#CATCr

Mam problem z utrzymywaniem znajomości. Ogólnie lubię ludzi, przeważnie też jestem lubiana, ale jakoś nie umiem często inicjować kontaktu. Potrafię nie odzywać się całymi miesiącami, nawet jeśli kogoś bardzo lubię. Mam osoby, które mimo to wciąż się ze mną przyjaźnią i żyjemy w dobrych relacjach, ale dużo ludzi po prostu uznaje, że to koniec znajomości. Właściwie trudno im się dziwić. Niejeden raz jest mi z tego powodu przykro i mam żal do siebie. Już wielokrotnie obiecywałam sobie, że teraz zacznę częściej pisać do ludzi albo zapraszać na spotkania, ale zawsze udaje mi się tylko przez chwilę, a niedługo wszystko wraca do stanu wyjściowego. Z drugiej strony częsty kontakt z ludźmi mnie męczy, więc ostatecznie nie umiem powiedzieć, czy jest mi z tym dobrze, czy źle.

#lCzFQ

Od zawsze denerwowały mnie dźwięki. Na początku były to tylko odgłosy mlaskania, przełykania itp. Z czasem zaczęły mnie irytować wszystkie dźwięki. Były takie momenty, gdy miałam ochotę rozpłakać się przez to, że coś słyszałam. Dusiłam to w sobie i próbowałam ignorować.

Dwa lata temu miałam wypadek samochodowy. Jechałam wtedy z moim bratem, który prowadził. Auto uderzyło w nas od strony pasażera, czyli mnie. Brat na szczęście złamał tylko nogę i nie ma z nią teraz najmniejszych problemów. Ja złamałam rękę, miałam lekki wstrząs mózgu i prawie całkiem straciłam słuch. Ze wszystkiego wyszłam, ale słuchu już nie odzyskam.

Noszę aparaty słuchowe, ale gdy je ściągnę, nic nie słyszę. Wszyscy uważają to za tragedię w moim życiu, ale ja się z tego cieszę. Nauczyłam się języka migowego (stwierdziłam, że może się kiedyś przydać), więc gdy dźwięki wyjątkowo mocno mnie denerwują albo po prostu mam taką ochotę, nie zakładam aparatów.
Niby życiowa tragedia, a dla mnie wybawienie. :)

#9DOcR

Wiele słyszy się o romansach w korporacjach i muszę powiedzieć, że w sumie jest to prawda. Od 4 lat pracuję w takim środowisku. O ile sytuacja, w której singiel spotyka się z singielką jest OK, to wielokrotne zdarzają się się sytuacje, gdzie napaleni faceci lub kobiety podbijają do sparowanych już osób lub wytwarzają się romanse między ludźmi w związkach. No, ale jak świat jest stary, takie sytuacje się zdarzają. I mnie spotkały niejednokrotnie nagabywania „kolegów” z biura, żebym wybrała się z nimi na randkę albo wyskoczyła na „godzinkę czy dwie” do hotelu – tłumaczenia, że mam chłopaka niewiele dawały.

W ostatniej firmie pracuję już ponad 2 lata. Jedną z moich najlepszych koleżanek z pracy była pewna Gosia. Biuściasta szatynka o raczej przeciętnej urodzie, mężatka z 7-letnim stażem i dwójką dzieci. Niekoniecznie błyskotliwa, ale za to bardzo miła i ciepła dziewczyna, która często raczyła nas domowymi wypiekami. Gosia łatwo nawiązywała znajomości, dlatego też kiedy około 1,5 roku temu pojawił się w naszej firmie Szymon, nowy manager pewnego działu, szybko nawiązała z nim kontakt. Szymon to taki typowy przystojniak w garniturze slim fit. Wiele dziewczyn zwracało na niego uwagę, zwłaszcza te młode, ale jego to nie ruszało. Wybadał sytuację i po jakichś trzech miesiącach zaczął przystawiać się do Gosi. Ona oczywiście na początku go odpychała, bo ma męża, dzieci i w ogóle nie w głowie jej romanse, ale nie dało się ukryć, że kiedy piękny Szymon stawał przy niej i prawił komplementy, nóżki jej miękły, a na buzi pojawiał się rumieniec. Dziewczyna coraz częściej krytykowała swojego nudnego i mało pomocnego męża, który po paru latach małżeństwa wyhodował brzuch piwny. Nim się obejrzeliśmy, Gosia ukradkiem spotykała się w copyroomie ze swoim Szymonem i znikała gdzieś na przyjęciach firmowych.

