#NRw5o

Dwa miesiące temu ktoś uszkodził mi samochód i odjechał z miejsca zdarzenia. Na monitoringu z okolicznych firm ustaliłem sprawcę - model samochodu, kolor, kierunek i godzinę przyjazdu, sam moment uderzenia. Nie udało mi się ustalić numeru rejestracyjnego. Zgłosiłem sprawę na Policję w nadziei, że to tylko formalność.

Po sześciu tygodniach okazało się, że sprawcy ustalić się nie da, a ja dostałem mandat za nieprawidłowe parkowanie. W chwili zdarzenia moje auto stało jednym kołem na powierzchni wyłączonej z ruchu. Nawiasem mówiąc - kontakt z policjantem prowadzącym sprawę był koszmarny. Czułem się jak bandyta, a nie jak poszkodowany. Upewnili się, że mam ubezpieczenie AC i tyle się przejęli.

Można się załamać z taką pracą policji. Brakuje słów, a te które są nie nadają się do przytoczenia.

#ctk39

Był taki okres w moim życiu, kiedy jadłam jedzenie ze śmietnika. Całą rodziną jedliśmy.

Kilkanaście lat temu funkcjonował w naszym mieście taki mały, niemiecki supermarket. Zawsze robiliśmy tam zakupy. Pewnego zimowego wieczora tato zaparkował naszego maluszka w pobliżu kontenera na śmieci. Kiedy wracaliśmy już do auta po zrobionych zakupach, uwagę mojej mamy przykuła skrzynka bananów leżąca na samym wierzchu śmieci. Początkowo były obawy, wstyd, ale w zasadzie to my z bratem nalegaliśmy. Banany to był dla nas rarytas. Nie żyliśmy co prawda biednie, ale wszystkie pieniądze rodzice przeznaczali na budowę domu i rzadko kiedy mogliśmy sobie pozwolić na więcej. Od tego wieczoru się zaczęło. Banany, mandarynki, granaty, czasem jakieś bardziej egzotyczne owoce, których nazw nawet nie znaliśmy. Nierzadko też mama zwoziła warzywa- kapusty, kalarepy i inne takie. Mogliśmy jeść do woli. Sielanka skończyła się, kiedy kontener zaczęto zamykać na kłódkę. Ale co skorzystaliśmy, to nasze:)
Dodam jeszcze tylko, że parking był całkiem za sklepem, na uboczu, nie było widać, czy ktoś grzebie w koszu, czy nie. Tym bardziej, kiedy było ciemno. A to, co w nim znajdowaliśmy, wcale nie było jakieś zgniłe, czy śmierdzące. Ot, powynoszone całe skrzynki owoców i warzyw, które nie zeszły w tym terminie, w którym powinny.

Mimo wszystko, nie jest to coś, o czym bez zażenowania mogłabym mówić publicznie;)

#e3ZjH

Kiedyś bardzo chciałem mieć dziewczynę, więc działałem. Dostałem w tym czasie mnóstwo koszy, jednak sytuacja, o której opowiem była zupełnie inna.

Był październik. Służyłem w kościele jako lektor podczas różańca i mszy świętej. Zauważyłem pewną kobietę, która regularnie chodzi na mszę. Pomyślałem sobie: "to jest dziewczyna dla mnie, z wartościami".

Następnego dnia postanowiłem po mszy do niej zagadać. Było już ciemno i pochmurno. Przebieram się w mgnieniu oka, aby ją złapać... zdążyłem - idzie teraz w moim kierunku. Myślałem co tu powiedzieć, o co zapytać, gdy nagle w niesamowity szybki sposób już mnie minęła - ledwo zdążyłem wykrztusić z siebie "hej", a ona była już kilkadziesiąt metrów dalej, więc nie mogła mnie usłyszeć.
Pójdę za nią - pomyślałem.
Blisko kościoła jest mały lasek, do którego dziewczyna się udała. Byłem wystarczająco blisko, jednak pomyślałem: Teraz lepiej jej nie zaczepiać w środku lasu, bo pomyśli, że gwałciciel i się przestraszy.

Minęliśmy las. Pewnym krokiem idę za dziewczyną, by ją złapać i zagadać. Niestety ulica nam przeszkodziła i ona przeszła na drugą stronę, a mnie się nie udało uniknąć sznura samochodów (pasy daleko). Po jakiejś minucie udało mi się przejść, tak że czym prędzej pobiegłem, by kobiety nie zgubić; jednakże podczas mojego pościgu niewiasta zauważyła moją skromną osobę, która biegnie w jej stronę. Było ciemno, brak ludzi... Krzyknęła i zaczęła uciekać. Osłupiałem. Oczywiście wiedziałem co się stało i dlaczego się przestraszyła, tak że poszedłem do domu.

