Niektórzy za dzieciaka w święta Bożego Narodzenia śpiewali „chwała na wyspach ości” zamiast „chwała na wysokości”.
Ja na Boże Ciało śpiewałam „stańmy wszyscy pięknym kołem i uderzmy przednim czołem”, zastanawiając się, gdzie, u licha, człowiek ma tylne czoło...
Zawsze wierzyłam w miłość. Zastanawiam się dziś, czy ona naprawdę istnieje? Dobry związek, który przerodził się w małżeństwo, dziś wisi na włosku. Po 11 latach wspólnego życia, a 6 latach małżeństwa, dziś słyszę, że to koniec? Dwójka dzieci małych, które nie rozumieją, dlaczego tatuś opuszcza dom z walizkami. A tatuś opuszcza dom, nie oglądając się za siebie. Wychowałam się na bajkach Disneya, gdzie miłość znaczyła więcej niż wszystko. Przysięga ślubna jest dla mnie najważniejsza na świecie – na dobre i na złe, tego chciałam się trzymać do końca świata. Bo przecież to miało mieć duże znaczenie. Nie wiązałam się z przypadku czy przymusu. Zawsze byliśmy dobrze dobrani, dopasowani. Rozmawialiśmy zawsze o problemach, mało co się kłóciliśmy, zawsze dawaliśmy sobie przestrzeń na wyjścia osobno, jak i wspólne. Zawsze wspólne hobby, siłownia była naszym wspólnym zainteresowaniem, ale osobno hobby też mieliśmy. Można by rzec, życie idealne. Ja, starająca się dbać o siebie jako kobieta. Ale to nic nie dało, w końcu Angelina Jolie też została zdradzona. I to pojawiające się pytanie: czy kiedyś będzie żałował, że zostawił? Czym jest miłość? Czy ona w ogóle istnieje? A może faktycznie miłość polega na tym, że na początku jest pięknie, a później jest się razem, bo po prostu się jest. Świat rozwalony na milion kawałków. Nigdy lepiej nie będzie, bo przecież ślad na sercu zostanie do końca życia. Rozbita rodzina to dla mnie największa porażka w moim życiu.
W piątej klasie podstawówki byłam szalenie zakochana w Łukaszu.
Razem z moją przyjaciółką Anią pojechałyśmy na trzydniowy rajd w góry, na którym był także obecny ów Łukasz. Ja w siódmym niebie, trzymałam się grupki, w której on szedł. Drugiego dnia dostaję SMS-a od NIEGO (!!!). Pisał, że numer zdobył od kolegi, że bardzo mu się podobam, że wyglądam na super dziewczynę i on się chyba we mnie zakochał. Po takiej wiadomości niemalże fruwałam po tych górach. Ania cieszyła się razem ze mną. Razem udało nam się sklecić jakąś odpowiedź. Po chwili przyszedł kolejny SMS o treści: „Kocham Cię, Aniu”. Lekkie zdziwienie i następująca rozmowa:
Ja: Ale ja jestem Wiktoria, nie Ania.
Łukasz: Przepraszam, pomyliłem numery. Możesz pokazać te wiadomości Ani?
Szok, złamane serce i moja obraza na Bogu ducha winną Anię do końca wycieczki.
PS Na szczęście szybko mi minęło, a z Anią przyjaźnię się do dziś ;)
Jak miałam jakieś 6-7 lat, to myślałam, że ciążą można się zarazić. Moja mama podwoziła gdzieś wtedy ciocię, która była akurat w ciąży. Ja też byłam w samochodzie i starałam się nie oddychać, żeby tylko nie złapać ciąży.
