaj, bo zwyczajnie głupio mi, że ja, dorosła, narzekam na w sumie błahostki, bo inni mają gorzej.
W moim "studyjnym" mieście mieszkam z bratem i jego dziewczyną. Dlaczego? Bo mieszkamy w mieszkaniu rodziców, które jest dwupokojowe - większy pokój zawsze był wynajmowany parce albo po prostu dwójce lokatorów i przez 3 lata mieszkałam z naprawdę fajnymi ludźmi, żyjąc sobie w jedynce, a rok temu brat zaczął studia i to my wylądowaliśmy w dwójce, a mały pokój wynajęto. Źle nie było, ale tęskniłam za własnym pokojem, dlatego kiedy na wakacjach padło pytanie, czy miałabym coś przeciwko obecnemu układowi powiedziałam, że nie. W końcu już tak mieszkałam, co mogło pójść źle? Aleńka.
Aleńka ma problem z pojęciem prywatności i własności prywatnej, o czym próbowałam rozmawiać najpierw z nią, potem z bratem. Bez efektów, bo Aleńka nie rozumie, o co mi chodzi, a kiedy po kolejnej sytuacji pytam brata, czy rozmawiał z Aleńką jak obiecał, okazuje się, że jego też nie rozumie. Do rodziców zwyczajnie głupio mi iść, bo to kojarzy mi się z przedszkolem, zwłaszcza że te sytuacje nie są groźne, tylko upierdliwe.
Wchodzenie do pokoju z zamkniętymi drzwiami bez pukania? Luz. Do łazienki, kiedy biorę prysznic? Przecież szkło jest mleczne. Dziewczyna podbiera mi odżywki do włosów, wyjada przygotowaną na później porcję jedzenia (bo przecież ja już je jadłam), używa mojego tuszu i go nie dokręca (na początku myślałam, że to ja go ostatnio nie dokręcałam, ale potem Aleńka "sprzedała" mi zapalenie spojówek, a że noszę soczewki na krótkowzroczność z astygmatyzmem, to akurat był to spory kłopot), poszukiwanie moich frotek i wsuwek kończy się w ich pokoju, z zapasową szczoteczką do zębów i maszynką do golenia musiałam się pożegnać, a dzisiaj w sytuacji wysoce niekomfortowej przekonałam się, że w domu nie ma żadnych tamponów. Moich też. I ch*j pomogło, że zapas zapasu trzymałam w swoim biurku.
PS Aleńka to oczywiście zmienione imię, ale ona naprawdę używa zdrobnienia od zdrobnienia.
Dodaj anonimowe wyznanie