Mam 36 lat, jestem adwokatem, rozwodnikiem, mam 10-letniego syna z poprzedniego małżeństwa. Obecnie jestem w szczęśliwym związku małżeńskim z 8 lat młodszą kobietą i w maju przywitamy naszą pierwszą córkę.
Niestety wiele ludzi podchodzi bardzo stereotypowo. Adwokat=kasa, więc automatycznie ja jestem ten zły – porzuciłem żonę dla młodszej, jestem egoistą, oszustem i złodziejem. Tak podchodzi do mnie spora część naszego społeczeństwa.
Ale nikt nie patrzy na to, że moja eksżona prowadziła życie na boku, że w wojnie rozwodowej, którą prowadziliśmy 4 lata, fałszywymi oświadczeniami zmieszała mnie z błotem, w rezultacie czego musiałem odejść z kancelarii i założyć własną. Sam podjąłem się trudu wychowywania syna, ponieważ ona zaczyna drugie życie na Korsyce i jak sama powiedziała, nie ma czasu na „pielęgnowanie naszej wpadki”.
Nie, tego nikt nie widzi. Wszyscy wiedzą, że się rozwiodłem. Że porzuciłem dziewczynę z biednej rodziny, zrobiłem jej wojnę w sądzie, przy czym ona biedna żadnych szans nie miała, ponieważ mam znajomości i cały świat przeciwko niej nastawiłem. I teraz musi się kurować na wyspie z jakimś pakerem. A ja tymczasem wspaniale zabawiam się w „romansowanie z nastolatką”.
Gdy firma mi się dobrze rozwija, żyję na poziomie, nareszcie jestem znowu szczęśliwy i nie wymiotuję ze stresu przed kolejnym dniem, codziennie otrzymuję pełno pogardliwych spojrzeń od ludzi, którzy „wiedzą lepiej”.
Nie lubię marnować czasu. Nawet w toalecie muszę się czegoś uczyć. Padło na norweski.
Dzięki klopowym lekcjom ogarnęłam to na tyle, że po osłuchaniu się zaczęłam mówić w tym języku. I niechcący wyrobiłam sobie odruch Pawłowa. Gdy ktoś do mnie dzwoni w czasie wizyty na tronie, zaczynam do niego mówić po norwesku.
Mam dwadzieścia lat, poszłam rok później do szkoły i mam niedosłuch głębokiego stopnia. Nie jest mi łatwo z tym żyć... naprawdę. Nie jestem w stanie słuchać muzyki, ponieważ aparaty źle odbierają elektroniczne dźwięki. Dodatkowo nie mogę rozmawiać przez telefon. Jak wygląda u mnie życie towarzyskie? A raczej... gdzie ono jest? Ludzie odsuwają się ode mnie, nie starają się ze mną rozmawiać. I mnie to bardzo boli. Hałas otoczenia pogarsza sprawę, sprawia, że słowa do mnie nie docierają. Słyszę tylko jednostajny, głośny szum w szkole. Na zewnątrz też praktycznie się nie da rozmawiać. Dlaczego? Na przykład samochód przejedzie obok i już jestem rozproszona. Ciągłe powtarzanie wypowiedzianych słów w takich sytuacjach denerwuje ludzi. Nie rozumieją, że odbieram świat znacznie gorzej niż oni. Przez brak kontaktów z ludźmi właściwie nie umiem w ogóle rozmawiać z nimi na żywo. Przez internet jest zupełnie inaczej. Nauczyciele się dziwią, czemu siedzę sama pod klasą, czytając książkę albo pisząc ze znajomymi z internetu, zamiast rozmawiać z kolegami i koleżankami z klasy czy szkoły. Jak ja mam z nimi rozmawiać, skoro oni nie mają ochoty pisać na komórce albo kartce?
Czuję się taka samotna...
Parę lat temu byłam w jednym z ciepłych, śródziemnomorskich krajów na wakacjach. Był tam taki kurort łączący w sobie plażę, stoiska handlowe oraz małe wesołe miasteczko. Jedną z najlepszych atrakcji w tym miejscu była taka jakby katapulta z krzesełkami. Siadało się na jednym z kilku siedzeń, a następnie urządzenie wystrzeliwało człowieka na samą górę, skąd rozpościerał się przepiękny widok na morze. A potem spadało się, aby po chwili jeszcze raz wylecieć do góry. Na pewno wiecie, o jaki rodzaj atrakcji lunaparkowej mi chodzi. Dodatkowym smaczkiem była tu kamerka, która na żywo rejestrowała grymasy osób korzystających z tego urządzenia. Obraz wyświetlany był na wielkim telebimie ustawionym na dole. Ci, co nie odważyli się skorzystać z kolejki, mogli chociaż pośmiać się ze znajomych, którzy zdecydowali się wzlecieć pod niebiosa. Za dodatkową opłatą można też było po wszystkim poprosić o wypalenie filmiku na płytę. Teraz wróćmy do historii.
