#jqmKo

W tym roku mój mąż był w ciężkim szoku, że święta wielkanocne miałam wolne od pracy. Dlaczego?
Teściowej na święta nie było, a ja w pracy uzgodniłam z kierownictwem, że jeśli moja teściowa zjeżdża na święta do mojego domu, to biorę wszystkie najgorsze zmiany — najczęściej to popołudniówki.

Ot, taki mały sekrecik.

#rkB8e

Jestem 24-latką i mieszkam w innym mieście niż moi rodzice z racji studiów. Mama i tata są trochę starej daty i nie opowiadam im życia osobistego ze szczegółami, a wiem, że od dawna czekają, aż przedstawię im tego jedynego. Czasem nawet wspominają o marzeniach o wnukach.

Przyjechałam na święta wielkanocne do rodzinnego domu. Mam chorą tarczycę, ostatnio zmieniłam leki i dziwnie działają na moje hormony. W dodatku z okresem, mieszanka wybuchowa. I nie mówię tu o humorkach... Dojadam czekoladową polewę, zagryzam ogórkiem kiszonym, jabłkiem, a potem jak gdyby nigdy nic piję np. mleko. Moi rodzice to zauważyli. I zaczęli się uśmiechać, być milsi, pytać, jak się czuję... Tak. Oni myślą, że jestem w ciąży z jakimś ukochanym, którego ukrywam.

Akurat w te święta planowałam się odważyć i powiedzieć im, że wolę kobiety. Wcześniej nie mówiłam, bo do niedawna nie pojawiła się żadna partnerka godna uwagi. Trzymajcie kciuki.

#GTo48

Mam 18 lat, pracuję, a raczej pomagam, w barze rodziców. Jest to mała gastronomia - mama na kuchni, tata sprzedawca, ja 1) kelnerka, 2) pomoc kuchenna, 3) ogólnie przynieś, wynieś, pozamiataj. Ktoś musi, padło na mnie. Trudno się mówi. Jako że robota taka, a nie inna, a mój charakter taki, a nie inny - nie daję sobie wejść na głowę, w końcu muszę ogarniać praktycznie wszystko. Tata przyjmuje zamówienia przy ladzie, ja muszę wiedzieć gdzie zamówienie przynieść, przy okazji być miłym dla klientów, służyć radą (patrz pkt 3. i 2.). Z kuchni zabieram zamówienie, ale to, co zostało ugotowane, często sama wcześniej muszę nałożyć na talerze. Mama zajęta jest gotowaniem, często nie ma czasu, bo trzeba odwrócić się do czegoś innego. Tak że niedziwne, że często wydaję się władcza przy komunikacji między rodzicami. "Musisz zabrać talerz ze stolika nr 3", "Podaj państwu przyprawy", "Karteczkę z zamówieniami dałam ci ro ręki". Nie ma czasu na "proszę". Trzeba działać szybko i mówić zwięźle. Czasami jest taki ruch, że inaczej po prostu nie mam jak, bo muszę być w dwóch miejscach naraz. Rodzicom to nie przeszkadza, co więcej, w natłoku obowiązków taka komunikacja nawet im pasuje.

Za to u najczęściej starszych klientów wywołuje ona odruchy agresji. Nawet nie chodzi o to, że to moi rodzice, a w pracy jestem z nimi na ''ty'' i nie wymieniamy zwyczajowych uprzejmości, bo że jesteśmy spokrewnieni, to często nie wiedzą. Chodzi o mój wiek.
"Jak możesz tak mówić do starszych??"
"Gówniara, niewychowana, słyszycie jak rozkazuje?"
"Patologia"
"Królewno! Chciałbym rachunek"
"Staruszka: Poproszę serwetki.
Ja (słysząc dzwonek obwieszczający gotowość zamówienia, zwracając się do mojego taty): Podaj pani serwetki.
Staruszka: Ale ja prosiłam ciebie, gówniaro".

Tata wiele razy musiał interweniować w mojej sprawie, bo byli tacy, którzy chcąc skarcić mnie za moje zachowanie, chcieli dać mi w twarz, bo nie powiedziałam "Czy mógłbyś".

