#xxoKb

Moja babcia mieszka w bloku, więc wiadomo, ściany jak z papieru i wszystko słychać. Pewnego razu gdy byłem w odwiedzinach u babci, naszła mnie potrzeba pójścia do toalety. Myślę sobie, że szybko zrobię co mam zrobić i wyjdę. Niestety tak się nie stało, bo w pewnym momencie zacząłem słyszeć stękanie z mieszkania sąsiada piętro wyżej. Pomyślałem, że zabawnie będzie mu przeszkodzić... Jak pomyślałem, tak zrobiłem – i zacząłem pukać metalowym kijem w kaloryfer. Po chwili stękanie ustało, i ktoś wyżej zaczął pukać w kaloryfer...

I tak właśnie mój w planach 5-minutowy pobyt w toalecie przedłużył się do 30 minut, bo kłóciłem się kodem Morse'a z sąsiadem wyżej :D

#AtyV7

Moja mama uważa, że jest najbardziej chora na świecie. Potrafi się licytować na choroby nawet z osobami, które mają złośliwe nowotwory i są o krok do śmierci. Mama choruje na cukrzycę i jakieś tam inne schorzenia, z którymi można normalnie żyć, jeśli się bierze leki. Ale kiedy ją posłuchać, to jest obłożnie chora, a to że pracuje to po prostu jej bohaterstwo i wszyscy mają ją podziwiać z tego powodu, bo taka chora powinna już leżeć i nie wstawać. Ostatnio przyszła do niej znajoma z mężem i dziećmi, kiedy akurat byłam u rodziców w odwiedzinach. Znajoma ma raka i widać po niej, że jest po prostu zmęczona walką z chorobą. Co zrobiła moja matka? Rozpoczęła licytację, kto jest bardziej chory. Zaczęła wymieniać wszystkie swoje choroby, które są normalne w podeszłym wieku, typu pogorszona pamięć, pogorszony wzrok, słuch itp. Znajoma ma 30 lat i malutkie dzieci, które w każdej chwili może osierocić. Ale moja mama ma ciężej w życiu i jest oczywiście bardziej chora.

Wstyd mi było strasznie...

#kdrxn

Od kilku lat zauważyłem, że pomimo tego, że mamy internet, ludzie stali się jacyś ograniczeni umysłowo. Mają problem z najprostszymi sprawami. Myślę, że powiedzenie „nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi” już dawno jest nieaktualne. Ludzie czasami potrafią mnie spytać o takie rzeczy, że mam ochotę odpowiedzieć im tak samo głupio albo powiedzieć, że głupio pytają, ale nie lubię wywoływać konfliktu.

Przykłady z liceum:
– Dzień przed maturą znajomi z klasy pytają na grupie klasowej, o której jest matura. Jakby nie mieli internetu i wielu miesięcy, żeby się tego dowiedzieć.
– Innym razem koleś dosłownie co kilka dni na Messengerze pytał, jakie mamy jutro lekcje. Gdybyśmy tylko mieli swoje konta w dzienniku elektronicznym, w którym ten plan jest... Ano tak, mieliśmy. Nie mówiąc o tym, że licealista powinien raczej pamiętać takie rzeczy.
– Jakiś chłopak z innej klasy na maturze pożyczył ode mnie kalkulator. Dałem mu, ale byłem w szoku, bo podczas gdy ja miałem trzy sztuki na wszelki wypadek, żeby żaden mi nie odmówił posłuszeństwa, on nie miał żadnego. Raczej nie można tu mówić o biedzie, bo taki kalkulator kosztuje grosze, no i koleś był ubrany bardzo elegancko.
– Kolejnemu dosłownie na każdy dzień ktoś pożyczał długopis, bo to bardzo trudne spakować chociaż jeden do plecaka i mieć go na stałe.
– Koleżanka z klasy na próbną maturę nie wzięła długopisu. Nie to, że niebieski, a musiał być czarny. Nie wzięła żadnego. Ja jej musiałem pożyczyć. Walnąłem face palma, gdy ta sama koleżanka spóźniła się o godzinę na drugi dzień matury próbnej, bo myślała, że jak w poniedziałek mieliśmy na 9:00, to przez trzy dni tak będzie. Oczywiście wszystkie godziny elegancko napisane w wiadomości na dzienniku elektronicznym.

