5 lat temu, lekcja biologii. Nauczyciel przygotował nam sprawdzian. Większość zadań, które się tam znalazły, pochodziło z jego książki, którą szczycił się dosłownie każdego dnia, zatem dokładnie wiedzieliśmy, czego się mamy spodziewać. Jedno z tych zadań było wyjątkowo pokręcone, dlatego też większa część klasy nauczyła się rozwiązania na pamięć, dokładnie takiego, jakie było w książce profesora.
Tydzień później przy rozdawaniu ocenionych testów okazało się, że nikt nie zrobił go dobrze. Jako jedyny na koniec lekcji podszedłem i poprosiłem o wyjaśnienie. Ku mojemu zaskoczeniu facet zwyzywał mnie od nieuków i zapytał, skąd wziąłem tak idiotyczne rozwiązanie... Wyobraźcie sobie jego wyraz twarzy, gdy pokazałem mu jego książkę i zadanie, które było rozwiązane w dokładnie taki sam sposób :D
Jakiś czas temu szukałam niani dla swojego czteroletniego synka. Mąż pracuje za granicą, a ja wracam po pracy późnymi popołudniami. W związku z tym zdecydowałam się znaleźć kogoś do pomocy. Zgłosiło się do mnie parę dziewczyn. Najbardziej zależało mi na takiej, która będzie dyspozycyjna, dlatego zrezygnowałam z ofert studentek i wybrałam sympatyczną dziewiętnastolatkę, którą kojarzyłam z sąsiedztwa. Przekonała mnie swoim nastawieniem. Mówiła o tym, jak lubi bawić się z dziećmi i że potrzebuje zarobić trochę pieniędzy w związku z tym, że planuje poprawiać maturę za rok, aby dostać się na prestiżową uczelnię. Zrobiła na mnie świetne wrażenie. Dałam się nabrać...
Po kilku dniach zorientowałam się, że z naszego domu zaczynają znikać rzeczy. Najpierw wydawało mi się, że może gdzieś coś zostawiłam lub zgubiłam, następnie zaczęłam podejrzewać małego, że mógł coś zwinąć dla zabawy. W pewnym momencie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Znikały zazwyczaj małe, aczkolwiek drogie rzeczy, których ja nieraz praktycznie nie ruszałam. Z kolei synek raczej nie gustował w zabawie biżuterią. Zaczęłam podejrzewać naszą nianię... Przygotowałam na nią pułapkę, aby złapać ją na gorącym uczynku. Wystawiłam na komodzie w widocznym miejscu jeden z moich ulubionych naszyjników.
Następnego dnia zaraz po wejściu do domu nawiązałam rozmowę z dziewczyną. Zauważyłam, że bardzo jej się spieszy. Zaczęła szykować się do wyjścia. Szybko rzuciłam okiem na komodę i zauważyłam brak naszyjnika... Zatrzymałam dziewczynę w drzwiach i spytałam, czy nie ma czasem czegoś, co należy do mnie. Udawała, że nie rozumie. Kazałam jej pokazać kieszenie, na co niania zareagowała oburzeniem. Nie czekając na zgodę, wsadziłam rękę w kieszeń jej kurtki... Wyciągnęłam zgubę. Dziewczyna zbladła, a mnie ogarnęła złość. Po cichu liczyłam, że to tylko moje urojenia. Nie mogłam uwierzyć, że niania, którą zatrudniałam, okazała się zwykłą złodziejką... Złość wzięła górę. Wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić na policję. Gdy zobaczyła, co robię, przestraszyła się i zaczęła panikować. Chyba po raz pierwszy zdała sobie sprawę, z czym wiąże się taka kradzież. Padła przede mną na kolana i zaczęła przepraszać za to, co zrobiła, błagała, żeby tego nie zgłaszać. Próbowała tłumaczyć swoje zachowanie i obiecywała, że wszystko zwróci. Widząc, w jakim jest stanie, zlitowałam się. Kazałam jej przyjść na drugi dzień z moimi rzeczami. Zagroziłam, że jeżeli tego nie zrobi, sprawa wyląduje na policji...