#qa2QC

To było w 8 klasie, w okresie świątecznym a właściwie już po. Na godzinie wychowawczej sprzątaliśmy salę, która została przydzielona nam do udekorowania na święta. Była to sala od matematyki, w której zawsze mieliśmy te oto lekcje. Pani była bardzo wymagająca i każdy wiedział, że z nią się nie zadziera. Sala była udekorowana girlandami, choinką, różnymi ozdóbkami oraz takimi "glutkami", które były przyklejone na oknach. Wszystko oczywiście w motywie świątecznym. Wchodzę do tej sali a tam dwoje chłopaków, ściągają te glutki z okien i rzucają nimi o tablicę. W międzyczasie przyszły jeszcze 2 dziewczyny. No i ja, tak dla żartów, powiedziałam coś w stylu "No jakby się to rzuciło na sufit to pewnie by się przykleiło". Dosyć oczywista oczywistość. Ale oni i tak musieli to zrobić więc jeden z nich rzucił zielonego glutka w sufit. Tak jak myślałam, glutek się przykleił. No i klops. Nikt nie wiedział co zrobić, próbowali go zdjąć wchodząc na krzesło ale byli za niscy żeby cokolwiek ruszyć, więc wysłali mnie po szczotkę do woźnych. Cały czas dopytywały mnie po co mi ta szczotka, na nic zdawało się mówienie im że to do sprzątania sali. W końcu dały mi tą szczotkę, biegnę z nią do sali a tam w drzwiach widzę chłopaka który stoi na warcie i popędza mnie gestem dłoni. Dałam szczotkę drugiemu chłopakowi, było blisko, ale nadal nie udało się ściągnąć glutka. W ten chłopak który stoi na warcie krzyczy "PANI IDZIE". To była naszą wychowawczyni. Próbowaliśmy zachowywać się normalnie, tak jakby nic się nie stało, ukradkiem zerkając na sufit. Jako iż jestem wielkim śmieszkiem, cały czas miałam uśmiech na twarzy. Pani na mnie spogląda i mówi "a co ty taka rozbawiona" MYSLALAM ZE SIE TAM POSIKAM ale obyło się bez tego, pani wyszła, przyszła inna dziewczyna i udało jej się ściągnąć glutka. Został po nim zielony ślad na suficie. Na szczęście sufit był w odcieniu zielonego więc nie było tego aż tak widać. Następnego dnia, na lekcji matematyki, cała nasza grupka spogląda to na siebie, to na sufit. Pani niczego nie odkryła. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy.

#WUnwP

Mam 24 lata i jestem uzależniona od smoczka. Od zwykłego, dziecięcego smoczka. Zaczęło się to jak miałam 17 lat, gdy od chłopaków ze szkoły w ramach żartu dostałyśmy na Dzień Kobiet po smoczku. Oczywiście każda dziewczyna się tym smoczkiem cały dzień bawiła, ale ja nie. Z jakiegoś powodu nie chciałam go włożyć do ust. Ale koleżanki mnie namówiły i tak się właśnie zaczęło. Ssałam go na każdej lekcji i przerwie do końca dnia. A jako że inne dziewczyny też się nimi bawiły, żaden z nauczycieli nie zwrócił mi uwagi. Nie czułam niczego szczególnego ssąc ten smoczek, można powiedzieć, że robiłam to prawie bezmyślnie. Po skończeniu lekcji oczywiście go schowałam i prawie o nim zapomniałam na resztę dnia, dopóki nie zaczęłam się pakować na następny dzień do szkoły. Postanowiłam sprawdzić, czy lepiej mi się zaśnie ze smoczkiem. Nic z tego nie wyszło, bo w nocy mi wypadł z ust, ale od tej pory zaczęłam ssać go codziennie podczas lekcji oraz kładąc się do łóżka. W szkole na początku kilka osób się trochę nabijało, ale wkrótce to minęło, nawet nauczyciele mieli to gdzieś. W domu nikt tego nie zauważał, bo kładłam się najpóźniej ze wszystkich i wstawałam najwcześniej.

Po paru miesiącach ssanie smoczka weszło mi w taki nawyk, że bez niego nie mogłam zasnąć. Zaczęłam wyszukiwać inne modele, większe, mniejsze, z różnymi obrazkami itp. Na koniec liceum miałam już 13 smoczków (żadnego nie wyrzuciłam, nawet gdy się zepsuł), miałam taki do spania, a także do nauki. Gdy zaczęłam studia, smoczki dalej mi towarzyszyły, także w pierwszej pracy (chodziłam na specjalne przerwy, by sobie pociumkać w toalecie). Moi faceci zawsze uważali to za śmieszne lub urocze, żaden nie miał z tym problemu, aż do czasu mojego ostatniego chłopaka. Wyjechaliśmy razem na wakacje i jakoś się tak złożyło, że zapakowałam tylko jeden (mocno zużyty) smoczek. Zawsze miałam ze sobą co najmniej dwa i tak się złożyło, że podczas wakacji ten jeden się zniszczył. Popadłam w całkowitą histerię, płakałam z 10 minut z powodu braku smoczka, pokłóciłam się z chłopakiem, twierdząc, że to on specjalnie wyjął z mojego bagażu zapasowy smoczek. Nie spałam całą noc, a rano wyruszyłam na poszukiwanie smoczka. Zajęło mi to jakieś dwie godziny i gdy w końcu jakiś kupiłam, popłakałam się ze szczęścia, gdy zaczęłam go ssać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem uzależniona. Gdy wróciłam z wakacji, chłopak przyznał się, że zrobił to specjalnie, bo chciał mnie od uczyć. Zostaliśmy ze sobą jeszcze 3 tygodnie.