Myślałem, że na studiach ludzie będą trochę bystrzejsi, no ale źle myślałem.
– Wykładowca na każdym wykładzie mówi, gdzie można znaleźć nagrany wykład, a i tak zawsze ktoś spyta. Kończy się semestr, a ludzie nadal tego nie wiedzą.
– Pod koniec semestru studenci nadal nie wiedzą, co to jest sesja, termin zerowy itd.
– Prawie koniec semestru, a nadal są studenci, którzy nie odebrali legitymacji i ciągle pytają, gdzie to odebrać, pomimo że ten wątek na grupie był poruszany wielokrotnie.

Podałbym jeszcze kilka przykładów, ale ogranicza mnie liczba znaków

Myślicie, że w XXI wieku (zwłaszcza przy tylu możliwościach sprawdzenia jakiejś informacji) ludzie używają rozumu, a to nieprawda. Ludzie są totalnie prymitywni. Tylko mały procent ludzkości ma dobrze rozwinięty umysł i korzysta z wszelkich źródeł informacji, reszta mentalnie żyje w drugim wieku p.n.e.

#dZ8bL

Parę dni temu moja przyjaciółka obejrzała jakiś dokument na temat aborcji i poruszyła ze mną ten temat. Według niej ktoś, kto dokonuje aborcji, jest mordercą i złym człowiekiem. Nie miałam ochoty na dyskusje, więc stwierdziłam, że zapewne nie raz spotkała kogoś, kto dokonał aborcji, i mogłaby się zdziwić. Wtedy usłyszałam, że ona potrafi rozpoznać, kto jest dobry, a kto zły...

Usunęłam ciążę parę miesięcy temu, bo zawiodła nas antykoncepcja, nie za bardzo mamy teraz pieniądze na dziecko, bo mamy dwa kredyty (nieduże, ale są), które musimy spłacić, no i ostatnio mój facet musiał zmienić pracę na mniej płatną, bo firma splajtowała. Od paru lat oddaję krew, niejednokrotnie jak było mnie stać wspierałam różne fundacje. Gdy byłam młodsza, byłam wolontariuszką itd. Mimo wszystko jestem złym człowiekiem, gdyż usunęłam ciążę, bo nie chciałam, aby dziecko klepało biedę i patrzyło na rodziców harujących na dwie zmiany, aby opłacić kredyty i mieć za co zjeść. A ja nie mam wyrzutów sumienia. Bardzo chciałabym mieć dziecko, ale nie stać mnie teraz na to. Jak tylko pospłacamy kredyty i ustabilizujemy sprawy finansowe, to postaramy się o dziecko. Nie wyobrażam sobie urodzić dziecko na zasadzie: jakoś to będzie, a potem odmawiać dziecku dobrej jakości jedzenia, wyjazdów czy korepetycji, bo mnie na to nie stać. Fakt, iż już teraz jesteśmy pod kreską nie rokuje dobrze na przyszłość, bo dziecko to duży wydatek..

Wybaczcie, anonimowi, że tutaj, ale oprócz partnera nie mogę z nikim się tym podzielić. Nawet przyjaciółka by mnie krytykowała. Nie pozostało nic innego jak anonimowi. Dziękuję.

#uoba2

Mam 22 lata, studiuję, a od kwietnia spotykam się ze wspaniałym facetem, na którym niesamowicie mi zależy. Moja mama i siostra na początku o niczym nie wiedziały (niespecjalnie chciałam zapeszać, szczególnie że poprzedni długoletni związek skończył się z, mówiąc kolokwialnie, mocnym pier$#@lnięciem), jednak, na moje nieszczęście, zorientowały się po jakimś miesiącu. Jak to z babami bywa, zaczęły się pytania, a gdy to nie przynosiło zamierzonego celu, czyli spowiedzi niczym u dominikanów, te dwie próbowały zabawić się w przebiegłe agentki FBI i dowiedzieć się co nieco. Podpuszczanie mnie, próby wypytania przyjaciółek... no nic, piwo się rozlało. Postanowiłam się przyznać. I wtedy się zaczęło.

