#u3fZ0

Moja rodzina od zawsze była religijna, więc uniknięcie niedzielnej mszy graniczyło z cudem.
Tego wieczora, kiedy miało miejsce dalej opisane zdarzenie, czułam się bardzo źle i bolał mnie brzuch. Niestety nie miałam jak wykręcić się z wyjazdu do kościoła. Moich rodziców nigdy nie przekonywało złe samopoczucie czy choroba – masz jechać i już. No to pojechaliśmy. Była późna jesień, msza na godzinę 18, więc na dworze ciemno.
Na początku było spokojnie, brzuch lekko dawał o sobie znać. Ale potem... koszmar. W połowie kazania wyszłam z kościoła pod pretekstem nudności i zawrotów głowy. Prawda jest taka, że uciekłam do ogrodu na terenie kościoła i zrobiłam największą kupę w swoim życiu. Całość przykryłam papierem i jesiennymi liśćmi. Potem jak gdyby nigdy nic wróciłam do kościoła i odsiedziałam spokojnie w ławce resztę mszy.

#1Ojqj

Wszystko działo się w okresie 2007-2009. Moja żona nagle zachorowała i jakiś czas leżała w szpitalu, a potem w domu pod opieką dochodzącej opieki oraz mojej teściowej. Teściowa była wdową od 2001 roku. Żona po długiej chorobie – rak – zmarła. 
Miałem dwie córki, starszą Magdę lat 12 i młodszą Dorotę lat 9. Początkowo usiłowałem dawać sobie radę samemu, ale po nieco ponad roku zacząłem mieć sam problemy zdrowotne, co zmusiło mnie do zwrócenia się o pomoc do teściowej. Mieszkała około 60 km od naszej miejscowości, zatem dojazdy, tym bardziej że teściowa nie miała samochodu ani prawa jazdy, nie wchodziły w grę. Ponadto sama jeszcze pracowała, choć tylko na części etatu. Po wielu rozmowach doszła do wniosku, że powinna, dla dobra wnuczek, zwolnić się z pracy i choćby czasowo przenieść się do naszego mieszkania. Jakoś tak się ułożyło, że udało jej się wynająć swój dom, zatem miała jako taką rekompensatę za utracone zarobki. Przeniosła się do naszego mieszkania, ale problemem było, gdzie kto ma spać. Z konieczności zająłem miejsce na kanapie w tzw. salonie, a teściowa w byłej naszej sypialni. 
Czas robił swoje. Ja powoli godziłem się z utratą ukochanej, a teściową siłą rzeczy stawała się coraz bliższą osobą. No i stało się. Raz i drugi... A potem już niczym w dobrym małżeństwie. 
Czy to naganne? Być może. Ale w końcu nikt nie jest z drewna, a teściowa okazała się bardzo dobra w tych sprawach. I tak sobie żyjemy, a córki wyszły z domu i jest fajnie.

#WS4sH

Jestem już dorosłą kobietą i od najmłodszych lat mam psa. Od zawsze jest moim najlepszym przyjacielem, poza jedną sytuacją, której nigdy mu nie wybaczę, a mianowicie... wyruchał mnie.

Miałam wtedy kilka lat, może 6. Mój pies był już wtedy większy (i cięższy) ode mnie. Były to ferie zimowe, nie było mnie kilka dni w domu. Zabrałam go na spacer, na boisko, gdzie bawili się moi znajomi. Piesek tak cieszył się ze spaceru i mojego powrotu, że na mnie wskoczył i mnie przewrócił i wtedy stało się coś strasznego, zaczął mnie posuwać w udo na oczach wszystkich znajomych, a ja nie mogłam się spod niego uwolnić. Znajomi stali i się śmiali, a ja siłowałam się z psem, żeby mnie wypuścił. Niestety, zrobił to dopiero jak skończył swoje.

#FRVn0

Jestem półgłówkiem, wiem o tym. Moje IQ jest niskie, ale jakoś w życiu sobie radzę.
Dzieciństwo spędziłem z ojcem i dziadkami. Mama umarła, jak miałem rok. Mieszkaliśmy na wsi. W szkole mi nie szło. Byłem tym głupim wieśniakiem. Udało się skończyć gimnazjum i poszedłem do zety na murarza. Obecnie pracuję na wykończeniach.
Od zawsze byłem duży, mam jakieś 210 cm wzrostu i pewnie 140 kilo, ale i tak byłem popychadłem, bo byłem gruby i miałem niską pewność siebie. Od kilku lat co środę i piątek idę na sztuki walki. Nie jestem agresywny, bardziej chodziło o hobby, bo żadnego nie miałem nigdy. Ale dzięki temu nabrałem też pewności siebie i odwagi.
Poznałem dziewczynę, jest śliczna i o wiele mądrzejsza, a mimo to dogadujemy się i tworzymy parę.
Jakiś czas temu jadąc autem, popełniłem błąd i wjechałem na skrzyżowanie, a pierwszeństwo miało inne auto. Zatrzymałem się i wycofałem, ale kierowca tamtego auta wysiadł i zaczął uderzać w moją szybę. Otworzyłem i przeprosiłem, ale facet uderzył mnie w głowę i nazwał skończonym debilem i chciał, żebym wysiadał. Wtedy we mnie coś pękło.
Wysiadłem, chłop zwątpił, ale już nie miałem kontroli nad własnymi rękami. Poszedł pierwszy cios, potem jeszcze kilka i na koniec kopniak w dupę.
Roztrzęsiony, z sercem bijącym jak młot udarowy, wsiadłem do auta i pojechałem, ten facet też odjechał.
To było kilka tygodni temu, a do dziś na samo wspomnienie mam atak paniki i boję się, że mu coś zrobiłem.
Musiałem się wygadać, bo nikomu nie powiedziałem, a byliśmy tam sami.