Parę miesięcy później poszła na długie zwolnienie lekarskie. Jak się okazało, jest w ciąży. Odwiedziłam ją parę razy, pytałam, czy czegoś jej nie trzeba. Dziewczyna siedziała w domu załamana. Ojcem dziecka jest oczywiście Szymon, jej mąż o niczym nie wie (i nigdy się nie dowie). 
Na początku Gosia chciała rzucić rodzinę dla Szymona i zacząć z nim nowe lepsze życie. Jednak podczas ich ostatniego spotkania dowiedziała się, że plany Szymona są inne. Otóż facet wymyślił sobie, że najpewniej nigdy nie założy normalnej rodziny, chce jednak posiadać dzieci, bo przecież ma zajebiste geny, więc jak to zrobić? Otóż w prawie każdej firmie w jakiej pracował znajdował sobie właśnie taką Gosię – przeciętną, ciepłą dziewczynę, przykładną mężatkę i dobrą matkę, romansował z nią, zapładniał, a potem zostawiał. Wybierał je tak, żeby mieć pewność, że kobieta nie zostawi męża, a dziecko będzie się wychowywało w porządnej rodzinie. Szymon takich dzieci ma już troje.

Taka oto historia nowego typu romansu korporacyjnego a'la zakładanie filii.

#WJQVh

Wychowałam się w dosyć niewielkiej miejscowości na południu kraju. Mieszkańcy moich okolic przywiązują bardzo dużą wartość do kościoła i tradycyjnych wartości, a moja mama pracuje w szkole jako katechetka, więc siłą rzeczy zostałam wychowana na osobę wierzącą. Odkąd pamiętam byłyśmy tylko we dwie – ojciec porzucił matkę, gdy dowiedział się o ciąży i nigdy ponownie nie weszła w związek, więc o rodzeństwie również nie było mowy. Ale nie narzekałam – życie było darem od Boga i akceptowało się je takim, jakie by nie było. Matka mnie kochała i wychowała najlepiej jak umiała – inni mieli przecież gorzej.