Mój facet jest ode mnie sporo starszy. Nie jest to 60-letni mężczyzna, który mógłby być moim dziadkiem, ale parę lat więcej i mógłby być moim ojcem. Młodym, ale mógłby. Dla mnie to nie ma znaczenia, dogaduję się z nim jak z nikim innym, czuję, że mam w nim oparcie w każdym możliwym momencie, potrafi rozbawić mnie do łez, nawet ze znajomymi w swoim wieku nie potrafię się wygłupiać tak jak z nim. Jestem po prostu najszczęśliwszą kobietą, a każdego dnia zakochuję się w nim coraz bardziej. Dla nich to już był pierwszy problem. Oprócz tego jest elektrykiem. Tego znieść już nie mogły. Zaczęły się docinki, że jak to przyszła „elita” kraju może być z kimś takim. Jak ja sobie to wyobrażam? Przecież mogłabym znaleźć sobie kogoś lepszego (ilość epitetów, które były w stanie wymyślić do opisania „ideału dla mnie” była niesamowita). Kogoś na moim poziomie. Nie jest dla nich ważne to, że w końcu od dłuższego czasu czuję się potrzebna, kochana. Nawet to, że na studiach idzie mi coraz lepiej (facet siedzi ze mną i kuje mnóstwo czasami nudnych i całkowicie niepotrzebnych mu rzeczy, tylko po to, by dodać mi otuchy). Ważne jest to, że nie ma dyplomu, który w zasadzie i tak nic nie znaczy w dzisiejszych czasach.

Do tej pory nie poznał mojej rodziny i podejrzewam, że nieprędko to nastąpi, bo jak mam mu powiedzieć, że mieszkam z zawistnymi i fałszywymi babami?

Morału nie będzie. Myślałam, że zostałam wychowana przez bardziej wartościowych ludzi. To po prostu przykre, jakie świat przyjął priorytety i jak wielkie są uprzedzenia tylko ze względu na „niższy status społeczny”.
Pominę to, jak bardzo wstydzę się, że są moją rodziną.

#rSksL

Moje otoczenie twierdzi, iż jestem dziwny, ponieważ wszędzie chodzę z plecakiem (oprócz domu, 45 minut lekcji, spotkań), na przerwach też go nie zdejmuję. Nikomu nie pozwalam dotykać swojego telefonu, nigdy nie patrzę w oczy, kiedy z kimś rozmawiam, odsuwam się od osób (które ze mną rozmawiają w danej chwili), a najgorsze jest, kiedy ktoś, z kim gawędzę, dotknie mnie. Nie cierpię tego, nawet nie wiem jak to opisać, lecz odczuwam wtedy ogromny dyskomfort i chęć jak najszybszego odejścia chociaż krok do tyłu. O tym ostatnim mało kto wie. Ogólnie jestem zamknięty w sobie, a mówienie komuś czegokolwiek, co mogłoby naruszyć moją prywatność jest dla mnie nie do pomyślenia. Ujawnianie moich słabości może mi później zaszkodzić, dlatego wszystko (mam nadzieję, że dobrze) kryję w sobie. Tutaj jednak na szczęście nikt mnie nie rozpozna.

Kiedyś zacząłem myśleć czemu tak jest i w końcu doszedłem do wniosku, że rzeczy, z którymi się prawie nie rozstaję, są prawie wszystkim, co mam. Co prawda mam rodzinę, dom, ale w rodzinnym budynku nawet łóżka i biurka nie posiadam. Śpię z jednym z rodziców (za niedługo będę mieć 17 lat), a miejsce, które obrałem sobie na odrabianie lekcji, prawie zawsze jest zawalone przedmiotami innych członków rodziny, co mnie niezmiernie irytuje. Kiedy już trudno odgrzebać moje książki, zmieniam miejsce, ale niewiele to daje, bo tam, gdzie moje rzeczy, tam jeszcze więcej rzeczy innych. Na „mojej” półce większość zajmują nie moje przedmioty. Własny pokój to dla mnie marzenie ściętej głowy. Rodzicom nic o tym nie mówiłem, nigdy się u nas nie przelewało, a poza tym zbyliby mnie pewnie tekstem typu „nie narzekaj, nie masz wcale tak źle, inni mają gorzej”. Szczerze mówiąc, zazdroszczę trochę starszemu rodzeństwu (dodam, iż jestem najmłodszy), które ma swoje miejsce oraz po którym całe moje nieszczęśliwe i krótkie dzieciństwo nosiłem ubrania.
Ja po prostu bronię własnych cennych rzeczy.
Dodaj anonimowe wyznanie