Moja matka ma Zespół Münchhausena, czyli dla atencji udaje różne choroby.
Kiedyś poszła do jakiegoś kościoła plenerowego o kulach. To nie był kościół katolicki, tylko jakiegoś innego wyznania. Niestety nie pamiętam jaki. Tam nie było księdza, tylko jakiś pastor czy prorok, już sama nie wiem. W każdym razie ten mężczyzna położył mojej matce na głowie dłoń i powiedział: „Ja cię uzdrawiam w imię Boga”. A matka rzuciła kule na bok i zaczęła tańczyć. No cyrk niesamowity. Wszyscy krzyczeli: „To cud, to cud!”.
Śmiechy śmiechami, ale to robi się niebezpieczne. W Polsce służba zdrowia kuleje. Nikt nie sprawdza dokumentacji medycznej. Ona idzie do lekarza i np. mówi, że ma padaczkę i dostaje leki na padaczkę (dla uwiarygodnienia wcześniej sprawdza w internecie nazwę leku na daną chorobę, a później mówi, że go stosuje, ale jej się skończył). Skutek jest taki, że później następny lekarz nawet jak ma wątpliwości i spojrzy w kartę, to ona ma wpisaną tę chorobę przez poprzedniego lekarza i koło się kręci.
Pozdrawiam pewnego chłopaka, który idąc przez Giżycko, poślizgnął się na górce, stoczył się z niej, a potem leżał w zaspie i się śmiał. Potem pokuśtykał dalej. Wiedz, że poprawiłeś mi tym nastrój, jako że sam mam tendencję do wywalania się i teraz wiem, że nie jestem jedynym, którego to bawi :D
Zastanawiam się, czy jeśli rodzice przykleją dziecku łatkę „tego najgorszego dziecka”, to ta łatka już towarzyszy człowiekowi do końca życia?
Jako dziecko ewidentnie byłam „ta gorsza”, może dlatego, że dziewczynka – jak by nie patrzeć, na wsi mniejszy pożytek od chłopaków. Pamiętam sytuacje, że ja na nic nigdy nie mogłam się doprosić pieniędzy – śniadanie, ubrania, środki higieniczne, a bracia dostawali na zasadzie wciskania, bez proszenia. No czysty kosmos. Ktoś powie, że może miałam bardzo dużo i dopraszałam się więcej i więcej, ale tu mowa o takich podstawowych rzeczach, które się zniszczyły od używania.
Jestem już dorosła i dalej widzę to samo. Co rodzice zarobią, to bratu – żeby mu było łatwiej, żeby się podbudował, żeby na dzieci miał, bo co mają robić z pieniędzmi. A mnie nikt nigdy nic nie chce dać. Jako dziecko się prosiłam, ale jako dorosła nawet mowy nie ma, żebym chociaż o złotówkę się upomniała. I tak brat się buduje, bo ma pomoc finansową, a jeszcze dom rodzinny ma mieć na siebie przepisany, bo mu się przyda. Ja się nie buduję, ale po rodzicach też mi nic się nie należy. Oboje tak samo odwiedzamy rodziców, mamy normalne relacje. Ale ja jestem ta niewidzialna i gorsza. Jak raz chciałam porozmawiać z rodzicami, dlaczego mnie tak traktują, to usłyszałam, że na to mi dali, na tamto – a ja zbaraniałam. Owszem, gadali, że to na to mi dadzą, tu mi dołożą, ale nigdy tak się nie stało. Temat jak powstał, tak umarł, a oni żyją w świadomości, że przecież mi pomogli.
To jeszcze bym przebolała, ale z przyjaciółmi jest tak samo. Ja jestem ta gorsza w relacji. Ja piszę, ja dzwonię. Ile razy już przerabiałam, że serdeczna relacja się rozpadła, bo ja nie zadzwoniłam. I ja wiem, zaraz będzie, że tylko mi się wydawała ta relacja taka super, ale kto się przyjaźnił, ten wie, że czasem ma się z kimś super przygody i doświadczenia, super czas, ale jak się nie odezwiesz, to nagle przyjaciel w fochu i koniec relacji, bo on nie jest od starania się, tylko ty. Który to już przypadek w 40-letnim życiu, że ja dzwoniłam, rozmowa zawsze długa, rozmówca ucieszony, że dzwonię, ale jak raz poczekałam, aż oni się odezwą, bo ileż można być inicjatorem, to nie to, że nikt się nie odezwał, ale jeszcze jestem obgadana i wszyscy obrażeni, bo się nie odzywam. A ja normalnie przy spotkaniach rozmawiałam i się zachowywałam, ale czekałam, aż ktoś poza mną też zadzwoni. To się nie doczekałam nigdy. I im jestem starsza, tym bardziej widzę, że nie umiem w relacje. Spotykam się z tym, że albo ja będę utrzymywać kontakt, albo on normalnie umrze. I nie raz w życiu miałam dość tej jednostronności i pomyślałam: nie pisz dziś pierwsza, nie dzwoń w tym tygodniu pierwsza, przekonaj się, czy komuś zależy. I wtedy właśnie następował koniec. Nawet nie ignorowanie mnie przez drugą stronę, ale obrażenie się i obgadywanie, bo źle się zachowuję.