W kościele się już nie pojawiła, tylko zastanawiałem się, czy dlatego, że mnie rozpoznała, czy dlatego, że to miejsce jej się źle kojarzy. Odpowiedź na to pytanie przyszła tydzień później.

Wracam ze szkoły do domu autobusem. Dziewczyna z kościoła wsiadała do tego samego autobusu. Była bardzo zmieszana i widać było jej strach, a jego widoczną oznaką był fakt, że wysiadła na najbliższym przystanku jakieś 200 m dalej.

Zatem panowie, nie próbujcie podbijać do kobiet, gdy jest ciemno i nie ma wśród was innych ludzi.


PS Sytuacja opanowana, poprosiłem koleżankę, by z tą dziewczyną pogadała i wszystko wyjaśniła. Może do mnie się nie odzywa, ale przynajmniej się nawróciła i chodzi dalej do kościoła ;)

#t3OM1

Moi rodzice mieszkają w bardzo spokojnej okolicy.

Kilka lat temu, mieszkając jeszcze z rodzicami, zostałam sama w domu na noc. Mama wyjechała na kilka dni, a tata umówił się z kumplami.

W środku nocy słyszę walenie do drzwi. Sprawdzam więc kto to jest. Nikogo nie ma. Po chwili ktoś puka w okno mojego pokoju, wiec biegnę tam. Nikogo nie ma. Jedynie zauważyłam drabinę. Siadam zrezygnowana i nieco przestraszona, po czym słyszę w piwnicy głośny huk i tłuczone szkło. Ktoś się włamał!
Schodzę na dół z patelnią (!) w ręku, a tam wokół potłuczonego okna drzemie mój nawalony tatuś.
Gdy następnego dnia mu powiedziałam, że zostawiłam specjalnie otwarte drzwi od domu, żeby mnie nie budził w nocy, to myślałam że się załamie :D

#ttIZQ

Pojechaliśmy z mężem na miesiąc miodowy. Na pewną ciepłą wyspę. Ta okazała się trochę droższa niż przypuszczaliśmy. Pół dnia szukaliśmy na popularnym serwisie idealnego pokoju (oboje jesteśmy z branży hotelowej, więc jesteśmy wybredni). Nie za drogi, nie za tani. Miesiąc miodowy miesiącem miodowym, a racjonalne myślenie racjonalnym myśleniem. W końcu pojawił się on. Pokój przepiękny. Czytamy opinie, głównie dobre, ale pojawiło się trochę negatywnych. Tutaj chwilowe zwątpienie w ludzkość, bo ludzie stawiali fatalne opinie, bo np. nie było malutkich miseczek, tylko same duże i np. mydło było za mało pachnące.

Pokój wynajęty. Przyjechaliśmy na miejsce, 1 piętro domu rodzinnego było zaadaptowane na pokoje do wynajęcia, a wszystkim zajmowała się przesympatyczna dziewczyna z pomocą rodziców. Wchodzimy do pokoju, ten bardzo zadbany i co najśmieszniejsze, dziewczyna zadbała o wszystko, o co jej pocisnęli w opiniach. Czyli np. wszelki przekrój miseczek i kilka rodzajów mydła do wyboru. Była 2 pojedyncze łóżka (trochę małe, jak dla dzieci), więc złączyliśmy je w małżeńskie.

Do rzeczy. Miesiąc miodowy, więc wieczorem się dzieje. W pewnym momencie TRACH! Poszło łóżko. Jedna część się złamała. Nagle wszystkie cyklady przestały śpiewać, wszystkie wieczorne gwary za oknem ucichły i wokoło panowała tylko głucha cisza. W oczach przerażenie. Na bank ci na dole wszystko słyszeli. My dalej w bezruchu (złączeni). Jak się ocknęliśmy, zaczęliśmy snuć plan co by tu zrobić. Nie no. Nie przyznamy się przecież. Mąż poszedł do samochodu po jakiekolwiek narzędzia i rozwinęliśmy warsztat. Łóżko zostało naprawione nożem do chleba, zapasowymi gwoździkami i młotkiem z deski do krojenia. Lekko opadało, ale było stabilniejsze niż przedtem. Polak potrafi.

Następnego dnia pojechaliśmy zwiedzać. I ustaliliśmy, że nie możemy całe życie się poddawać, jak u nas w firmie. Przyjechaliśmy w końcu na miesiąc miodowy i jak babka będzie miała pretensje, to powiemy jej co sądzimy o jakości łóżek. W ostateczności oczywiście zapłacimy. Po zwiedzaniu przyjechaliśmy zabrać rzeczy, oddać klucze i się pożegnać. W miejsce opadających desek podłożony był koc, żeby wyrównać materac. Pani do nas podeszła i ze strachem w oczach zapytała, czy wszystko w porządku. Powiedzieliśmy, że tak... i ze przepraszamy, ale... A ona nam wręczyła olejki lawendowe domowego wyrobu za nieudogodnienia jakie nas spotkały i podziękowała za naprawę.
To było najmilsze na świecie.