Tego dnia było bardzo gorąco i po kilku drinkach wypitych na plaży zachciało mi się szaleństw. Poszłam więc ubrana w samo bikini na wspomnianą katapultę. Poleciałam niczym torpeda, drąc się wniebogłosy. I jeszcze raz! W każdej jednak chwili, gdy siedzonko zjeżdżało na dół, widziałam coraz większy tłumek gromadzący się przed telebimem. W mojej sytuacji nie miałam jednak zbyt dobrych warunków do rozmyślania nad powodem takiego stanu rzeczy... Kiedy wreszcie wylądowałam na dobre, gromada ludzi biła mi brawo, jakiś zaczerwieniony nastolatek, wypchnięty z tłumu, podbiegł do mnie i wręczył mi kwiatek, parę osób robiło mi zdjęcia. Nie wiedziałam, co jest grane, a buzująca we mnie adrenalina skutecznie zagłuszała podpowiedzi dawane mi przez racjonalną część mojego mózgu. Zeszłam po schodkach na ziemię prosto w ten tłum, a tam wśród gwizdów i braw jakiś młody, roześmiany facet chwycił mnie za rękę i mówiąc: „Chodź!”, zaprowadził pod namiot, gdzie stał już ogonek rechoczących i wytykających mnie palcami gości. Kolejka prowadziła do stanowiska z komputerem, którego obsługą zajmował się mężczyzna, co to mnie tu przytargał. „Coś ci pokażę – powiedział do mnie, a następnie krzyknął do tłumu – Gotowi na powtórkę?!”
Wszyscy, łącznie ze mną odwrócili się w stronę telebimu. Filmik zaczynał się tak, że siedziałam sobie na krzesełku, następnie krzesełko wylatywało wysoko w górę, a uchachana ja podnosiłam ręce wysoko nad głowę. W kulminacyjnym momencie obsunął mi się stanik (efekt przeciążenia?) i mój biust wystrzelił niczym kamień z procy. Przez „podróży” moje niemałe cycki łopotały we wszystkie strony niczym sztandar podczas huraganu.
Nie dziwię się, czemu nagle stałam się gwiazdą lokalnego kurortu...
PS Facet zaklinał się, że mimo ogromnego popytu nie sprzedał żadnej płyty z moim „popisem”. Mam nadzieję, że mówił prawdę.
Moja dość bliska znajoma 3 lata temu urodziła dziecko. Całą ciążę planowała, że chce, żeby było przebojowe, samodzielne, żeby nie dało się stłamsić i brało z życia pełnymi garściami. Tymczasem... w domu nie włącza się miksera, bo dziecko się go boi. W domu nie włącza się również piekarnika, bo dziecko może podejść i się poparzyć. Na czas przygotowywania jedzenia dziecko ma bezwzględny zakaz wchodzenia do kuchni, żeby się nie skaleczyło/poparzyło/nie wylało czegoś na siebie. Dziecko wciąż je posiłki palcami, ponieważ „jest zbyt małe na używanie łyżeczki/widelca i zrobi sobie krzywdę”. Dziecko nie ma również kontaktu z rówieśnikami, żeby jakieś inne go nie kopnęło/popchnęło/nie zabrało mu zabawki, czy nie sprawiło jakiejś przykrości. Natomiast piaskownica to mordercze siedlisko pełne zarazków i pyłu. Do przedszkola również nie pójdzie. Z dzieckiem nie chodzi się do sklepu, nie jeździ komunikacją miejską, bo również się boi. I wiele, wiele innych, pomniejszych „problemów” życia codziennego.
W efekcie dziecko jest zdrowym, zadbanym, bojącym się własnego cienia 3-letnim malkontentem; z permanentnie przyklejoną do siebie, niepracującą matką. Ojciec z początku coś tam walczył, ale z biegiem czasu opadł z sił i skupił się na swoich obowiązkach – pracy, zakupach, wszelkich urzędowych formalnościach i całej reszcie czynności, których „nie da się robić przy dziecku”.