#EcWmL

Mam wiele problemów ze sobą, przez co rzuciła mnie dziewczyna, ponieważ te problemy nawet ją przerosły.

Czuję się okropnie i nie wiem co mam robić, wsparcia ze strony rodziców nie mam. Mama po studiach pedagogicznych non stop mówi mi, że facet powinien być twardy i nie pokazywać problemów, które ma, i że sobie wymyślam, zasiałem w sobie ziarno problemu i tak se wymyślam kolejne problemy – i taką mantrę słyszę od podstawówki, bo ona uważa, że żadnego problemu nie mam, a ona jest po studiach i wie lepiej. Czuję się przez to okropnie, miałem wiele momentów w życiu, w których budziłem się rano i zadawałem sobie pytanie "Co przyniesie mi ten parszywy los, czy jest sens dalej żyć". Dziewczyna przed zerwaniem chciała nakłonić mnie do wizyty u psychiatry, ale nie uważałem, że mam aż takie problemy, jednak po zerwaniu czuję, że jednak są one poważne, ale boję się iść do psychiatry. Czuję, że jeżeli tam pójdę, to po powrocie do domu dostanę opierdol stulecia, boję się i nie wiem co mam zrobić, bo jedyna osoba, której mogłem powiedzieć wszystko odeszła. Znowu moje myśli gnają w stronę "umrę jako singiel, nie zasługuję na szczęście, jestem debilem, że ją odstraszyłem, mam siebie dość".

Od podstawówki zaczęły mi się pierwsze problemy, koledzy się ze mnie śmiali, bo miałem dysleksję i gorzej się uczyłem. Trzymałem to w sobie i myślałem, że przejdzie. W gimnazjum pomagałem wszystkim naokoło, nawet kosztem swojego szczęścia lub dobra, a nie potrafię teraz przyjąć żadnej pomocy, pomimo że tyle wspaniałych osób wyciąga do mnie pomocną dłoń. Nazbierało się we mnie tysiące, jak nie setki tysięcy negatywnych myśli, wspomnień, wydarzeń. Co począć?

#TBe9P

Jestem osobą z zaburzeniem osobowości borderline. Chodzę na terapię.

Pół roku temu przeprowadziłam się do innego miasta, z dala od rodzinnego domu. Odkąd to zrobiłam, moim życiem zawładnęły okropne lęki. Boje się odkręcać kuchenkę gazową, bo wybuchnie. Boje się jeździć windą, bo spadnie albo nagle się zatrzyma. Boję się każdego dźwięku. Czy to nadjeżdżający samochód, czy lecący samolot (mieszkam obok lotniska). Boję się jeździć autobusem. I nagle boję się ludzi.

Poszłam na terapię, bo codziennie jeżdżę autobusem. Codzienne robię te rzeczy i widzę ludzi. I muszę jakoś żyć. Doskonale wiem, że te lęki to paradoks. Moje ciało o tym nie wie. Codziennie mam nerwobóle. Mój terapeuta powiedział, że muszę stawić czoła moim lękom. Więc tak robię. Nawet jeśli strasznie się boję. Nie uciekam od tego. Wsiadam do windy. Odkręcam gaz. Jadę autobusem.

Trzymajcie za mnie kciuki. Mocno pracuję nad tym, by ogarnąć ten chaos w głowie. 🙃

#FiYLE

Odkąd pamiętam mój tata miał problem z alkoholem. Kilka razy trafiał na różne grupy AA, nawet udało mu się nie pić ponad 2 lata. Niestety znowu zaczął, nie pamiętam dokładnie czemu, bo miałam wtedy może z 8-9 lat. Obydwie z siostrą bardzo go wspierałyśmy i dopingowałyśmy, żeby nie pił. Jednak z czasem zaczęłyśmy się po prostu irytować, że tata i tak pije i nasze wsparcie malało. Byłyśmy coraz starsze, miałyśmy swoje problemy.

Kiedy miałam 18 lat, rzucił mnie chłopak (wtedy wydawało mi się, że to mój ideał). Załamałam się, większość dni spędzałam na płaczu i użalaniu się nad sobą. Trwało to prawie pół roku. Moja siostra w tym czasie siedziała głównie u chłopaka. Widziałam czasem, jak tata zapisuje datę, od której przestanie pić, widziałam też, jak ją skreśla i pisze nową. Było mi go żal, ale nie wiedziałam jak mogę mu pomóc i byłam zbyt zajęta swoją "tragedią". Tym sposobem nie zauważyłam, że mój tata zwyczajnie oprócz problemów z alkoholem cierpi na depresję i naprawdę potrzebuje pomocy.
Dowiedziałam się o tym z jego pamiętnika, w którym pisał, ze "Ola siedzi znowu zamknięta w pokoju, Ali nie ma w domu, a ja jestem sam". Niestety jak już nie żył. Popełnił samobójstwo.

Najgorsze jest w tym to, że mówił o tym wcześniej, tylko mu nie wierzyłyśmy. Podobno miał już za sobą próbę samobójczą, i to chyba nie jedną, więc reszta rodziny twierdzi, że i tak by to zrobił, ale ja nie mogę pozbyć się wyrzutów sumienia. Żałuję, że wolałam siedzieć zamknięta w pokoju, niż porozmawiać z tatą.

Od tamtego czasu minęły prawie 4 lata, a ja wciąż nie umiem się z tym pogodzić. Właśnie świętowałby swój pierwszy Dzień Dziadka.
Dodaj anonimowe wyznanie