Mam przyjaciela, którego znam od prawie 15 lat. Jest niezwykle... urodziwy, taki blondynek z twarzą laleczki, dużymi czarnymi oczami, pięknymi kobiecymi dłońmi i 170 centymetrami wzrostu w kapeluszu.
Mam też chłopaka, jesteśmy razem od 5 lat. On natomiast jest bardzo wysoki, dobrze zbudowany, ma puszyste włosy w kolorze gorzkiej czekolady i granatowe oczy o kształcie migdału. A teraz część anonimowa...
Jedną z moich ulubionych fantazji jest wyobrażanie sobie seksu przyjaciela z moim chłopakiem, ALE mój chłopak jest na dole, a przyjaciel dominuje. Nie mam seksualnych myśli z udziałem przyjaciela poza tą jedną, gdzie dosyć ostro obchodzi się z moim prawie dwa razy większym od siebie chłopakiem. Raczej nie powiem ani jednemu, ani drugiemu, dlatego mówię wam.
Jestem tą drugą. I możecie mówić, że szmata, że dziwka, że co ja wyprawiam i jak ja mogę. I to będzie wasze zdanie, które całkowicie rozumiem, bo wiem, że to nie jest dobre ani normalne. Ale nie umiem przestać. Dobrze mi z nim. Po prostu jest mi z nim dobrze. Nie muszę się tłumaczyć, nie muszę się angażować, a dostaję wszystko, czego aktualnie potrzebuję – całkowicie przystojnego mężczyznę, który wyprawia ze mną takie rzeczy, że nie wiem, jak to jest możliwe, że jeszcze się w nim nie zakochałam. Nie kocham go. Liczy się dla mnie tylko jego ciało. I to nie jest normalne, zwłaszcza że trwa to już jakiś czas. A najlepsze jest to, że nikt nie wie. On przychodzi ze swoją dziewczyną do naszego mieszkania – mojego i jego najlepszego przyjaciela. I siedzimy, uśmiechamy się, piję z nią wino i udaję, że w ogóle nie znam ich związku, jej faceta i tego, co trzyma w spodniach.
Chyba pójdę do piekła.
Mój chłopak często puszcza bąki – czasem na złość, czasem dla żartu. Głośne, ale nie śmierdzące. Za to ja mam cichych zabójców.
Od jakiegoś czasu trzymam i czekam, aż on wypuści ryk Krakena, po czym ja dokładam zapachu po cichu. Cała wina zatrucia powietrza idzie na niego. Zaczyna się zastanawiać, czemu nagle zaczęły śmierdzieć, zastanawia się nad pójściem do lekarza, a ja nikomu nie powiem mojej słodkiej tajemnicy.
Miałam maturę ustną z języka polskiego. Nie pamiętam, jak dokładnie brzmiało pytanie, na które miałam odpowiedzieć, ale między innymi musiałam scharakteryzować język reklam na dowolnym przykładzie. No i jak miałam czas na przygotowanie się, to przytoczyłam sobie w głowie pewne hasło reklamowe i pomyślałam, że jest proste, więc nie będę go zapisywać, bo na 100% zapamiętam.
Przyszła moja kolej, zadowolona czytam na głos pytanie egzaminującym i kiedy przyszło do odpowiedzi, to w głowie nastała pustka. I jedyne hasło reklamowe, które mi przyszło na myśl to: „Dłuższe życie każdej pralki to Calgon”. I zamiast normalnie powiedzieć ten tekst, to zaśpiewałam go dokładnie tak jak w reklamie, po czym zaczęłam się potwornie śmiać i opanowałam dopiero po kilku minutach, kiedy widziałam, że komisja patrzy na mnie jak na idiotkę :D/:(
Planowaliśmy wakacje z moim chłopakiem od bardzo dawna, ale nigdy nie mieliśmy wystarczająco pieniędzy, żeby pojechać za granicę. Mój „mąż” wpadł któregoś razu do domu, z uśmiechem od ucha do ucha, i zamiast cokolwiek powiedzieć, pokazał mi bilety do Kanady! Wiedzieliśmy, że będzie nas stać co najwyżej na Grecję, a jemu udało się kupić te bilety DO KANADY! Spełnienie naszych marzeń!
