Zaczęło się niepozornie, z dwójką małych dzieci pojechałam na zakupy. Norma. Dzieci grzeczne, chodzę między półkami i czuję nadciągające tsunami. Szybko ogarniam co najpotrzebniejsze i gnam z latoroślą w stronę kas. W tym czasie w moim brzuchu odgrywa się istny armagedon. Jak gdybym włączyła jelita na wirowanie 1200 obr./min. Na zmianę okropny ból i ciśnienie na zwieraczach. Momentami było ciężko nawet iść... Na zmianę robi mi się gorąco i zimno, trzęsę się jak kloszard w trakcie delirium i myślę, co począć... Przy kasie pytam kasjera o toaletę, dla klientów niestety nie ma. Pakuję się i płacę, nie kontrolując odruchów mojego ciała. Samochód miałam blisko, chociaż tyle dobrego... Myślę sobie, że zapnę dzieci w foteliki i dzida za sklep, może i zachowam się jak zwierzę, ale nie mam innego wyjścia. Niestety, przy lokowaniu skrzatów w pojeździe nie wytrzymałam i po prostu poleciało... Fala upokarzającego ciepła na mnie spłynęła. Całe szczęście miałam coś, co zakryło mój tyłek. Dzieci już zapięte, jeszcze kwestia wózka na zakupy. Trudno, mimo że gardzę porzucaniem wózków na parkingu, tym razem nie miałam wyjścia. Szybkie rozeznanie, co mogę zrobić w tej sytuacji. Niestety, od domu 60 km, do rodziców 25 km, potem jeszcze jestem umówiona. To jadę się ogarnąć do rodziców. Rzucę jeszcze tylko reklamówkę na siedzenie, by ograniczyć rozprzestrzenianie się zawartości moich spodni.
Młodsze dziecko jak gdyby wyczuło, że coś jest nie tak... Darło się całą drogę. Wreszcie na miejscu, starszak śpi, dom jednorodzinny z podwórkiem, więc może zostać w samochodzie, biorę Młodego pod pachę i lecę do łazienki. Krzyczy. Kładę go na podłodze, sama odklejam od siebie spodnie i bieliznę ubabraną fekaliami i wydalam pozostałą treść żołądkową. Brzdąc wyje nadal, więc biorę go do piersi (jakimś cudem dłonie czyste). Słyszę przez okno, że Starszak się obudził z krzykiem. Odstawiam Młodszego od piersi, znów awantura. Dwoje dzieci krzyczy wniebogłosy, a ja najpierw muszę pozbyć się z siebie własnego gówna. Szybki prysznic, znalazłam jakąś torbę i zawinęłam w nią brudy. W międzyczasie z odsieczą do starszego przybyli dziadkowie, wzięli go do domu, ale ten dobija się do drzwi łazienki. Dzięki Bogu, słodycze mogą zdziałać cuda w takich sytuacjach.
Nikomu nie powiedziałam, co się stało. Znalazłam jakieś zastępcze ciuchy. Rodzice o nic nie pytali, choć myślę, że się domyślają...
Tak zażenowana nie byłam jeszcze nigdy, do tej pory na samą myśl mam chęć zapaść się pod ziemię.
Dodaj anonimowe wyznanie
Kto nie zesrał się kiedyś w spodnie, niech pierwszy rzuci rolką papieru.
A co, przycisnęło Cię i nie masz się czym podetrzeć, że trzeba Ci papier rzucać? Zdarza się ;)
Wyślij dziecko do przedszkola a poznasz ulubione choroby rodziców, zakażenie rota i adenowirusami:) kupa zabawy