Jestem osobą wierzącą, więc naturalne jest dla mnie, że sporo osób z mojego towarzystwa to też chrześcijanie. Nie jestem pewnie jakoś szczególnie piękna, ale do paszteta też mi trochę brakuje, dlatego wśród tej wierzącej grupki osób co rusz znajduje się jakiś adorator. Jeżeli jednak nie jestem zainteresowana jego zalotami, znalazłam idealny sposób, żeby go spławić. Otóż zaczynam takich adoratorów przekonywać, że kapłaństwo to świetna rzecz. Przecież są wierzący, praktykujący, jeżdżą na rekolekcje powołaniowe, kiedyś w końcu muszą rozważyć też taką opcję i stanąć przed jakimś wyborem...
I najwyraźniej mi to wychodzi. Dostałam zaproszenie na święcenia kolejnego z moich adoratorów. To już trzeci.
Szkoda tylko, że ja wciąż sama. Może zakon?
Pracuję w małym sklepie w centrum jednego z większych miast. Wyznanie to piszę jako przestrogę i ostrzegam, abyście uważali.
Chociaż ruch tego dnia nie był duży, to była jedna z dłuższych moich zmian w tym tygodniu i byłam już nieco zmęczona. Do zamknięcia zostało pół godziny, więc z wytęsknieniem spoglądałam na zegarek. Wtedy do sklepu wszedł mężczyzna, na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że to bezdomny (ubranie nie do końca czyste i brak kilku zębów). Podszedł, zagadał i wyciągnął z kieszeni plik banknotów dziesięciozłotowych i zapytał, czy mogę mu je wymienić na większy nominał. Zgodziłam się, nigdy nie było u nas problemów z wymianą pieniędzy. Osobnik wręczył mi pieniądze, przeliczyłam, wszystko wydawało się w porządku. Gdy już chciałam je schować do kasy, wyjął mi je z ręki i „policzył” jeszcze raz, bo ja się chyba pomyliłam. Wyjęłam odliczoną kwotę, on wręczył mi banknoty, podziękował i wyszedł.
Kiedy liczyłam je jeszcze raz, okazało się, że ten człowiek oszukał mnie na prawie 200 zł. Na kamerach monitoringu widać, jak wkłada do kieszeni część „wymienianych” pieniędzy, kiedy ja wyciągałam z kasy banknoty i nie widziałam tego.
Czuję się paskudnie po całym zajściu. Na szczęście moja szefowa jest cudowną kobietą, która bardziej niż utraconymi (de facto z mojej głupoty) pieniędzmi przejęła się tym, że ten typ nic mi nie zrobił, a mógłby, gdybym odmówiła mu wymiany pieniędzy. Podobno zdarzały się już takie przypadki.
Pozostaje mi tylko uczyć się na własnych błędach i wyrównać manko na kasie...
Przeprowadzamy się. Wiadomo, jak to jest – mnóstwo rzeczy do spakowania, wory ciuchów, kartony pełne książek itp., itd. A że kartonów wiecznie mało, wysłałam swojego mężunia na zwiady pod pobliskie sklepy spożywcze...
Pod jednym ze sklepów na wielkim wózku stały kartony. Mąż podszedł, zaczyna je przeglądać: te większe odkłada na bok, mniejsze zostawia na wózku.
I kiedy taki zaaferowany kartonami i pochłonięty ciężką pracą nie zwracał uwagi na otaczający go świat, usłyszał za sobą głos... Przepity, zachrypnięty, budzący grozę głos: „Te, nowy!!! Wyp***dalaj stąd!!!”.
Mąż musiał się gęsto tłumaczyć, że na nie swoim rewirze grzebie :D
Krótka historia o tym, jak dorośli ludzie mogą mieć niepoukładane w głowach.
Pracuję w banku, akurat mieliśmy przerwę, przychodzi do mnie kolega i mówi: „Słyszałeś, jaka afera na czwartym piętrze?”. Ja mówię, że nie, pytam, co się stało, na co on, że ktoś w łazience na lustrze fekaliami napisał „gówno”.
Rozumiecie to? Dorośli ludzie, głównie po studiach, a ktoś pośród nich gównem umazał lustro, pisząc jakże elokwentny napis. Zastanawiam się tylko dlaczego, bo jeśli to żart, to żenujący, oraz jak i czym to pisał.