A do znajomej nie dociera, że robi dziecku krzywdę.
Działo się to dwa lata temu. Mój narzeczony (obecnie mąż) chciał mi kupić prezent na Dzień Kobiet. Należy do ludzi, którzy lubią robić praktyczne prezenty, dlatego postanowił kupić mi szlafrok. Wziął do pomocy swojego brata. Co ważne w tej historii, nie są oni do siebie wcale podobni! Weszli obaj do sklepu i przeglądali szlafroki. Mąż postanowił kupić szlafrok w kolorze delikatnego różu. Nie wiedział jednak, czy będzie na mnie dobry, więc postanowił go przymierzyć, bo wiedział, ile mniej więcej jestem od niego niższa i chudsza.
W tym momencie zza regałów wyłoniła się ekspedientka. Wyobraźcie sobie jej minę, gdy zobaczyła dwóch dorosłych facetów: jednego w ślicznym różowym obcisłym szlafroczku w różowe kwiatki, a drugiego bacznie mu się przyglądającego i mówiącego: „Dobry jest! Kupuj!”. Kobieta zapewne chciała pomóc przy wyborze, ale była tym tak zdezorientowana, że odwróciła się i poszła w inne miejsce :D
Kilka lat temu zaczęły się u mnie dziwne problemy żołądkowe. Co pewien czas pojawiało się u bardzo silne parcie na stolec, ale nie było w tym żadnej logiki – ani co do pory dnia, ani potrawy, którą wcześniej jadłem. To się mogło stać w każdej chwili. Od tego się nie umiera, ale nie jest to łatwa sytuacja, kiedy w połowie sprawozdania rocznego trzeba wykonać sprint do ubikacji, albo – co gorsza – w sytuacji intymnej.
Wykonałem kilka bardzo nieprzyjemnych badań, po których lekarze od razu wykluczyli jakąś poważną chorobę. Odetchnąłem z ulgą, ale problem nadal nie był rozwiązany.
W końcu znalazłem gastrologa, który prowadził prywatną praktykę i zgodził się mi pomóc. Postanowił rozłożyć moje życie na czynniki pierwsze, żeby znaleźć przyczynę. I, jak to się mówi, nie zasypiał gruszek w popiele. Od razu dostałem polecenie, żebym mu wysłał zdjęcie swojej porannej kupy. I następnego dnia rano wysłałem... Do wszystkich, których miałem w kontaktach w telefonie. Co za wstyd!
Sam robiłem na własnej budowie łazienkę, włącznie z przyłączem i samym sedesem. Wiszącym. Tylko że coś mi nie wyszło. Wprowadziliśmy się w ubiegłym tygodniu. Celem posiedzenia trzeba podstawiać jakiś taborecik, inaczej nogi będą dyndać w powietrzu, a mam 1,8 m wzrostu.
Zawsze płaczę u lekarza. Właśnie wróciłam od dermatologa – nic takiego, ale ryczałam jak dziecko. Jak tylko czuję ten lekarski zapach albo słyszę coś o wizycie, to mam ciary, strasznie mnie to stresuje. Głupio mi przez to.
Polskie szpitale psychiatryczne – chciałabym podzielić się moim doświadczeniem.
Personel traktuje tam pacjentów dosłownie jak śmieci, myślę, że w ten sposób próbują się jakoś dowartościować czy coś. Kiedy pewnego dnia poszłam na nie swoją salę po kubek, który zapomniałam stamtąd zabrać, kilku chłopaków mnie złapało, zaczęło rozbierać i chciało mnie zgwałcić. Na szczęście w ostatniej chwili weszła na salę inna pacjentka i mnie uratowała. Kiedy postanowiłam zgłosić ten fakt psychologowi, zamiast ukarać winnych, ukarano ofiarę. Zamknięto mnie na izolatce. Kiedy powiedziałam, że nie wytrzymam tam, ponieważ mam klaustrofobię, zapięto mnie w pasy i chciano założyć pampersa, co było mega poniżające. Co najlepsze, sala była otwarta i niedoszli oprawcy mogli tam wchodzić i mnie wyśmiewać.
Kilku innych pacjentów się nade mną zlitowało i potwierdzili moją wersję wydarzeń na dyżurce, ale w zamian za to personel powiedział, że jak jeszcze raz przyjdą i będą im zawracać wielce zmęczoną nic nierobieniem dupę, to również wylądują tam gdzie ja. Witamy w Polsce.
Dodaj anonimowe wyznanie