Pisze to jako miłe wspomnienie i proszę Was, Drodzy Anonimowi, byście nie wypisywali opinii wyssanych z palca, czy o hotelach, kawiarniach i innych, bo tak. Bo liczy się wasz niedosyt. Jeśli jest coś nie tak, to powiedzcie obsłudze. Poprawią to.

Nasza opinia dla hotelu 10/10.
Seksu nie dokończyliśmy ;)

#Vho3k

Rozmawiałam ostatnio z moim ojcem. Szczera poważna rozmowa... o rasizmie, homofobii i jeszcze wielu innych rzeczach. W końcu stwierdził, że jest bardzo tolerancyjny. Po jakimś czasie dodał, że bardzo chciałby mieć wnuki.

Przepraszam tato, ale w najbliższym czasie mam zamiar przedstawić Ci moją dziewczynę...

#SpUtj

Znów przepłakałam całą noc. Mając 33 lata, nic nie osiągnęłam w życiu. Żadnej rodziny ani normalnej pracy, ani nawet znajomych, nawet jednej koleżanki. Żadnego własnego kąta. Mieszkam z mężczyzną i jego synem w jego domu, znając go tylko 3 miesiące, bo już nie miałam wyjścia. 
Mam brzydką twarz, jestem niska. Matka znęcała się nade mną całe życie. Jej traktowanie zemściło się na moim życiu. Nie umiem podejmować decyzji, wszystkim się stresuję, cokolwiek próbuję załatwić, sprawia mi ogromny stres. Teraz nie słyszę od mojego mężczyzny krytyki, nie ma przemocy, szarpania, wyzywania, bicia. Słyszę za to pochwały: ładnie dziś wyglądasz, smakowało mi, ten dom błyszczy dzięki tobie, czuję się wypieszczony. On nie krzyczy, nie ma skłonności do agresji. Czuję przy nim ogromne bezpieczeństwo, spokój i zaczynam go powoli kochać. Nikt nie dał mi nigdy tyle, co on, nikt nigdy mnie nie doceniał, nie opiekował się mną. Pomimo tego wszystkiego żyję jednocześnie w poczuciu strachu, że coś się zrypie i go stracę, nie mogę uwierzyć, że to szczęście i spokój będą trwały wiecznie. Boję się, że zrobię coś, z czego będzie niezadowolony. Bardzo mocno staram się wpisywać w jego wymagania, robić wszystko, żeby był zadowolony, żeby mnie nie zostawił, tym bardziej że naprawdę nie mam dokąd pójść i co ze sobą zrobić.
Dziękuję wszystkim, którzy doczytali moje przemyślenia i troski do końca. Potrzebowałam je z siebie wyrzucić, a nie mam komu.

#mtLXl

Od dobrych trzynastu lat po kryjomu piszę książki. Zaczęło się od fanfików udostępnianych na onetowym blogu, jak robiło wiele ówczesnych nastolatek. Lubiłam wymyślać historyjki dotyczące moich ulubionych celebrytów i od tamtej pory nic się nie zmieniło. To znaczy, nie piszę już fanfiction, tylko historie autorskie, no ale robię to od kilkunastu lat praktycznie bez przerwy.
A dlaczego nikt o tym nie wie? Bo zwyczajnie wstydzę się powiedzieć. Jestem tak bardzo zamkniętą w sobie osobą i z tak niską samooceną, że nie przyznaję się nikomu do mojego wielkiego hobby z powodu strachu przed krytyką. Nie wie o tym nawet mój wieloletni partner. Człowiek, który wie o mnie praktycznie wszystko, jako jedyny zna moje przykre rodzinne tajemnice, nie wie, że w wolnych chwilach piszę książki.
Pomijając tych parę fanfików publikowanych kiedyś na Onecie czy innych podobnych portalach, nie wstawiam nigdzie swoich prac. Biedne kurzą się na moim komputerze i wątpię, by kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Nie czuję potrzeby, by to zmieniać, ale czasami sobie myślę, że może to błąd? Może okazałoby się, że mam potencjał i w końcu znalazłabym swoje miejsce na Ziemi (mimo że jestem dorosłą babą, nadal go nie znalazłam)? Ale nigdy się tego nie dowiem, bo ten głupi, irracjonalny strach jest silniejszy.

Mimo tego wszystkiego czasami fantazjuję o tym, że wydaję swoją książkę, oczywiście pod pseudonimem literackim, żeby nikt nie wiedział, że to ja, a książka staje się bestsellerem.