Kiedy zaczęłam dorastać, siłą rzeczy pochłaniałam coraz więcej pieniędzy (książki, ubrania, dojazdy, kieszonkowe), których o dziwo nigdy nam nie brakowało. Pensja nauczyciela na pół etatu nie jest wysoka, a i chłodny kontakt z moimi dziadkami nie pozwalał mi myśleć, że po cichu pomagają nam finansowo (panna z nieślubnym dzieckiem była czarną owcą w ich rodzinie). Zaczęłam więc zastanawiać się, skąd moja mama bierze pieniądze na moje zachcianki. Jej odpowiedzi były bardzo wymijające (spadki, oszczędności) i nie wierzyłam w nie. W mojej głowie zaczęły rodzić się coraz straszniejsze scenariusze, takie jak prostytucja i nielegalny handel. W końcu pewnego dnia wybuchłam – wygarnęłam mamie wszystko, rozpłakałam się rzewnie i zagroziłam wyprowadzką, jeśli nie pozwoli mi zrozumieć skąd ma pieniądze na utrzymanie dużego domu i mnie w nim. Złamała się – ze łzami w oczach powiedziała mi, że są to pieniądze, które co miesiąc wysyła na mnie ojciec.
W tamtym momencie zabrakło mi tchu. Całe życie wierzyłam, że jest to ostatni prostak, który porzucił ciężarną kobietę i dziecko, nienawidziłam go w duchu tak bardzo, że nawet nie zwykłam o niego pytać. A nagle okazało się, że żyje niedaleko i ma się dobrze. Z opowieści mamy wie on całkiem sporo o moim życiu, jednak nigdy nie chciał się ze mną spotkać osobiście. Dlaczego? Bo jest księdzem. Po romansie z moją matką i wpadce, jaką byłam, umówili się, że ona nie poda jego nazwiska w dokumentach, a on za to będzie pomagał w utrzymaniu dziecka do końca jego edukacji. Miało to uchronić jego „karierę” i „dobre imię”, gdyż gdyby wieść o dziecku księdza rozniosła się, jego posługa byłaby skończona. Mimo moich dalszych krzyków i awantur, matka nie zgodziła się na podanie mi jego nazwiska. Jednak nie poddam się. Sprawdzę wszystkie dostępne źródła, księgi parafialne i dowiem się, kto pełnił posługę w naszej parafii w roku mojego urodzenia. Muszę wiedzieć kim jest NN na moim akcie urodzenia. Chcę spojrzeć mu w twarz.

#YfujX

Moi rodzice mnie ignorują. Mam 17 lat, a oni zachowują się, jakbym była ich najgorszym wrogiem. Na zakupy nie mogę z nimi jeździć, jedzenia w lodówce nie mogę ruszyć, bo to nie moje. Gdy gdziekolwiek jesteśmy zaproszeni, zawsze siedzę sama, bo moi rodzice siadają jak najdalej ode mnie. Gotuję sobie sama ze składników, które sama z własnych pieniędzy muszę kupić. Nie chodzą na wywiadówki w szkole, a jak już, to z wielką łaską. Ostatnio zaczęli mówić, że powinnam zacząć płacić za wodę, prąd oraz czynsz za pokój. Mam młodszą siostrę, ale gdy tylko z nią rozmawiam, Młoda od razu leci do rodziców, żeby naskarżyć na mnie.
Dzieje się tak od dwóch lat, sama nie wiem czemu. 
Pewnie myślicie, że byłam niewdzięcznym dzieckiem, które wywala ich pieniądze na byle co. Otóż nie. Uczyłam się w miarę okej (teraz moja średnia trochę spadła ze względu na pracę, ale nadal nie jest źle), nigdy nie miałam kieszonkowego, nie prosiłam o nie, wracałam o ustalonych porach i... nagle przestali się odzywać. Tata odzywa się tylko wtedy, gdy jest pijany (a zdarza się rzadko), ale wtedy mnie wyzywa. Nadal nie potrafię się przyzwyczaić, że wchodząc do domu, w którym jest troje ludzi, nikt nie odpowie na moje „cześć”. Próbowałam z nimi rozmawiać, ale oni się zachowują, jakbym nie istniała i przechodzą obojętnie. Chyba pozostało tylko czekać do mojej pełnoletności i się wyprowadzić.

#hq0WB

Moja babcia uwielbia zarządzać rozmieszczeniem przedmiotów w cudzym domu.

Jakiś czas temu moja mama była prawie miesiąc w sanatorium, a że jesteśmy tylko we dwie, musiałam zająć się domem. Miałam wtedy bardzo niekorzystny plan zajęć na uczelni (prawie codziennie od rana do wieczora) i psa w domu. Babcia zaproponowała, żeby przekazać jej komplet kluczy. Dzięki temu będzie mogła wpadać, pobyć trochę z psiakiem, dać mu jeść i wyprowadzić na spacer. Jak dla mnie super. Pokazałam babci, gdzie są kubki, talerze i inne niezbędne rzeczy, by mogła zrobić sobie kawę, kanapki bądź przygrzać coś z lodówki. Prosiłam, by nie myła naczyń w zlewie, bo mamy zmywarkę, więc naczynia z całego dnia umyję wieczorem bądź na drugi dzień rano. Pokazałam babci, jak włączyć telewizor, zmieniać kanały i głośność. Kupiłam babci krzyżówki, bo wiem, że je lubi. Prosiłam, żeby nie sprzątała i zapewniałam, że wszystko ogarnę. Pokazałam tylko, gdzie są ściereczki, gdyby np. coś się rozlało.