Nazajutrz przyszła skruszona. Odzyskałam wszystko, ponadto dziewczyna wręczyła mi tort w ramach podziękowania i obiecała, że już nigdy nikomu nic nie ukradnie.
Najlepsze, że myślała, że sprawa jest załatwiona i dalej będzie u mnie pracować... Nic z tego, nie ma mowy, żebym jej znowu zaufała.
Moja siostra postanowiła zostać gwiazdką Instagrama. Codziennie wrzuca relacje i fotki ze swojego „fancy life”. Opowiada, jak to ciężką pracą doszła do wszystkiego. Jakie ma drogie buty, torebki, samochód hybrydowy, najnowszy IPhone. Wkleja rolki, z których wynika, jaka jest turbo bogata, piękna i najlepsza.
Buty i torebki to podróbki od majfrendów, samochód wypożyczony, iPhone na raty itd. Praca? Nie pracuje. Dom? Moich rodziców. Niby śmiesznie... ale siostra ma 44 lata.
Ostatnimi czasy czuję się, jakbym nie był prawdziwym mężczyzną i jak gdyby całe moje życie podporządkowane było mojej dziewczynie, a to, co od siebie daję, jest cały czas niewystarczające. Cały czas mi opowiada, że facet jakiejś jej koleżanki jest taki czy owaki, że ma to czy tamto, a ja taki nie jestem i tak nie robię. Ja pracuję, ona uczy się zaocznie robić rzęsy, mieszka u mnie, za nic nie płaci, a ja kombinuję, jak zdobyć na wszystko pieniądze, na czym sobie zaoszczędzić, żebym znów nie usłyszał, że jestem skąpy, a facet jakiejś Moniki nie. Biorę nadgodziny, to jest na mnie obrażona, że ją zaniedbuję, nawet odpuściłem swoje treningi, żeby się z nią nie kłócić. Jest zła, że nie zabieram jej na wycieczki, jest niezadowolona z prezentów, z tego, że źle organizuję nam czas. Tylko wymaga i wymaga. Nawet ja gotuję, bo ona nie potrafi, jest zmęczona po szkole i twierdzi, że do 18 godziny musi odpocząć. Na początku naszego związku było inaczej, a teraz już nawet nie wiem, co robić, żeby ona była szczęśliwa i żebym ja poczuł to szczęście, bo ona chciałaby chyba więcej, niż jestem w stanie jej dać, i zdałem sobie sprawę, że ten związek mnie niszczy, a nie umiem się z niego wydostać.
Kiedy miałem 13 lat, poznałem w internecie 24-latkę, dzięki role playingu, czyli wcielaniu się w postacie fikcyjne i odgrywaniu ról. To coś, co lubiłem robić jako dzieciak i tak poznałem też wiele innych dzieciaków w moim wieku i starszych. Ale kiedy dowiedziałem się, że ona ma 24 lata, to zacząłem traktować ją jako autorytet. Bo wiecie, „szanuj starszych, słuchaj starszych, mają więcej doświadczenia”, a takie ogólnikowe lekcje wpajała mi rodzina. Pewnie nie myśleli, że to sprawi, że nie będę kwestionować niczego, a sami pewnie też nie myśleli o zagrożeniach, jakie czekają ze strony dorosłych ludzi.
Tak więc ta kobieta mnie uwiodła. Zaczęło się stopniowo, od odgrywania ról, gdzie moja postać była odwzorowaniem mnie, czyli również była trzynastolatkiem.
Ona odgrywała rolę kobiety, która dobierała się do mojej. Potem przekroczyło to strefę role playingu i tak samo traktowała mnie. Nim się zorientowałem, chciała moje intymne zdjęcia i wysyłała swoje. Potem obiecała spotkanie, pierwszy stosunek, a ja byłem głupi i uległy, bo jako osoba dorosła musi wiedzieć, co robi.
