#FNJyT

Na początek pragnę pozdrowić wszystkich przegrywów i nolajfów, jestem jednym z was. Mam 25 lat. Studiuję, mieszkam z rodzicami, nie mam dziewczyny, na studiach nie mam zasadniczo dużych znajomości, znajomych mam, ale spotykam się z nimi raz, może dwa razy w roku, mam pracę słabo płatną, poza atutem jakim jest dziedziczone auto po dziadku i prawo jazdy to przegryw, z reguły w wolnym czasie siedzę całymi dniami na komputerze. Mój tryb życia jest nudny i niesatysfakcjonujący, świadomość, że mieszkam z matką i nie mam dobrej pracy oraz dziewczyny mnie dobijała. Jednak użalając się tak nad sobą zrozumiałem jedną rzecz: ten świat jest popieprzony pod naprawdę różnymi względami. Najważniejsze, było gdy zrozumiałem po którymś z kolei rozczarowań na Tinderze, że nie znajdę tu dziewczyny jakiej chcę i potrzebuję, bo po ludzku albo taka nie istnieje, albo szansa, że trafię na taką jest jak szóstka w totku. Poza tym obserwując doświadczenia mojego przyjaciela z dziewczynami przekonałem się, jak kontakty z nimi są destrukcyjne dla psychiki i jakości życia.

Gdy to zrozumiałem, to przestałem się użalać, nie czuję przygnębienia, że mieszkam z mamą, wykorzystuję, to że mi gotuje, by oszczędzać maksymalnie kasę, za którą pojadę do Tajlandii, gdzie planuję sobie zrekompensować brak aktywności seksualnej. Poza tym rozwijam swoje pasje, bo mam na nie czas, nie muszę się starać, nie muszę poświęcać się tylko by poczuć odrzucenie. Osiągnąłem stan totalnego wywalenia. Jestem może nie tyle szczęśliwy, co spokojny, spokojny duchem.

Piszę to tylko dlatego, że chcę poczytać komentarze, czując satysfakcję, gdy gniew wyleje się na mnie od ludzi, którzy nie mogą zaakceptować tego podejścia, chcę się nim karmić i rozkoszować. A wszystkich, którzy mnie popierają pozdrawiam.

#lKaar

Od dłuższego czasu próbuję zdać egzamin na prawo jazdy i za każdym razem kończy się on porażką. Już pogodziłam się z tym, że nie za szybko usiądę za kółkiem swojego samochodu. A mimo to regularnie wykupuję sobie dodatkowe godziny nauki u pana Krzysztofa, mojego nauczyciela, który to wykazuje się wybitną wręcz cierpliwością do mojej osoby. A przy okazji jest chyba najszczerszą osobą, jaką znam.

Ostatnio, po którymś już z błędów, które popełniłam, pan Krzysztof westchnął ciężko i powiedział „Obawiam się, że szanse na zdanie przez ciebie egzaminu są wprost proporcjonalne do wielkości twojego dekoltu...”. Nieco zaskoczona zapytałam go, czy to żart. „Nie. Traktuj to jako sugestię” - odparł z kamienną miną.

#nhKLj

Mam sny, które się spełniają lub takie informujące, że coś złego dzieje się z kimś z rodziny. Od kiedy pamiętam lunatykuję i robię dziwne rzeczy przez sen.

Gdy miałam 12 lat, we śnie przyszedł do mnie pewien miły pan, czułam jakbym go znała i jakby był mi kimś bliskim. Ubrany w staromodną czapkę i długi płaszcz czekał na skrzyżowaniu miasta w którym wtedy mieszkałam. Mówił do mnie i mojej siostry, że niedługo mama będzie potrzebowała naszej pomocy i że musimy sobie dać radę. Jakiś czas później okazało się, że ojciec ma kochankę, a dodatkowo sypiał z siostrą mojej mamy (trudne sprawy level expert). Miły starszy pan okazał się być moim dziadkiem ale za czasów jego młodości (dziadka nie znałam ale widziałam ze dwa zdjęcia - nigdy w tym ubraniu, a podobno często takie rzeczy nosił).

Przez dość długi czas budziłam się w nocy i widziałam postać przy moim łóżku (nie, to nie przez paraliż senny, to inne uczucie), która chciała żebym za nią gdzieś poszła. Zazwyczaj odzyskiwałam całkowitą świadomość stojąc na środku pokoju lub z niego wychodząc. Te "odwiedziny" były przeplatane ze snami w których byłam u mojego wujka (90 lat ma chłopina) i chodziłam po pustym pokoju. Wujaszek złamał rękę i trafił do szpitala - sny i chodzenie po nocach ustąpiło.