W dniu, w którym jechaliśmy na lotnisko, bardzo źle się poczułam. Kręciło mi się w głowie, bolał mnie brzuch i miałam mdłości. Katastrofa. Cały czas starałam się nie dać po sobie znać, że coś mi jest i wydawało mi się, że bardzo dobrze mi to idzie, ale kiedy byliśmy już w połowie drogi na lotnisko, Damian popatrzył na mnie i powiedział: „Wracamy”. Dalej zapewniałam, że przecież nic mi nie jest itd., ale był nieugięty. Zaczęłam płakać, bo przecież Kanada, nasze marzenia, podróże, wszystko ma się zmarnować, bo mnie coś tam boli? Po prostu nie mogłam znieść myśli, że tam będą te dwa puste miejsca w samolocie, a my zostaniemy w Polsce, kiedy wszystko było już tak pięknie zaplanowane...
Obudziłam się w szpitalu w naszym mieście. Nie pamiętałam zbyt wiele, tylko to, że nie polecieliśmy do Kanady. Damian siedział przy moim łóżku i powiedział mi, że miałam ostre zapalenie wyrostka i grypę żołądkową... Czułam się winna, powiedziałam mu o tym.
– Niczym się nie martw – powiedział. – Jest w tym wszystkim bardzo dobra wiadomość.
– Udało ci się jakimś cudem przełożyć te bilety? – ucieszyłam się
– Nie, nie... Kanada w ogóle nie jest ważna, a w najbliższym czasie nigdzie nie będziemy latać.
– Jak to? Dlaczego? Co się stało? – byłam zdezorientowana. – Tak mi głupio, że przeze mnie... że ja... no że zabrałam ci twoje marzenia.
– To ty zawsze byłaś spełnieniem moich marzeń, a teraz...
–Nic nie rozumiem, co teraz? Leżę chora w szpitalu, urlop ucieka, samolot poleciał, nigdzie nie pojedziemy, jaki ty masz ze mnie pożytek? Co ja mogę ci dać teraz?
–Jesteś w ciąży, skarbie.
Oniemiałam. Najlepszy dzień w naszym życiu (wyjazd do Kanady) zamienił się w najgorszy dzień w naszym życiu (bo nie polecieliśmy), a następnie znów w najlepszy, ale z zupełnie innego powodu. Od dawna staraliśmy się o dziecko... Gdyby Damian mnie posłuchał i wsiedlibyśmy do tego samolotu, to nie wiadomo jak to by się skończyło. Dobrze mieć kogoś, komu naprawdę na tobie zależy :)
Gdy miałam 9 lat, miałam w domu nauczanie indywidualne. Nie miałam żadnych koleżanek prócz porcelanowych lalek i barbie. Nie miałam z kim się bawić ani pogadać, gdy wszyscy byli w pracy.
Kiedyś podejrzałam, jak tata sprawdza telegazetę w telewizji. Tam ciągle wyskakiwały numery 0-700. Widziałam też w gazetach papierowych na końcu stron reklamy z numerami do pań. Byłam bardzo ciekawa tych osób. Pomyślałam sobie – może zadzwonię (mieliśmy telefon stacjonarny) i chwilę pogadam, jak nikogo nie będzie w domu? Jednak chwila ciągnęła się przez kilka minut dziennie... Panie były sympatyczne, żartowały ze mną, śpiewały razem ze mną dziecięce piosenki, rozmawiały o duperelach, więc z chęcią kontynuowałam te telefony, mimo że panie były w szoku, iż dzwoni do nich jakieś dziecko.
Skończyło się po miesiącu – rachunki za telefon, które przyszły, były po prostu... kosmiczne. Nie obyło się bez szlabanu na telewizję, a telefon stacjonarny szybko zlikwidowano z obawy, że znowu coś nabroję.
Przez wiele lat rodzina wypominała mi, że dzwoniłam na 0-700. Do dzisiaj się tego wstydzę :D
Wróciłem na kilka dni do kraju na ślub kuzynki. Mój dwuipółletni syn był zachwycony, bo pojedzie do cioci na ślub!
W piątek, dzień przed wielkim wydarzeniem, jechałem zabrać syna na przymiarkę odświętnego ubrania. Wsadziłem fotelik do auta na tylne siedzenie, auto 3-drzwiowe, więc było to troszkę utrudnione, ale zapakowałem się razem z synem i jedziemy!
Droga do miasta to jakieś 4 km, część prowadzi przez las. Jakiś kilometr od domu mojej teściowej wjeżdżam do lasu i stało się najgorsze, co mogło się stać... Spadło na nas drzewo. Syn krzyczy, czyli jest przytomny, ja wyrwałem się z auta, zgasiłem silnik i jakimś cudem wydostałem syna ze zmiażdżonego samochodu. Od razu telefon na 112 i mówię, co się stało, że droga nieprzejezdna, że trzeba straż i pogotowie, bo dziecko małe i trzeba przebadać, na co w słuchawce w odpowiedzi usłyszałem pytanie: „Czy są widoczne obrażenia?”. Mówię, że nie, ale w aucie było dwuipółletnie dziecko. „To po co pogotowie?” No kur#a, czy trzeba mieć głowę pod pachą, żeby przysłali karetkę do takiego wypadku?
