Jestem w ciąży, jedyną moją dolegliwością są gazy, ciche, lecz zabójcze. Przyszły nagle i towarzyszą mi już od miesiąca, a zmiana diety nic nie daje. Najgorsze, że bombardowanie jadem zaczyna się akurat na mojej zmianie w pracy... niby można uciec do toalety, dać upust jelicie i wsio... no ale gdy atak jest seryjny, a obowiązki nie pozwalają na opuszczenie stanowiska, to bywa kiepsko i otacza mnie aura smrodku.
Wyjątkowego pecha mam przy swoim szefie, gdy ucieknę gdzieś na chwilkę, by sobie ulżyć, akurat zjawia się w tym samym momencie. Pierwszym razem smród zwaliłam na zmywarkę - przeszorował caluśką. Drugim na kosz na śmieci - wywalił wszystkie cztery worki z całego lokalu... Za trzecim udało mi się wmówić mu, że chyba zlew zapchał się resztkami i tak wyczyścił odpływ.
Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Za czwartym chyba mu się przyznam, że to ja produkuję ten odór, może przestanie za mną łazić. :)
Wypożyczyłam ostatnio w bibliotece książkę "Być nadwrażliwym i przetrwać". Generalnie na wstępie jest o tym, że niektórzy są nadwrażliwi (jak zresztą wskazuje tytuł) na różnego typu bodźce - ostre światło, hałas itp. Zapowiada się ciekawie, niestety nie wiem co jest dalej, bo książka co fragment jest pokreślona. Jakieś wykrzykniki, zdania podkreślone ołówkiem albo kolorową kredką - szału od tego dostaję. Chciałabym czytać dalej i jestem zdesperowana, bo ostatnio coraz gorzej sobie radzę z napastliwym otoczeniem, ale ni ch*ja, to cholerstwo za bardzo mnie rozprasza.
Co za potworna ironia. Albo kupię sobie tę książkę, albo poszukam innego egzemplarza.
I wiedz, czytelniku, jeśli kiedyś zobaczę, jak coś kreślisz po wypożyczonej książce, zdrowiej dla ciebie będzie, jeśli znikniesz mi z oczu.
Dwa miesiące przed ślubem narzeczona zarzuciła tekstem, że ma na myśli wybielenie zębów, by pasowały pod kolor sukni ślubnej. Chcąc ją pocieszyć, zadałem pytanie, czy nie prościej by było kupić suknię pod kolor zębów...
Eh... Było siedzieć cicho.
A miał być tylko bączek...
Tak pierdnąłem, że skończyliśmy lekcje 15 minut wcześniej i wszyscy wyszli z klasy :/
Byłam kiedyś na pogrzebie matki mojej najlepszej przyjaciółki. Po złożeniu kondolencji rodzina dziękowała mi za przybycie i mówi, że śmiało mogę już iść, bo spóźnię się do pracy. Odpowiedziałam: "Och, nie martwcie się, przecież nie umrą beze mnie".
Chytra baba autobusowa w akcji.
Niedoszacowałam temperatury i ubrałam się na ciepło. Kierowca nie oszczędzał ogrzewania i chwała mu za to, mi jednak po dwóch minutach zrobiło się nieznośnie gorąco. Zdjęłam więc bluzę i trzymałam na kolanach. Po chwili dosiadła się obok mnie jakaś babka w wieku starszym, nie zwracałam na nią szczególnej uwagi, zatopiona w otchłaniach internetu.
Po chwili czuję, że bluza próbuje wyemigrować z kolan. Pozwolenia na zmianę pobytu jej nie wydałam, patrzę więc, a tu obcy czynnik chce dokonać aneksji mojej własności niczym Rosjanie Krymu. A konkretnie jest to owa baba, która z wielkim zacięciem na twarzy szarpie za materiał. Uprzejmie (jeszcze) się pytam, co ona wyprawia. Odpowiedź powaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedziała: skoro odłożyłam, to znaczy, że jej nie potrzebuję, więc może sobie wziąć.
Tu mnie wkurzyła ostro, powiedziałam, że dojazd do Caritasu tą a tą linią, a co moje, niech zostawi w spokoju. Fuknęła, że brak szacunku do starszych i nikt mi na starość kubka wody nie da (łot?). Na szczęście nie musiałam się przepychać, wysiadła szybciej ode mnie. Strach się bać, co by było, gdyby musiało być odwrotnie - cło w postaci czapki?
Jedna z moich koleżanek sprzed lat rozpoczęła walkę z nowotworem i podzieliła się tym na Fb. Napisałam do niej, pocieszałam, że ma wsparcie w mężu bo on taki przyzwoity, ach i och. Poświęciłam wiele czasu, żeby wiedziała jaki jej mąż jest jej oddany itp.
Po dłuższej chwili odpisała: "jesteśmy rozwiedzeni".
"Wszystkiego najlepszego Babciu i Dziadku" – o takiej treści teściowa dostała laurkę od rodziny. Rodzina jest liczna, wnuków dużo, ale tworząc laurkę chyba powinni wziąć pod uwagę, że dziadek nie żyje od dwóch lat?
Jestem w liceum. Jak to w klasie maturalnej, ludzie zaczynają planować przyszłość, studia, no i padł temat założenia rodziny i dzieci.
Klasa prawie samych dziewczyn, hormony szaleją, a połowa nudzi się w domu na zdalnym nauczaniu, więc nawet mnie to nie dziwi.
W tym jestem ja. Dzieci nienawidzę, nie chcę ich mieć, całkowicie inaczej widzę swoją przyszłość (chłopaka nie mam i w sumie ten aspekt życia przestał mnie obchodzić).
Nie mogę się pogodzić z tym, że moje ciało dąży do posiadania dziecka. Zdarzają się dziewczyny, które nie potrafią pogodzić się z oznakami dojrzewania, ja chyba nigdy się z tym nie pogodzę. Głupi problem, ale ja przeryczałam już kilka nocy.
Tłumaczę sobie, że to tylko biologia i nic więcej, ale i tak mnie to mocno frustruje.
W końcu wyprowadziłam się od rodziców.
Nikt nie wie, że każdego dnia miałam opracowany inny plan na zabicie swojego ojca. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że nie chciałam iść w razie czego do więzienia i zmarnować sobie życie.
Dodaj anonimowe wyznanie