Mieszkaliśmy w sąsiadujących miastach, więc to ona przyjechała do mnie. Wynajęła pokój w hotelu i doszło do spotkania oraz stosunku. Czułem, że robię coś złego, ale jedyne, na czym się opierałem, to na przeczuciu, bo nie miałem żadnej wiedzy, ani od rodziny, ani ze szkoły, czy kogokolwiek, kto mógłby mnie przestrzec przed groomingiem i pedofilami.
Te przeczucia potem się pogarszały, z czasem czułem się zbrukany i miałem obrzydzenie względem tego, co się stało. Ale gdy zaczynałem rozmawiać z rówieśnikami, to dostawałem odpowiedzi typu „Ale zazdro! Też tak chcę!”, „Jak było? Fajnie?” i spotykałem się z podziwem, kiedy czułem się potwornie. Nawet zyskałem szacunek w oczach innych dzieciaków ze szkoły. To poczucie bycia szanowanym troszkę umniejszyło tym negatywnym odczuciom, ale one wróciły parę lat później, kiedy moje libido okazało się być zaburzone, stanowczo za wysokie na zbyt wczesnym etapie dorastania, a po latach nie potrafiłem odbyć stosunku z osobą, z którą byłem w związku, bo się hamowałem obawami, że moje zawyżone libido sprawi, że partnerka uzna, iż jestem z nią wyłącznie dla zaspokojenia potrzeb. Dziś mam 28 lat i dalej rozpamiętuję to jako coś, co wydarzyło się zbyt wcześnie i zastanawiam się, czy miałbym normalne relacje z dziewczynami, gdyby nie to zdarzenie. Dalej czuję obrzydzenie, że padłem ofiarą pedofilki i że nigdy nikogo nie obchodziło to, jak ja się z tym czułem. To wpłynęło na moje kontakty z ludźmi.
Dziś na szczęście jestem w stałym związku z fantastyczną kobietą, z którą rozumiemy się na wylot i wzajemnie darzymy się wyrozumiałością względem naszych problemów. Sam seks też nie stanowi problemu, rozumie, że mam problem i nie uważa go za główny cel związku.
Mam 35 lat, jak byłem mały, nie było zbyt dużo pieniędzy w domu, zresztą w latach 90. mało która rodzina je miała.
Pamiętam, jak w TV zaczęli pokazywać los rodzin, które zbierały pieniądze na operację, leczenie dla swoich dzieci, zazwyczaj Fundacja Polsat itp. Pokazywali domy, w jakich ci ludzie żyją – takie przybliżenie widzom rodziny, której trzeba pomóc. Zawsze te domy były naprawdę ładne, dzieci miały komputery, co nie było czymś normalnym w tamtych czasach. Zastanawiałem się wtedy, jak to możliwe, że żyją w tak dobrych warunkach, że mają takie drogie rzeczy, bo skoro ktoś potrzebuje pieniędzy, to nie kupuje zbędnych przedmiotów.
Miałem nawet takie przemyślenie, może i trochę straszne, ale byłem wtedy dzieckiem, że rodzicom to pasuje, bo dzięki temu nie muszą pracować i żyją na dobrym poziomie.
Wystawiłem ogłoszenie o pracę. Poszukiwałem osób do pracy fizycznej — myjnia samochodowa. Opisałem szczegółowo, co należy do obowiązków kandydata, godziny pracy. Naturalnie wpisałem stawkę godzinową — przy 8 godzinach pracy po 5 dni w tygodniu i 1 sobota do 13 wychodziło 5200 zł netto. Czyli na rękę. Szukałem 2 osób. Dostałem kilka telefonów, kilka CV. A dokładnie 5. Postanowiłem spotkać się z każdym kandydatem. Z uśmiechem i lekkim dystansem rozmawiałem z każdą osobą. Co się dowiedziałem?
8 godzin dziennie z przerwą 30 minut? Chyba jestem śmieszny! Przerwa minimum godzina!