Ostatecznie pogotowie przyjechało, straż i policja też, ale na samą myśl o geniuszu na dyspozytorni 112 skacze mi ciśnienie. Miejsce pasażera było zmiażdżone do siedziska, skończyło się na szczęście tylko na strachu i odrapaniach, powiem szczerze – nie wiem jakim cudem. Nie wiem, co się musi wydarzyć, żeby nasze służby ratunkowe zostały przysłane do wypadku bez zbędnych pytań, takich jak wyżej opisane.
Powojenne czasy na Dolnym Śląsku to istny Dziki Zachód. Moi przodkowie byli jednymi z pierwszych ludzi, którzy po zakończonej wojnie powrócili do swojego miasta i domu, który, jak się okazało, był zrównany z ziemią. Postanowili zamieszkać na ziemiach odzyskanych, później mój tata wyprowadził się do Wrocławia i tam, ze związku z moją mamą, powstałem ja. Tata od zawsze był abstynentem, tzn. odkąd pamiętam. Ostatnio na swoje urodziny postanowił, że wypije ze mną trochę whisky, bo kiedyś bardzo ją lubił. Spędziliśmy pół nocy, rozmawiając o różnych historiach z jego życia.
Gdy był młody, jego mamę, a moją babcię, stalkował pewien Niemiec – autochton, który pozostając na polskiej ziemi, uważał, że babcia należy do niego. Jako że policja tudzież milicja tak naprawdę nie była skuteczna, a cała administracja dopiero się tworzyła, sprawiedliwość często była wymierzana na własną rękę. Raz babcia wróciła do domu zapłakana z zadrapaniami i przyznała, że udało jej się w ostatniej chwili uciec przed gwałtem. Wtedy dziadek zebrał swoich sąsiadów i zaczęli polowanie na zwyrodnialca. Z tego co opowiedział tacie, złapali i obili go jeszcze tej samej nocy, związali i wyprowadzili w góry. Na granicy czeskiej pokazali dwa kierunki: Polska jako pewna śmierć, gdy tylko ich spotka, Czechy – być może przeżyjesz. Uciekł na stronę czeską. Ale kilka dni później doszły do dziadka wieści, że ten stalker ukrywa się w swoim domu i że wcale nie wyjechał... Jego dom spłonął. On sam uszedł z życiem, ale usłyszał, że trzeciej szansy nie będzie. Po tym wyniósł się do brata do Niemiec i nigdy więcej już nikt o nim nie słyszał.
Słuchałem tej historii jak zaczarowany. Potem zacząłem zgłębiać historię Dolnego Śląska i okazuje się, że takie akcje wcale nie były wyjątkowe, a sam rejon był nazwany Dzikim Zachodem...
Jestem uczniem 4 klasy technikum. W moim województwie właśnie rozpoczęły się ferie zimowe, które potrwają do 2 marca.
Już trzeci rok z rzędu otrzymałem jedynkę na półrocze z matematyki. Jeszcze we wrześniu było już pewne, że jedynka na półrocze znowu mnie nie ominie – w tamtym miesiącu dostałem trzy jedynki: ze sprawdzianu, z odpowiedzi przy tablicy i z zadania domowego. Do tego jeszcze doszła nieudana poprawa pierwszego sprawdzianu, dwie jedynki z kartkówek i jedynka z drugiego sprawdzianu, której również nie udało mi się poprawić. Po raz pierwszy nie dostałem ani jednej pozytywnej oceny w półroczu z matematyki.
Ucząc się samemu matematyki, i próbując zrozumieć schemat rozwiązywania zadań, nie rozumiem kompletnie nic, mój umysł nie pracuje, a ja czuję się jak niezdolny do wykształcenia. Korepetycje? Po godzinach nauki z korepetytorem chwilowo ogarniam, o co chodzi, ale jak już jestem zostawiony sam sobie, to wraca totalna pustka w głowie i lag mózgu, a na sprawdzianach i kartkówkach jedyną rzeczą, którą dobrze napisałem, było... moje imię i nazwisko. Dla mnie jako kogoś, kto jeszcze w 1 klasie technikum radził sobie z matematyki samodzielnie, a jedynki były rzadkością, jest to absolutne upokorzenie. O ile jeszcze w 3 klasie miałem dużo argumentów przemawiających za mną i mimo że już w 3 klasie nauczycielka matematyki chciała usadzić mnie na sierpień, udało mi się wybronić, tak teraz nie mam nic, czym mógłbym się bronić.