Pierwszego dnia po powrocie do domu doznałam szoku. Babcia powyciągała ze zmywarki naczynia, które były jedynie wstępnie opłukane, i powsadzała je do szafek. Poprzekładała wszystkie garnki i naczynia, bo były ułożone inaczej niż u niej w domu.
Z piekarnika powyciągała mi blaszki i brytfanny, a powkładała tam patelnie, bo ona tak ma w domu, więc tak się robi. Dostałam opieprz, że nie mam przypraw i że nie można nic gotować i że to wstyd, bo nie umiem się zająć domem – oczywiście wszystko jest, ale nie w „sklepowych” opakowaniach, tak jak u babci, tylko poprzekładane do pojemniczków. Już pomijam fakt, że w lodówce było pełno jedzenia.
Czarę goryczy przelała następująca sytuacja: „A na biurku to twoja matka ma bajzel! Ale wszystko posprzątałam!”. Po pierwsze: nie bajzel, tylko polisy (moja mama jest agentem ubezpieczeniowym) i oferty posegregowane w stosiki po kilka kartek według dat, rodzaju polisy itd. Nie wszystkie były jeszcze odebrane przez klientów, więc czekały po prostu, aż któryś z nich podjedzie. Mimo że były UŁOŻONE, to według mojej babci na wierzchu nie może nic takiego leżeć. Przemieszała je i poupychała na różne półki bez ładu i składu.
Tak jak bardzo kocham moją babcię i większość jej uwag tego typu wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim i nie denerwuję się, tak wtedy myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Powiedziałam, że to nie jest muzeum, żeby potrzebne nam rzeczy nie mogły leżeć na wierzchu. Poupychała nowe dokumenty między jakieś stare, porozdzielała je, pomieszała, więc ja będę w tym teraz pół dnia dłubać. Czekały na odbiór, więc nie mogły zostać w takim stanie.

Babcia obraziła się na parę dni i stwierdziła, że jestem niewdzięczna. Do psiaka wpadała sąsiadka, starsza pani, która potem bardzo się ucieszyła, gdy podziękowałam jej czekoladkami i zaproszeniem na kawę :)

#SLpYW

Sobota, sklep mięsny.
Tata stoi w kolejce po szynkę, parówki i inne tego typu pokarmy. Przed nim pani z dwójką dzieci w wieku około 3 lat. Szkraby zaciekawione pytają: „Kto to był?” – i pokazują palcami na mięso. Mama odpowiada: „To był kurczak, świnka, krówka” itd. W pewnym momencie córka pokazuje na cienką kiełbasę i mówi: „A to był wąż, to był wąż!!!”.

Tata się popłakał ze śmiechu :)

#bRJgY

Sobota, piąta rano. 
Tata budzi się, zrywa do pracy i biegnie na dół. Po drodze zatrzymuje go teściowa (beznadziejny przypadek rannego ptaszka): „Marcin, gdzie ty lecisz, jest sobota”. Tata zdusił przekleństwo, wrócił na górę i poszedł spać dalej.
Niedziela, piąta rano.
Tata zrywa się i w szaleńczym tempie leci do pracy. Zbiega na dół, babcia w śmiech:
„Marcin, dziś jest niedziela, nadal nie musisz iść do pracy”.
Poniedziałek, piąta rano.
Zaspany tata wyłączył budzik z przebiegłą myślą: „Dzisiaj się już nie nabiorę”...

