Będąc na studiach, pracowałem w call center/czacie – zajmowałem się rozwiązywaniem problemów z oprogramowaniem systemu. Oprogramowanie używane było na komputerach oraz na telefonach, w zależności od klienta, tak ogólnie mówiąc.
Zawsze jak widziałem, że klient klika z komputera, to pytałem, jaki jest problem. Potem kazałem poczekać. Nie robiłem w sumie nic poza uzupełnieniem dokumentacji elektronicznej i... sugerowałem wyłącznie routera i laptopa na 10 minut. Gdy ktoś dzwonił z telefonu, sytuacja wyglądała podobnie — kazałem sprawdzić randomowe ustawienia w aplikacji, potem kazałem zrestartować urządzenie i gdyby nie działało, ponownie zadzwonić. To też zajmowało około 10 minut.
Magiczne 10 minut sprawiało, że nawet jeśli ktoś oddzwonił lub odpisał, trafiał na tzw. linię otwartą i był przypisywany losowo do jednego z konsultantów. Jako że była to praca w pełni zdalna, nie znałem nikogo z pozostałych konsultantów, więc miałem gdzieś, że im przybywa pracy. Dokumentacja się zgadzała, próba rozwiązania problemu była, czasem też zwykły restart faktycznie pomagał. Pracowałem tam całe studia, na koniec dostałem nawet propozycję przejścia na wyższe stanowisko, gdyż nie było nigdy skarg i czasem jakieś pozytywne opinie.
Nie mam nic na swoją obronę, byłem biedny jak mysz kościelna, każda kasa była na wagę złota, a w takich sytuacjach etyka szła trochę na drugi plan.
Mając zaledwie kilka lat, bawiłam się na polu. Jak wszystkie dzieci. Zauważyłam pewną dziewczynkę. Zainteresowała mnie, więc do niej podeszłam, przedstawiłam się i zaczęłyśmy się bawić razem. Nie pamiętam, co to była za zabawa, ale uciekałam przed nią, a ona mnie musiała szukać. Stwierdziłam, że schowam się do klatki. Ona pobiegła za mną. Niestety niefortunnie nie zdążyła wbiec, bo drzwi już się zamykały, a jej palec został pomiędzy stalowymi, ciężkimi drzwiami... Zwisający palec. Od razu wezwano pogotowie.
Na następny dzień poszłam ją przeprosić. Okropne rozpoczęcie przyjaźni, ale do tej pory śmiejemy się, że dzięki mnie nauczyła się, która to jest prawa ręka. Pomimo tego do tej pory się przyjaźnimy, a to już 15 lat.
Nudzi mi się. Wiecznie mi się nudzi. Mimo że studiuję matematykę i chemię, nie mam nic do roboty. Dlatego błagam znajomych, żebym mógł im robić prezentację z architektury, medycyny, prawa, geografii i historii tylko po to, żeby mieli czas gdzieś wyjść, inaczej siedzieliby nad książkami cały czas, a ja umarłbym, nie mając nic do roboty. Zrobiłem już wszystkie zadania z matmy na ten semestr i kolejny, i kolejny... z wszystkich przedmiotów... Przeczytałem wszystkie książki na pierwsze trzy lata studiów. Jestem na drugim roku, a już nie mam nic do roboty.
Takie wyznanko anonimowego naukoholika.
PS To nic trudnego, wystarczy książki przeczytać i już się wie, o czym pisać referaty. Na architekturę wystarcza prosty szkic, parę wyliczeń, na historię fantazja, a na medycynę to samo co w podręcznikach.
Nie wiem, jak określić problem, który mam ze sobą.
Pierwsza kwestia jest taka, że umiem rozpoznawać toksyczne zachowania. Tak myślę. Jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, to widzę red flagi. Ten nie bierze pod uwagę jej opinii na wspólne sprawy, ten nie wytrzyma dnia bez alkoholu i żonie stawia za wybór, że albo napije się w domu, albo w parku – jej wybór, kolejna rozkochuje w sobie każdego faceta po kolei, a potem porzuca, czy tamta, która jest wobec swojego faceta agresywna tak, że złamała mu raz nos. To są ekstremalne przykłady, ale widzę też te mniejsze. Ale to nie dotyczy mnie.