Jakiś czas temu odwiedziliśmy rodziców mojego chłopaka na weekend. Przed naszym powrotem jego mama zaczęła się dziwnie zachowywać. Zaczęła się nam przyglądać, zadawać dziwne pytania, mówić, że jej syn zawsze dla niej będzie najważniejszy bez względu na jego decyzje, że ja jestem wspaniała i dobrze, że na siebie trafiliśmy. I że jak chcemy jej o czymś powiedzieć, to ani chwili nie mamy się wahać. W końcu wypaliła, co dokładnie jej leży na sercu: „Kochanie, wiem, że jesteś gejem”... Moja szczena na podłodze, mojego chłopaka prawie w piwnicy. Patrzymy na nią jak na wariatkę. A ona dalej ciągnie, że to nic nie zmienia, ale nie musimy już udawać, że dlaczego w ogóle takie coś nam przyszło do głowy. Mój chłopak, odzyskawszy przytomność umysłu, zaczął dopytywać, dlaczego jej coś takiego do głowy przyszło.
Jak usłyszałam wyjaśnienie, byłam bardziej zszokowana niż wcześniej. A potem mało brakowało, a umarłabym ze śmiechu.
Kojarzycie „Maść na ból dupy”? Mój facet dostał taką od znajomych dawno temu, jako dodatek do prezentu urodzinowego. Wrzucił do plecaka i zapomniał. Był to ten plecak, w który się spakowaliśmy na wyjazd. Maść wypadła z kieszonki, mama chłopaka to zauważyła... i wywnioskowała, że to maść dla gejów na złagodzenie skutków seksu analnego!
Naprawdę, w życiu jeszcze nie przeżyłam takiej kumulacji emocji jak wtedy, nie wiedziałam, czy być w szoku, czy się śmiać, i z czego lub z kogo bardziej, czy może jednak wypada zachować powagę.
Po wyjaśnieniu sytuacji mama chłopaka była trochę zakłopotana, ale ostatecznie uśmiała się razem z nami, wymogła tylko obietnicę, że nie powiemy o tym ojcu ani rodzeństwu chłopaka.
Niestety dotrzymaliśmy tylko pół obietnicy i z rodzeństwem do teraz czasem się z tego śmiejemy :D
Pracuję w optyku. Niedawno mieliśmy klienta z dość dużą wadą, +10,5. Facet po osiemdziesiątce. Ślepy jak kret. Do tego duże problemy z motoryką – jak już usiadł, to bez pomocy żony nie wstał. Kroki stawiał malutkie, musiał się trzymać żony, a w drugiej ręce laska. Do tego problem ze słuchem. Po odebraniu okularów pan wsiada do samochodu i prowadzi...
Jego stan zdrowia na pewno na to nie pozwala, mimo nowych okularów. Badania lekarskie powinny być obowiązkowe po 70. roku życia co chociaż 3 lata, a najlepiej co rok.
Kobiety są piękne zmysłowe i subtelne. Ja chyba nie...
Kiedyś wracałam od koleżanki, która mieszkała ode mnie dwie godziny drogi autobusami, w połowie podróży coś zaczęło „jeździć mi po brzuchu”. Wiecie, takie ostatnie ostrzeżenie przed zbliżającą się katastrofą. Ewidentnie zjadłam coś szkodliwego, bo sytuacja zaczęła rozwijać się dynamicznie.
Za mną była już godzinna trasa jednym autobusem i czekała mnie taka sama drugim.
Przystanek był na wiadukcie, a pod spodem był mały lasek. Już nie mogłam wytrzymać i tanecznym krokiem, zaciskając pośladki, skierowałam się schodami w dół w stronę lasu. Sytuacja była tak dramatyczna, że co kilka schowków musiałam się zatrzymać na dociśnięcie blokady. Jakimś cudem udało mi się tam dotrzeć i szybko i zdecydowanie wyrzuciłam wszystko, co mi „zalegało”. Na szczęście zawsze przy sobie mam chusteczki, więc byłam spokojna. Sięgam do torebki i nie mogę ich znaleźć... Zaczyna mnie dopadać panika, bo przełom jesieni i zimy sprawił, że nie ma grama zieleniny do podratowania. Wywaliłam wszystko z torebki na ziemię i ku mojemu zdziwieniu chusteczek tam nie było. Wypadła tylko koszulka z myszką Miki, w której spałam u koleżanki. No cóż, nie miałam wyjścia. Koszulka już tam została – z arcydziełem, jakby namalował je Picasso.
To pozostawiło jakąś traumę i teraz nigdzie nie ruszam się bez chusteczek i papieru toaletowego. Nawet do samochodu wcisnęłam kilka rolek. W każdej torebce, kurtce i każdej możliwej kieszeni mam chusteczki i węgiel w razie czego.