Oprócz mnie jeszcze 11 innych uczniów w mojej klasie dostało 1 na półrocze, czyli 12 z 27 uczniów w mojej klasie. To nie jest problem uczniów, tylko nauczyciela. Jeśli połowa klasy ma problemy z przedmiotem, to wcale nie oznacza, że ktoś się źle uczy lub jest zbyt leniwy. To oznacza, że nauczyciel albo słabo tłumaczy, albo w ogóle nie tłumaczy, tylko wymaga. Wielu nauczycieli zapomina, że nauka to 50% pracy ucznia i 50% pracy nauczyciela. To nie działa tak, że uczeń ma robić wszystko, czyli wziąć podręcznik i kuć samemu. Za to płacą nauczycielowi, żeby dobrze tłumaczył, żeby uczniowie zrozumieli matematykę.
W dodatku nauczycielka matematyki postanowiła zmienić formę poprawy – zamiast pisać sprawdziany jeszcze raz, dostaliśmy zestaw 15 zadań, które wszystkie mamy zaliczyć. Gdy czujemy się gotowi na rozwiązanie zadania, zgłaszamy się do pani, wybieramy zadania, które chcemy zaliczyć, a nauczycielka zmienia nam liczby.
Czas na poprawę półrocza mamy do 28 marca. Jednak jeśli ktoś mocno się stara i niewiele zostało mu do zaliczenia po 28 marca, jest możliwość wydłużenia czasu do weekendu majowego. Po feriach to będą już tylko 4 tygodnie na poprawę, a póki co mam do zaliczenia tylko 2 zadania z 15.
Czuję, że z powodu matematyki rok 2025 będzie najgorszym rokiem mojego życia, łącznie z poprawką w sierpniu, zrujnowanymi wakacjami, a być może nawet powtarzaniem 4 klasy. Czarna rozpacz mnie już ogarnia...
Po pięciu latach starań stwierdziliśmy, że czas na badania. O ile u mnie było OK, to u męża niekoniecznie. Nie tragicznie, ale nie było idealnie. Jedna z klinik wycyckała nas z kasy, mówiąc, aby powtarzać badania i brać suplementy diety... Po ponad pół roku wyniki męża spadały na łeb na szyję. I zmieniliśmy klinikę. W drugiej poszło o wiele szybciej i działania zostały szybko podjęte. Trzydzieści zastrzyków w brzuch w przeciągu 14 dni.
Punkcja. Wyobraźcie sobie, byłam jako trzecia kobieta na zabieg pod narkozą. Po wybudzeniu się usłyszałam, jakie wyniki miały poprzedniczki: cztery jajeczka, z czego ledwo dwa nadawały się do dalszych procesów. Płacz. Kolejna już lepiej, bo czternaście jajeczek, a pięć nadawało się do zapłodnienia. U mnie szesnaście i sześć nadających się... Z sześciu zapłodnionych komórek przeżyły trzy.
Transfer. Przygotowanie polegało na wywołaniu sztucznej menopauzy. Jajniki stanęły. Sam transfer był bolesny, nieprzyjemny. Musieli mi przytrzymać szczypcami macicę, bo uciekała w głąb ciała. Mdlałam na fotelu. Cały czas na lekach hormonalnych do końca pierwszego trymestru ze względu na krwawienia. Syn urodził się 10/10.
Po roku, stosując tę samą metodę przygotowania do transferu, wylądowałam w szpitalu, krwawiąc ponad dwa tygodnie... Kolejne przygotowania – metoda naturalna, wszystko praktycznie idealnie, jednak dwóch kresek brak. Podobnie z kolejnym transferem.
Teraz in vitro jest w Polsce darmowe, ale szczerze, to nie mam już sił, aby walczyć o kolejne. Boję się o swoje zdrowie, a już mam o kogo zadbać i żyć. Kościół mówi, jakie to in vitro jest złe i że bawienie się w boga jest grzechem chyba śmiertelnym. In vitro dało mi możliwość zostania rodzicem. To dziecko było i jest chciane, jest kochane. Jestem wierząca, ale już nigdy więcej nie będę praktykująca.
Dodaj anonimowe wyznanie