Takie tam wyznanie osoby z samooceną na poziomie minus pięćset.

#lg7o8

Mam 16 lat i nie potrafię wymawiać „r”. Pamiętam, gdy miałam jakieś 8/9 lat, w mojej podstawówce został ogłoszony konkurs śpiewu dla klas 1-3. Zachęcona przez koleżanki z klasy poszłam na casting. Niestety, nie było mi dane wykonać piosenki w całości. Mój występ został przerwany w połowie przez panią od muzyki: „Stop! Czy ty siebie słyszysz!? Przecież ciebie nie da się nawet zrozumieć! Siadaj na miejsce!”. Miałam łzy w oczach, ale zeszłam potulnie ze sceny i zrezygnowałam z konkursu.
Do dziś nie potrafię się przełamać do publicznego śpiewu. W podstawówce zacięcie odmawiałam wykonywania wszystkich piosenek, więc jedynki sypały się gęsto. Moją średnią ratowały jedynie kartkówki pisemne i udzielanie się w orkiestrze szkolnej (gram na skrzypcach). Poza tym notorycznie miałam obniżane oceny z recytacji wierszy, czytania na głos czy prezentacji. Zostałam odsunięta od pracy w szkolnej gazetce, konkursów literackich i wszelkich szkolnych wystąpień. Byłam też uporczywie przedrzeźniana i wyśmiewana. Zamknęłam się w sobie. Nienawidziłam siebie i swojego głosu. Ponieważ zarówno moje imię, jak i nazwisko zawiera tę nieszczęsną głoskę — nawet przedstawienie się było dla mnie torturą. Miałam myśli samobójcze.
Moi rodzice ignorowali jednak problem. Powtarzali, że przesadzam, że oni nic nie słyszą, że „mam się nie przejmować”.

W szkole średniej sytuacja nieco się poprawiła. Obowiązkowe lekcje muzyki skończyły się, a ja nauczyłam się zastępować problematyczne słowa innymi, np. bardzo — mocno, trudno — ciężko i powoli przyzwyczajać się do życia z wadą. Byłam pewna, że nic już nie da się zrobić. Wszystko zmieniło się, gdy podczas wizyty u lekarza o zupełnie innej specjalizacji przypadkowo zobaczyłam ogłoszenie o logopedzie. Na NFZ. Poszłam do mamy i na kolanach błagałam ją o wizytę. Po długich namowach w końcu się zgodziła. Mówiła, że mam iść i sama się przekonać, że mam paranoję.

Wczoraj byłam na pierwszej wizycie. Oczywiście logopeda potwierdził, że moja wada jest w dość zaawansowanym stadium (z wiekiem złe nawyki się utrwalają i pogłębiają). Ustalił plan działania i potwierdził moje przypuszczenia, że z powodu dość późnego wieku będę mieć większe trudności z nauczeniem się wymowy „r” niż np. 6-latek, lecz istnieje szansa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, leczenie powinno zająć 2-3 lata.

Po powrocie do domu przepłakałam całą noc. Ze szczęścia? Ulgi? Nagłego przypływu nadziei? Nie jestem pewna. Ale nawet teraz, gdy pomyślę, że być może już wkrótce będę mogła mówić normalnie, łzy napływają mi do oczu.
Obiecuję, że zrobię wszystko, by mi się udało. Proszę, trzymajcie za mnie kciuki.

#0uyoA

Sobota wieczór. Siedzę sobie na kanapie, czytam książkę, popijam piwko. Żona wyszła na babski wieczorek ze swoją koleżanką, zatwardziałą feministką.

Coś koło dwunastej. Ktoś niezgrabnie przebija się przez drzwi do mieszkania.
Żona, narąbana, wtacza się do salonu. Na dobry wieczór sprzedaje mi cios z liścia i oświadcza, iż jako prymitywna, szowinistyczna świnia jestem istotą jej podległą i mam się od teraz słuchać.
Uprzejmie stwierdzam, że jest pijana. W odpowiedzi dostaję drugi raz z liścia oraz otrzymuję polecenie: mam usmażyć jej omlet, nalać wódki oraz zaspokoić seksualnie, dokładnie w tej kolejności.
Uznałem, że może być z tego niezła zabawa, więc grzecznie zacząłem trzepać jajka na omlet. Niestety, zanim zakończyłem gotowanie, moja wojownicza Amazonka zasnęła.

Rano twierdziła, że nic nie pamięta. I tyle zostało z mojej silnej feministki. Szkoda, bo nie powiem, podjarałem się tym. Chyba namówię małżonkę, żeby znowu zobaczyła się z tą koleżanką.
Dodaj anonimowe wyznanie