Pań Śmierć – tak na mnie mówią.
Pracuję w hospicjum. Ciężki temat. Kto tam był, to zrozumie. Mam jakieś wyczucie, że wiem, kiedy ktoś szybko umrze, bo ludzie, którzy niebawem umrą, pachną tak samo, wszyscy. Młodzi, starcy, dzieci, nie ma znaczenia. To taki słodko-mdły zapach wymieszany jakby z parą wodną w saunie. Próbowałem wiele razy, aby to inni poczuli, to mało komu się udawało. Wcale nie mam super węchu, nawet gorszy niż przeciętny człowiek, ale ten zapach jest dla mnie okropnie charakterystyczny. Zwłaszcza kiedy mijam takie osoby w publicznych miejscach, to ja wiem, że bardzo niedługo ta osoba otrze się o śmierć albo umrze. Na początku mówiłem ludziom, żeby się badali, ale po tym, jak spotkałem się wręcz z agresją, to odpuściłem. Nos nie szklanka, ale dwa razy z rzędu trochę boli.
No to pracuję w tym hospicjum i kiedy poczuję ten zapach, zgłaszam... Na zmianie mam kilka spoko osób i one już dzwonią po rodzinie, ale są też tacy, co mnie olewają, a pacjent schodzi w nocy... prawie zawsze w nocy.
Piszę to, bo tydzień temu miałem przypadek małej Julii. Miała 6 lat. Ciężka białaczka, brak ratunku. Rodzice przesiadywali u niej niemal całą dobę. Przy zmianie opatrunków (owrzodzenie skóry) poczułem ten zapach... Nie mogłem nic powiedzieć, mało kto patrzył na to jakoś optymalnie. Spytałem tylko, czy mogę z nimi posiedzieć. Julię znałem dobrze, prawie 6 miesięcy tutaj była. Wiedziałem, co lubi, jak myśli, czego się bała. A bała się samotności, ona często mówiła, że nie chce już czuć się źle, że nie chce, aby rodzice płakali, że woli odejść, bo chociaż będzie ciężko, to minie. Na swój wiek była niesamowicie rezolutna. Więc zostałem. Dostała wysokiej gorączki, powiedziałem, aby ją przytulali, wiecie, dla nich dzień jak zawsze, ale posłuchali. Ona odeszła, wymamrotała tylko przed zejściem, że już nie boli, a potem odeszła.
Bardzo mi jej żal, ale tak jak nigdy. 10 lat tutaj pracuję i tak nie było nigdy. Chyba wypalam się, dobrze, że nie mam swojej rodziny, nie zniósłbym tego. Ale z drugiej strony wiem, że ten cholerny słodki i mdły zapach pozwala mi przewidzieć sprawy na wiele godzin, czasem dni, i zareagować.
Ciekawe, kiedy poczuję to od siebie. Nawet nie ma mnie kto pochować.
Miałem wtedy kilka lat. Cioteczna babcia często nas do siebie zapraszała, ale raczej unikaliśmy spotkań, bo poziom higieniczno-sanitarny i umysłowy był u nich nie najwyższy. Ja jednak bardzo chciałem tam pojechać, gdyż pewne słowa mojego wujka sprawiły, że liczyłem na świetną zabawę.
Gdy w końcu tam pojechaliśmy, w pewnym momencie wizyty zapytałem, kiedy będę mógł pojeździć na kółkach.
– Jakich kółkach? Tutaj nigdy nie było żadnych kółek!
– A wujek Andrzej powiedział, że u was jest burdel na kółkach...
Cioteczna babcia słowem się nie odezwała, a mama zrobiła się purpurowa. Więcej tam nie pojechaliśmy, a ja dopiero jakiś czas później zrozumiałem, że burdel, wbrew temu, co mi się wydawało, to wcale nie jest jakiś fajny samochodzik.
Dodaj anonimowe wyznanie