Grudniowy dzień, czekam na zajęcia na jednej z popularniejszych uczelni w Polsce. Nagle czuję chęć skorzystania z toalety, do zajęć jeszcze 20 minut, więc na spokojnie udaję się w kierunku toalet. Wchodzę do jednej z kabin i patrzę, że urwana klamka, ale jakoś za bardzo nie połączyłam faktów, że przez to mogę z niej nie wyjść. Więc na luzie, robię co mam robić i chcę wyjść, ale przekręcenie zamka wcale nie pomaga, wniosek jest prosty – drzwi się nie otworzą, a w łazience nie ma nikogo, kto by mógł nacisnąć tę klamkę z drugiej strony. No cóż, trzeba wykombinować, jak wyjść z tej kabiny. Przejść do drugiej nie przejdę, bo ścianka za wysoko, to próbuję wyjść jakoś pod drzwiami. W głowie już myśli, że tam zostanę, że nie wyjdę, a tu za 15 minut zaczynają się ćwiczenia. Biorę tę złamaną klamkę, która leży obok kosza, i łudzę się, że jak ją przyłożę do drzwi, tam, gdzie powinna być, to nagle drzwi się otworzą, ale ku mojemu zaskoczeniu tak się nie dzieje. W łazience nadal nikogo nie ma, to próbuję wyjść pod drzwiami, zaczynając od nóg, ale to był głupi pomysł, nie przejdę, nic mi to nie da. To może inaczej, zaczynam od głowy, ledwo co przeszła, plecy też i tu nadchodzi największe zaskoczenie, mój tyłek jest za duży, nie przejdzie, powrócić do kabiny też nie dam już rady. Leżąc pod tą kabiną, próbuję dostać ręką do klamki, żeby ją tylko nacisnąć i jakoś otworzyć te cholerne drzwi. Musiałam nieźle przycisnąć plecy do drzwi, żeby się wspiąć i nacisnąć tę klamkę, ale się udało. Szybko wstaję z tej ziemi, żeby mnie tylko nikt nie zobaczył i cała roztrzęsiona wychodzę umyć ręce.
Nadal zastanawiam się, jak to jest możliwe, że nikt wtedy nie wszedł do tej łazienki i jak mogłam nie ogarnąć, że jak klamka jest złamana, to nie wyjdę z tej kabiny. Po mojej przygodzie w toalecie pozostało tylko kilka siniaków na plecach i kości ogonowej. Teraz za każdym razem sprawdzam, czy klamka działa.
Historia nie przydarzyła się mi, lecz mojemu wujkowi. Może to i zabrzmi jak dobry dowcip, lecz owa sytuacja przydarzyła się rzeczywiście. :)
Mój wujek jest niedowidzący i ma on znajomego, który, uwaga... jest niedosłyszący. Pewnego piątkowego wieczoru wybrali się obaj do najbliższego sklepu w celu zakupienia trunków procentowych. Po wybraniu produktów udali się do kasy, gdzie okazało się, że żaden z nich nie ma przy sobie pieniędzy papierowych ani monet. Na szczęście wujek uratował sytuację, bo miał przy sobie kartę bankową. A że jak wspomniałam wyżej, jest niedowidzący, więc miał spore problemy z wpisaniem PIN-u, więc poprosił kumpla o pomoc. I tak „ślepy” darł się do „głuchego” na cały sklep, podając numer PIN. Mieli szczęście, że poza nimi nie było żadnego klienta. :D
Jestem dwudziestoletnim, w pełni heteroseksualnym mężczyzną i mam narzeczoną. Mam jednak pewien fetysz – męskie dłonie, i to nie byle jakie. Muszą one mieć smukłe i długie palce, czyli tzw. ręce pianisty. Nie kobiece. Męskie.
Kiedy jest mi już tak smutno, że nie umiem się pozbierać lub mam gorszy dzień, proszę kumpla, żeby wysłał mi zdjęcie swoich dłoni. Są piękne, delikatne i zadbane. Jakoś robi mi się lepiej, kiedy na nie patrzę.
A on do tej pory myśli, że wysyła mi je, bo je rysuję. Cóż, to też, ale głównie dlatego, że dogadzam sobie, patrząc na nie. Wziąłby mnie za wariata, gdyby się dowiedział.
To chyba raczej ciężkie, ale bardzo anonimowe wyznanie.
Wiecie... choć może trudno to wytłumaczyć, pałam seksualnym obrzydzeniem do mojego ojca. Nie wiem dlaczego, nie pamiętam, by dotykał mnie w nieodpowiedni sposób, ale jednak coś we mnie siedzi. Coś, co każe mi pilnować go, gdy nosi na rękach moje córki, coś, co ciągle stawia mnie w stan czuwania, gdy on jest blisko.
Jako dziecko często widywałam go nago. Nie wstydził się swojego ciała. Wiem, że mnie podglądał, gdy byłam w łazience. Widziałam, jakie sprośne filmy i gazety ogląda. Widziałam, jak obnosi się z tym, co powinien chować.
Nie wiem, czy moja psychika coś wyparła, ale podświadomie czuję, że mój ojciec jest seksualnym agresorem.
Dodaj anonimowe wyznanie