5200 zł na rękę? Przecież za to nie da się przeżyć. Minimum 8000 zł!
Raz w miesiącu w sobotę? OK, ale za dodatkowe 500 zł!
I teraz się pytam... Gdzie są ci ludzie chętni do pracy!? Przy wszechobecnym panującym bezrobociu, przy wiecznych krzykach, że nie ma pracy, że bez znajomości nie można dostać pracy... I nie, nie ma u mnie tak, że jest 100 aut na zmianę i wszystko ma być zrobione na już, natychmiast... Naprawdę nie wiem, gdzie popełniłem błąd :/
Razem z partnerem staraliśmy się o dziecko kilka lat. W końcu jest, dwie kreski na teście, ciąża praktycznie bez objawów i na świat przyszedł Kacperek. Jedyny szkopuł – zawsze wyobrażałam sobie, że będę miała córkę. Jakoś zupełnie nie dopuszczałam myśli, że może być inaczej. Miałam już wybrane ubranka i lalki, planowałam wspólne pieczenie i że nauczę ją robić na szydełku... Kiedy dowiedziałam się, że będę mieć chłopca, przepłakałam tydzień. Teraz kiedy się pojawił, opiekuję się nim. Ma sucho, jest najedzony, czytam mu książki i śpiewam piosenki. Dbam o jego rozwój, bawimy się, usypiam, uspokajam kiedy płacze. Tyle że go nie kocham. Kiedy się nad nim pochylam w łóżeczku, mam zawsze zmarszczone brwi, bo analizuję, jaką potrzebę tym razem trzeba zaspokoić. Muszę sobie przypominać o tym, by się uśmiechać do własnego dziecka. Daję mu dużo buziaków i głaszczę, by nie czuł, że brak mu miłości. Zazdroszczę partnerowi, któremu to wszystko przychodzi naturalnie, ja cały czas mam wrażenie, że wszystko, co robię, jest sztuczne.
Może powiecie, że to depresja poporodowa, ale poza tym jednym nie mam żadnych objawów. A do tego problem pojawił się przecież jeszcze przed porodem. Nie jest też tak, że nic nie czuję. Kiedy się uśmiecha, jestem zadowolona, że zaspokoiłam jego potrzeby, ale większym uczuciem darzę naszego psa niż dziecko. Przyzwyczaiłam się do posiadania w domu małego człowieka, ale przyzwyczajenie to nie miłość. Czytałam, że miłość do dziecka czasem przychodzi po dłuższej chwili, mam nadzieję, że tak będzie i tym razem. Postaram się, żeby Kacper nigdy nie odczuł mojego braku uczuć i może kiedyś moje udawane czułości zmienią się w prawdziwe.
Widziałem dzisiaj idealną dziewczynę przy kasie w biedronce. Już chciałem do niej zagadać, ale moja introwertyczna natura wzięła górę. Teraz przychodzą wyrzuty sumienia i myśli, że przez strach wiele mnie omija. Mam nadzieję, że jeszcze ją spotkam i wtedy się odważę.
Ps. Może uda mi się Ciebie znaleźć tutaj. Kupowałaś różowego buldaka i chyba przyjechałaś z koleżanką blondynką.
Wchodząc w związek, wiedziałam, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jest kłótnia i byłam gotowa, że jak takowa się pojawi, to trzeba do tego podejść rozsądnie. Jednak nie byłam gotowa na to, że jest coś gorszego, czyli cisza. Nie chodzi mi tutaj o ciszę typu: nie mamy o czym rozmawiać, tylko ciszę typu: dzwonię, a on nie oddzwania (i to nie tak, że nie oddzwania przez godzinę, dzień czy dwa, on w ogóle nie oddzwonił), proponuję spotkanie i okazuje się, że on nie może, ale nie pisze, kiedy będzie mógł... Chyba wolałabym straszną kłótnię niż coś takiego.
Dodaj anonimowe wyznanie