W ostatnie wakacje postaci wróciły, tym razem dwie. Jedna po prawej, druga po lewej stronie łóżka. Nigdy nic nie mówiły, po prostu czekały. Chodziłam przez sen, a gdy już się budziłam, to ze świadomością, że ktoś na mnie czeka. Znowu to wszystko było przeplatane snami, tym razem w domu mojej babci, na ulicy przed domem, pustymi pomieszczeniami i podwórkiem. W te same wakacje zmarła siostra mojego dziadka (męża babci która mi się śniła), a babcia dostała udaru. Sny i 'odwiedziny' się skończyły.

Dziwne? Teraz będzie najdziwniejsze.
Ostatnio śnił mi się wysoki chłopak, ciemny blondyn w wojskowym mundurze. Nic nie mówił, nie patrzył mi w oczy, delikatnie się uśmiechał i gdzieś mnie prowadził. Szłam obok i czułam jakby to był mój przyjaciel, osoba której mogę bezgranicznie ufać. Wyprowadził mnie z kamienistej plaży gdzie zaczynał się przypływ i woda prawie moczyła nam buty. Po pokonaniu betonowych schodów wyszliśmy na ulicę gdzie mieszkała moja mama za czasów młodości. Odprowadził mnie przed jej dawny dom, usiedliśmy na ławce, a on nadal nic nie mówił. Zerwał dla mnie kwiaty i się uśmiechnął. Odwróciłam się na chwilę żeby zobaczyć skąd je wziął, chwilę później jego już nie było. Zostałam sama z kwiatami. Sen się skończył. To był były chłopak mojej mamy. Nigdy nie widziałam jego zdjęć ale według niej, opis się zgadza. Popełnił samobójstwo, był żołnierzem marynarki wojennej. Dzień przed moim snem, mama znalazła w rupieciach jego stary list. Nic o tym nie wiedziałam. Myślę, że przyszedł przeprosić za to, że tak ją zostawił.

#XSOwD

Dla niektórych może być obrzydliwe. Zawsze jak się myję to sikam. Pójdę wysikać się przed myciem dwa razy, wejdę do wanny/prysznic i tak zrobię siku. Zawsze.

Staram się wmawiać sobie, że nie chcę mi się siku, ze już zrobiłam, bo faktycznie zrobiłam. Nie pomaga. Zsikam się podczas mycia.

Nie sikam kąpiąc się u kogoś ani na basenie ani z jakimkolwiek kontaktem z wodą. Tylko moja wanna i mój prysznic tak na mnie działają.

Nie wiem jak to zwalczyć, bo to co najmniej nieprzyjemne. Chłopak parę razy namawiał mnie na wspólną kąpiel, ale za każdym razem odmawiam. No bo co jeśli zsikam się przy nim? Nawet jeśli to nie mój prysznic to może akurat dzisiaj się zdarzy? Chyba utopiłabym się ze wstydu. I to w tym moczu...

#mwW92

Lato. Tak ze 30 stopni w cieniu. Auto mam bez klimy, więc okna praktycznie cały czas trzymam otwarte. Stałem sobie akurat na światłach, leniwie dłubiąc w zębach wykałaczką, pogrążony w myślach o jakichś mało znaczących pierdołach. Z zamyślenia wyrwał mnie szlachetny dźwięk potężnego motocykla. Oto bowiem na pasie obok, równolegle do mojego poczciwego szrotu zatrzymał się… oczojebnie różowy Harley, skupiając na sobie całą moją uwagę. Nie mogłem oderwać oczu od tych puchatych frędzelków wiszących na kierownicy, od naklejki „Hello Kitty” na baku, od odzianego w czarne skóry, posępnego brodacza w kasku z porożem, siedzącego za sterami tej niecodziennej maszyny.
Gapiłem się absolutnie porażony tym widokiem. „Czy ja naprawdę widzę różowego Harleya? Ciekawe, czy jego właściciel jest...”

I wtedy kierowca cudacznego jednośladu spojrzał na mnie przenikliwie i rzekł „Tak, dobrze widzisz. Nie, nie jestem”. I odjechał. Z szoku wyciągnęły mnie klaksony kierowców za mną, którzy dali mi do zrozumienia, że światło już od jakiegoś czasu jest zielone...