#4rstY

Kolega szwagra, załóżmy że to był Piotrek, był zwykłym gościem. Nie wyróżniał się niczym, ot zwykły człowiek. Pewnego dnia jechał sobie do pracy. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. To były dosłownie dwie sekundy, kiedy wpakował się na niego na czołówkę inny kierowca. Piotrkowi w szyję w okolice krtani wbiła się szyba, lekarze stwierdzili zgon na miejscu, zapakowali go w folię i wywieźli. Jakiś czas później rodzina Piotrka przyjechała do kostnicy, aby zacząć się przygotowywać do pogrzebu. Wielkie było ich zdziwienie, kiedy otworzyli drzwi kostnicy, a w rogu siedział skulony, nagi człowiek, okryty tylko płachtami ściągniętymi z nieboszczyków.
Okazało się, że Piotrek z wypadku nic nie pamięta, a obudził się już w kostnicy. Wokół wszędzie pełno martwych ludzi, drzwi zamknięte na cztery spusty, a na domiar złego piździło niesamowicie. Niewiele myśląc, zabrał kilka płacht z nieboszczyków, okrył się nimi i czekał, aż ktoś przyjdzie.
Od tamtej pory znajomi nazywali go Aniołem.

Pomyślicie, że gość oszukał śmierć? Ha, żeby było tego mało...

Anioł kilka lat po tym zdarzeniu był w robocie, gumowce po pachwiny, ubiór roboczy itd. Jakoś tak się stało, że w miejscu gdzie pracował zawalił mu się grunt pod nogami. Spadł kilka metrów w dół, a tam zgniotła go osuwająca się ziemia. Czyżby Aniołowi wyczerpał się limit szczęścia? Nic bardziej mylnego :) Koledzy z pracy wyciągnęli go stamtąd, biednego zawieźli do szpitala, a tam zajęli się nimi fachowcy. Złamane żebra, nogi, kilkanaście stłuczeń, wstrząs mózgu... to tylko kilka z jego dolegliwości. Lekarze stwierdzili, że jeszcze chwila pod gruzami, a mógłby nie wyjść z tego cało.

Teraz to już go nazywają Archaniołem :D

#6kyYG

Mam 30 lat i nigdy w życiu nie leciałam samolotem. Wstydzę się tego, bo większość osób, które znam, ma to już za sobą albo co jakiś czas lata sobie na wczasy, więc czuję się trochę jak dziwak. Kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice nie mieli kasy, tak że podróże były poza moim zasięgiem. Byłam kilka razy za granicą, gdy zarobiłam własną kasę, ale to były wypady samochodem, autobusem albo promem. Nie boję się latania, przeraża mnie odprawa na lotnisku. Nie wiedziałabym gdzie pójść, co robić po kolei i gdzie po wylądowaniu miałabym odebrać bagaż. Moja kuzynka w ogóle nie wsiadłaby na pokład samolotu, gdyby nie jakaś kobieta, która pokazała jej wszytko od A do Z. Koleżanka mojej mamy jakiś czas temu leciała po raz pierwszy, oczywiście stresowała się niemiłosiernie. Jej mąż powiedział jakiejś kobiecie z obsługi lotniska, że żona leci pierwszy raz i się denerwuje. Skontrolowali ją tak, jakby była potencjalną terrorystką i babka do dziś wspomina to nieprzyjemnie. Boję się, że u mnie mogłoby być podobnie. Chciałabym polecieć chociaż raz, ale z osobą, która już latała i wszystko by mi pokazała. Niestety, znajomych prawie nie mam, a ci co są, nie lubią podróżować. Wśród ludzi wstyd się teraz przyznać do tego, że nigdy się nie latało, bo to teraz jest powszechny środek transportu. Gdzie znaleźć osobę do wspólnego podróżowania, która pokazałaby laikowi, jak w ogóle przejść kontrolę przed lotem?
Dodaj anonimowe wyznanie