Chciałabym wam powiedzieć, że udało mi się przezwyciężyć uzależnienie. Ale nie. Nawet pisząc to wyznanie mam w ustach smoczek. Patrząc na to, że mogłam być alkoholiczką lub palić papierosy, to jednak wolę swoje smoczki. Ale nie zazdroszczę swojemu dziecku, bo prawdopodobnie będzie musiało walczyć z mamą o smoczka.

#UWDl3

Do napisania tego wyznania popchnęło mnie wyznanie pracownicy call center, która narzekała, że ludzie jej się tłumaczą. Temat telesales (znanych bardziej jako "telewciski") znam z nieco innej strony. Pracowałam na infolinii operatora sieci, więc co nieco słyszałam od klientów.

1. "To za darmo" - dostępne były dwie opcje abonamentów komórkowych: z internetem biurowym ("flagowy" pakiet tego operatora) i same numery telefonów. Z internetem abonamenty za telefony są nieco tańsze niż w tej drugiej opcji, ale sam internet kosztował 50 zł netto, więc jeśli komuś nie był potrzebny, to kompletnie się to nie opłacało. Jak sobie radziły "telewciski"? Tak jak w tytule, wciskali klientom kit, że internet jest za darmo. Klient przeżywał szok po pierwszym rachunku lub ewentualnie w czasie wizyty kuriera (to była zdecydowana mniejszość, niestety niewiele osób czyta umowy), a "telewcisk" zgarniał wyższą premię. Jest dodatkowa aktywacja i jeszcze skompletowanie pakietu zamiast samej aktywacji/przedłużenia. Brawo!

2. "Ten numer ma pan/pani w prezencie!" - we wspomnianym wcześniej pakiecie drugi numer był za darmo. Klient ma kilka numerów? Trzeba wcisnąć mu, że będzie miał jeden darmowy abonament, jeśli go dokupi, a resztę numerów przedłużyć po pozostałych stawkach! Co z tego, że klient tego numeru nie potrzebuje i mógłby zaoszczędzić trochę kasy? Jest aktywacja, więc będzie premia! Klient miał już jeden numer za darmo? Nawet z tym nasze "telewciski" potrafiły sobie poradzić. Wystarczyło wcisnąć kit, że dostanie jeszcze jeden numer za darmo! Co z tego, że taka promocja nie istnieje, a klient będzie musiał za ten numer płacić? Premia "telewciska" ważniejsza!

3. "Podam panu/pani mój numer, w razie pytań lub problemów będzie można zadzwonić" - do czasu wprowadzenia zamówienia do systemu, "telewcisk" rzeczywiście odbierał. Później już nie. Zazwyczaj następowało zablokowanie numeru klienta. Premia zgarnięta, a burę zbiera ktoś inny. Perfekcyjnie!

4. "Proszę zadzwonić na numer oficjalnej infolinii operatora, już podaję" - telesales nie ma z oficjalną infolinią nic wspólnego. Call center należy do innej firmy, która ma za zadanie tylko sprzedać produkty. Telefonu kontaktowego do siebie nie podadzą, bo dlaczego mają zbierać ochrzan za swoje krętactwa? Ale przynajmniej brzmią wiarygodnie, zgarniają premię, a ktoś inny musi się za nich tłumaczyć. Wymarzona sytuacja!

Klienci składali reklamacje. Call center wysyłało nagrania z rozmów (albo i nie). Ponosili za to konsekwencje? Pewnie... że nie.

Potraktujcie ten wpis jako przestrogę. Jeśli zadzwoni do Was "telewcisk" z "ofertą dostępną jedynie przez telefon", zastanówcie się 10 razy, wygooglujcie ofertę operatora, zadzwońcie na oficjalną infolinię, napiszcie na czacie lub odwiedźcie zaufany salon (jeśli taki macie). Nie pozwólcie, żeby "telewcisk" bez sumienia zrobił z Was frajerów.

#UMLPa

Kocham mojego męża! Pewnego dnia zwierzyłam mu się, że muszę zacząć unikać rzeczy, które sprawiają, że czuję się źle i grubo.
- Wiesz o jakie rzeczy mi chodzi?
- Chyba wiem - odpowiada. - Czy chodzi ci o wagi, lustra, fotki... koleżanki?
- Tak... - odparłam bez wahania.

Nikt mnie tak dobrze nie zna!

#6dd4i

Ostatnio mój chłopak zażartował, że sama chyba nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby tak o mnie nie zabiegał.

Nie wie jednak, że przez okrągły rok byłam jego perfekcyjnym stalkerem. Wiedziałam wszystko. Gdzie mieszka, co lubi, czym zajmują się jego rodzice, na jaką siłownie chodzi, jakie filmy ogląda, jaką preferuje muzykę, w jakim towarzystwie się obraca, jak się uczy, jakie przedmioty lubi, a jakie nie.

I może lepiej, żeby w tej niewiedzy pozostał.
Dodaj anonimowe wyznanie