Faceci traktują mnie źle. Czuję, że traktują mnie źle. Ale trwam w takim związku, bo może mi się tylko wydaje... Może rzeczywiście nie miał na myśli nic złego... Ponadto przecież każdy ma wady, może ja przesadzam. I taki jest każdy facet. Nie to, że ja wybieram takich, którzy mnie źle traktują. Wybieram takich, którzy traktują mnie dobrze i nie reaguję, gdy zaczynają traktować coraz gorzej. Facet mnie wyśmiewa za każdym razem, gdy się z nim nie zgadzam? Mówi, że jestem za głupia, żeby zrozumieć? Jest agresywny? Wściekam się, ale przecież nigdy mnie nie uderzył, nie pije, nie ćpa... Kolejny zawsze, kiedy jestem niezadowolona, znika na kilka godzin lub dni. Wraca zapytać, czy już się ogarnęłam. Zawsze się ogarniam... Ale przecież nie robi tego ze złych pobudek, prawda? On po prostu nie ciągnie za sobą negatywnych emocji. Następny okazuje się alkoholikiem. Żeruje na mnie finansowo, nawet próbuje umawiać się z innymi kobietami. Ale przecież nie ćpa, po alkoholu nie jest agresywny, do spotkań koniec końców nie dochodzi, przekonuje mnie, że wszystko robi dla mnie. Nie wierzę mu, ale nie wierzę też sobie, że coś jest nie tak, więc jestem w takim zawieszeniu. Coraz bardziej wierzę, że to jest normalne, że każda relacja jest trochę toksyczna. Każda z tych relacji w końcu się zakończyła, ale gdybym była mądrzejsza, zakończyłaby się po kilku miesiącach, nie latach.
Nie potrafię też utrzymać pracy. Łapię gównoroboty i siedzę tam, póki jestem w stanie wytrzymać. Chciałabym mieć stabilną pracę. Nawet nie musi być dobrze płatna. Chcę tylko, żebym nie szła do pracy z myślą, że dziś znów szef obetnie mi pieniądze, bo jego nie stać na mnie, albo że mogliby mnie zastąpić wolontariuszami, ale mnie lubią, więc pracuję ja, albo że znów będą próbowali zmusić mnie do darmowych nadgodzin.
Chodziłam do psychologa, jest znacznie lepiej, ale wciąż nie umiem sobie ufać. I w moje osądy. Czuję się nieszczęśliwa, czuję się przegrana. I bezsilna. Tyle lat starań, a ja nadal na pasie startowym. W życiu nic nie osiągnęłam. Ani zawodowo, ani prywatnie. Nie mam mieszkania, rodziny. Jedyne co się zmienia, to że jestem coraz starsza, mam mniej zdrowia. A pracodawcy i mężczyźni coraz wyraźniej widzą, że jestem przegrywem.
Piszę to tutaj, bo pęka mi serce z wkurwienia, żalu i bólu, ale to jest moja tajemnica. Jestem w okropnym związku, taka niby zajebiście inteligenta, a jednak dalej w tym syfie tkwię. Wstydzę się tego. Mój chłopak to alkoholik. W naszym związku były różne fazy, obecnie się nie leczy, chociaż go na to namawiam (był na wielu terapiach). W tym momencie problem jest taki, że miałam jechać do chłopaka na święta, umówiliśmy się, że przyjedzie do mnie dziś i jutro razem pojedziemy do niego. Czekałam na to spotkanie długo, bo rzadko się widujemy, odkąd chłopak pojechał do swojej siostry pomagać w remoncie. Cieszyłam się bardzo, cały tydzień żyłami tym spotkaniem, a teraz dławię się łzami, a on leży pijany. Wiem, że to żałosne, ale jest mi tak źle, że ledwo widzę to, co piszę teraz. Mam wrażenie, że wbił mi nóż w serce i go wykręcił na dwie strony, w klatce piersiowej czuję tylko pulsujący ból. Dawno aż tak bardzo nie bolało. Zawiódł mnie milion razy swoim piciem, ja z nim zawsze byłam, bo szedł na terapię, a w terapii był dla mnie dobry. Jak był trzeźwy, też zawsze było fajnie, ale jak pije, to wychodzi z niego to, co najgorsze. I tu nie chodzi nawet o przemoc, bo w sumie takiej nie ma. Ja się go brzydzę. On chwieje się na nogach, zachowuje jak jakiś jaskiniowiec. Boli mnie to. Przygotowałam się na jego przyjazd, zmieniłam pościel, wyprałam obrus i zasłony. Cały dzień się przygotowywałam. On jak przyjechał, mocno mnie wyściskał, zdałam sobie sprawę, że jest pijany, ale stał z tą walizką, pociągu już żadnego nie było do niego, więc wzięłam go trochę zła, ale litość wygrała. No i się zaczęło. Narobił mi wstydu, zachowuje się jak świnia jakaś, jak jaskiniowiec. Przywiózł kiełbasę na święta, kazał mi schować do lodówki, potem sobie ugotował, narozwalał wszędzie, pościel całą ubrudził. Ja czuję wstyd. Wstydzę się zadzwonić do rodziców i powiedzieć, że potrzebuję pomocy, wstydzę się znowu rozczarować jego rodziców, że ich syn jest zjebany i znowu robi to samo. Najbardziej czuję wstyd w stosunku do siebie. Nie mogę mu wybaczyć, że mi zjebał święta. Boli mnie głowa, ciężko mi się oddycha, mam gulę w gardle. Mam osobowość borderline i ona się zawsze uaktywnia, jak on pije. Mam ochotę wyskoczyć przez okno, nie chce mi się już żyć. Wstydzę się nawet tego, że mi przykro, że mam nadzieję. Czuję też furię, mam fantazję, żeby go udusić poduszką, jak śpi, mam ochotę go pobić, ale jestem za słaba fizycznie. Jednocześnie jak już go szarpnę, to sama czuję się jak śmieć. Nie wiem już co mam robić. Do niego nic nie dociera, on już jest pochłonięty przez chorobę i traci wszystko, nawet godność. Chciałabym iść spać i się nie obudzić.