#ebYzr

Jakiś czas temu, w kościele, w ławce przede mną siedziała pani z dwójką dzieci. Chłopak i dziewczynka, w wieku może przedszkolnym, ewentualnie wczesna podstawówka. Nie wyglądali na jakoś bardzo biednych, ale widać, że w domu się nie przelewa. Ot, taka rodzinka, gdzie ojciec albo przepija pieniądze, albo nie pracuje, albo w ogóle go nie ma.
Dziewczynka, blondynka, wyglądała jak aniołek. Chłopiec... Jemu już z oczu się źle patrzyło. Czekałam, co narozrabia.
Akcja się zaczęła, w pewnym momencie mszy, gdy wszyscy stali. Ta dwójka siedziała, więc ich mama nic nie widziała. Chłopak zaczął obmacywać dziewczynkę. Wkładał jej rękę pod spódniczkę, głaskał po głowie, policzkach... Próbował ją nawet pocałować. Po ich zachowaniu wywnioskowałam, że to nie był pierwszy raz. Ona próbowała go odepchnąć, on był po prostu nachalny. W końcu się poddała. On ciągle zerkał czy mama nie widzi. A gdy w końcu zauważyła, przesadziła go na swoją drugą stronę, gdzie zaczął wkładać rękę pod spódnicę jej. Już nie zareagowała.
Trochę mi się niedobrze zrobiło na sam widok. Ale widać było, że kobieta sama nie wie, co zrobić (wystarczyłoby wyjaśnić, co jest nie tak, ewentualnie porządne lanie).
Chłopak skądś takie zachowanie wziął. Wątpię, żeby z filmów czy gazet dla dorosłych.
Zresztą dziewczynka też, skoro się jednak nie opierała.

Szkoda mi tej małej. I przyszłych "wybranek" małego.

#iUNzX

Mam 20 lat, nie lubię dzieci i nie chcę mieć swoich. Najbliższa rodzina ciągle zmusza mnie do zostawania z moją półroczną kuzynką i opiekowania się nią, ponieważ "ona jest cudowna".
Nie mają pojęcia o tym, że mam ochotę udusić ją, gdy zaczyna ryczeć.
Czasami specjalnie wywołuję jej płacz (nie wyjmuję jej z wózka - nie znosi leżeć i zaczyna się ogromne wycie), ponieważ tylko w sytuacji przeraźliwego wrzasku zostaje zabrana przez swoją mamę.
Jestem zmuszona nosić ją cały czas na rękach, ponieważ "ona nie lubi, jak z nią się siedzi, musisz z nią chodzić".
Ciągle słyszę "jak będziesz miała swoje, to pogadamy", "dzieci to skarb i cud".
Hitem jest "to po co żyjesz na tym świecie, jak nie chcesz mieć dzieci, bez dzieci nie ma po co żyć". Raz wspomniałam, że chciałabym być bezpłodna... Zostałam zwyzywana, że inni chcą mieć dzieci, a ja mogę mieć i nie chcę, że to nie po myśli Boga i wiele innych bzdetów.

Nie mam już do nich siły.

#sxkQN

Bądź córką lekarki.
W wieku 12 lat waż 90 kg- całkowicie twoja wina.
Nie powoduje to żadnych sygnałów alarmowych w głowie rodziców, tylko epitety "grubaska, obżartuch, zrobiłabyś coś z sobą". Nieważne, że w tym wieku jesz to, co oni ci podadzą, ruszasz się jak normalne dziecko. Nie wywołuje to żadnych reakcji ze strony matki-lekarki, typu wizyta u dietetyka, badania, szukanie przyczyny. Nie -twoja wina, zrób coś z tym.

Udaje ci się po znajomości zapisać na siłownię (bo przecież w tym wieku nie zarabiasz, a rodzice pieniędzy ci nie dadzą, bo pewnie wydasz na słodycze). Chodzisz regularnie, codziennie po szkole, dzień w dzień na 2 godziny, w weekendy dłużej, gdzie obsługa już zaczyna zwracać uwagę, że coś jest nie tak. Potrafisz zapleść sobie nogi na głowę, a waga ani rusz.
Ze strony rodziny i otoczenia zero wsparcia - jesteś świnią, krową, żarłokiem, grubasem.
Wszelkie próby "diety", bez kontroli lekarza, spalają na efekcie jojo - tyjesz dalej.
Tak mijają lata.

Skończ studia ze stygmatem lenia, bo przecież grubas to leń, nie ma silnej woli, jak można nie umieć się opanować w jedzeniu, ruszaj się, zrób coś z sobą.
Znajdź chłopaka, który cię akceptuje.
Wyjedź do innego miasta.
Traf do lekarza, który nie zbagatelizuje twojego problemu i wykona odpowiednie badania.

Zdaj sobie sprawę, że gdyby 10 lat wcześniej matka-lekarz się zainteresowała, miałabyś do wyleczenia 1 chorobę hormonalną, której efektem jest problem z utrzymaniem wagi.
Dowiedz się, że zaniedbania doprowadziły do tego, że nie masz 1, a 4 zazębiające się choroby, i że do końca życia musisz brać leki.
I że to nie była twoja wina...
Dodaj anonimowe wyznanie