Kilka lat temu podczas urodzin mojego wujka w restauracji zauważyłem piękną kelnerkę. Pierwszy raz w życiu zakochałem się od pierwszego wrażenia. Po poszukiwaniach tej dziewczyny na FB w końcu ja znalazłem, pomimo że nie wiedziałem, jak ma na imię i czy jest z danej miejscowości. W końcu odważyłem się napisać, bardzo dobrze się rozmawiało i mieliśmy dużo wspólnych cech i przekonań. Niestety historia nie kończy się tak, jak miałem nadzieję, pomimo propozycji spotkania po kilku miesiącach, była już w związku. Najgorsze jest to, że dalej coś do niej czuję, nie potrafię o niej zapomnieć, pomimo kilku lat, z tyłu głowy dalej jest przekonanie, że to była ta jedyna.
Ostatnio zauważyłem, ze trochę się rozszczelniłem – mianowicie jak kicham, to jednocześnie pierdzę...
Kilka lat temu szedłem sobie ulicami mojego miasta, zapatrzony w chodnik.
Nagle jak spod ziemi wyrosło przede mną trzech łysawych Sebków i leci złowieszczy tekst: „Masz problem?”. Życie mi przeleciało przed oczami, bo wiadomo, co taki tekst zazwyczaj oznacza, ale odpowiedziałem, że nie mam. Chłopaki pytają, czy na pewno... i nagle jeden z nich podaje mi komórkę: „Wypadła ci z kieszeni”. Zbaraniałem, podziękowałem, a oni tylko kiwnęli głowami i poszli dalej.
Do dziś mi wstyd, że tak szybko ich oceniłem i pomyślałem o nich najgorsze, stereotypowo zakładając, że chcą mi zrobić krzywdę.
Mam niemalże 21 lat. Zawsze byłam uważana za osobę spokojną i opanowaną - przynajmniej tak byłam traktowana. Prawda jest taka, że zawsze byłam nader dojrzała na swój wiek.
Od 15 roku życia nie mieszkam w domu, skupiłam się na nauce. Teraz pracuję i studiuję zaocznie. Dziewczyna wywodząca się z małej wiochy wyrwała się do miasta i się "nosi". Zawsze słyszę: "ale ci się udało, z takiej wiochy, taka praca i studiujesz..."; "teraz to ty masz życie. Sama, o nic się nie martwisz, zazdroszczę".
Pytam się w myślach: czego mi zazdroszczą ? Tego, że jestem sama ? Że nigdy nie usłyszałam słów: pomogę ci, dasz radę, jak sobie radzisz? Że nie doznałam wsparcia od drugiej osoby? Mając 21 lat, czuję się, jakby stuknęła mi 30! Praca, studia, dom i tak w kółko. A gdzie w tym wszystkim ja? Przyjaciół brak, znajomi... mhh... chyba jedynie na Facebooku (nie licząc tych ze studiów, porozrzucanych po całym województwie). Jestem sama, nigdy nie miałam chłopaka, nawet się nie całowałam! Nie jestem piękna, brzydka też nie - odpowiednie słowo to przeciętna, ale nie zdziwię się, jak zostanę starą panną z gromadką kotów...
Czy ktoś z Was też tak ma, że mimo iż się chce kogoś poznać, to i tak z tego nici?
W tym roku mój mąż był w ciężkim szoku, że święta wielkanocne miałam wolne od pracy. Dlaczego?
Teściowej na święta nie było, a ja w pracy uzgodniłam z kierownictwem, że jeśli moja teściowa zjeżdża na święta do mojego domu, to biorę wszystkie najgorsze zmiany — najczęściej to popołudniówki.
Ot, taki mały sekrecik.
Dodaj anonimowe wyznanie