#PFEJy

Trudno mi samej w to uwierzyć, ale...

Jestem po trzydziestce i wiem, jak działa poczta, jak adresować listy, wysyłać paczki, czy też odbierać awizo. Wiem, że czasami nastolatki tego nie wiedzą, bo większość jest już elektroniczna (listy, nie nastolatki), więc listy wydają się im archaiczne.

Zazwyczaj jak miałam coś załatwić, to szłam na pocztę i wszystko szło sprawnie. Mieszkałam blisko poczty, więc nie miałam problemów.

Jakiś czas temu szłam z moim mężczyzną załatwić kilka spraw na mieście (innym niż moje rodzinne), w tym wysłać list. Już miałam iść w stronę poczty, kiedy on zauważył skrzynkę na listy. Znaczek jest, adres wpisany, a ja patrzę jak cielę na malowane wrota i dopytuję, czy to zadziała, przecież ja zawsze na pocztę chodzę... On na to, że tak, tak działają te czerwone skrzynki, wrzucasz i gotowe. Ja jeszcze przez kilka minut upewniałam się, czy wszystko jest dobrze, bo nie było kolejki, pani w okienku, tylko wrzucić i gotowe.

Już przestanę się śmiać z dzieci, które nie wiedzą co to VHS.

#Y2MiC

Dwa lata temu oświadczyłem się mojej obecnej narzeczonej. Jakiś czas temu zaczęliśmy przygotowania do ślubu. Iza nie zgodziła się na ślub kościelny (czego bardzo chciałem, ale ona uczciwie od początku związku mówiła, że nigdy w życiu nie zdecyduje się na coś takiego), na większe wesele (jedynie rodzice, bracia – którzy są też świadkami – i kilka osób z najbliższej rodziny), a ostatnio kiedy zapytałem ją, czy wybrała już sobie suknię ślubną, zapowiedziała mi, że idzie do ślubu... w spodniach. Na początku uznałem to za żart, ale moja śmiertelnie poważna narzeczona powiedziała, że jedzie na pobranie miary do babci (która jest krawcową) i babcia uszyje jej jednoczęściowy komplet, w którym pójdzie do ślubu. Zacząłem spokojnie ją przekonywać, że nie musi iść w koronkowej sukni do ziemi (moja kobieta nienawidzi koronek, kupiłem jej kiedyś piękną koronkową bieliznę, nie ubrała jej ani razu, bo twierdzi, że koronka jest dobra na firankę albo obrus), ale chociaż w jakiejś krótkiej sukience, do tego ładne szpilki i byłbym najszczęśliwszy na świecie. Ona stwierdziła, że nie będzie ubierać sukienki tylko dla mojej przyjemności... i że dobrze wiem, że ona kiecek nienawidzi i się w nich męczy, więc mogę zapomnieć.

Czy to takie dziwne, że chcę, żeby w tym wyjątkowym dniu moja kobieta wyglądała kobieco? Raz w życiu widziałem ją w sukience i wyglądała prześlicznie, a ślub to taki dzień, kiedy kobieta powinna mieć na sobie sukienkę. Nie wiem, jak ją przekonać, coraz częściej myślę o jakimś podstępie.

#q8kDk

Kilka lat temu jechałem sobie na urlop do Polski, pełen wakacyjnej euforii, machając głową do radiowego hitu. Dojechałem do bramek w Katowicach w stronę Krakowa, a tam korek. Śpiewam sobie w najlepsze, fałszując jak nikt, gdy nagle w aucie przede mną włączają się awaryjne. Wysiada z niego młoda brunetka, taka, że aż mi się głos zawiesił w połowie refrenu. Podchodzi, uśmiech jak z reklamy pasty do zębów, i pyta: „Hej, poratujesz paroma złotymi na bramki? Zapomniałam portfela”. Ja grzebię w kieszeni i znajduję tylko wymięty banknot 20-złotowy. Myślę: „Dobra, to nie fortuna, dam jej”. Wręczam, czując się jak rycerz na białym koniu, choć mój koń to raczej zwykły opel. Ona na to: „Daj numer, oddam ci później!”. I tu zaczyna się mój popis – jak prawdziwy geniusz mówię: „Eee, nie pamiętam swojego numeru, ha, ha”. Wiem, że to żenujące, ale serio, zapomniałem swojego numeru! Ona patrzy na mnie jak na kosmitę, a ja tylko wzruszam ramionami z miną: „No zdarza się”. Chce oddać te 20 zł, ale macham ręką, żeby je sobie wzięła. Odjeżdża, ale widzę, jak pokazuje, że zatrzyma się za bramką, żeby pogadać. Myślę: „Oho, to będzie historia na lata!”. Ale los miał inne plany. Pani w okienku na bramce szukała reszty chyba od czasów PRL-u, a ja stałem jak kołek, patrząc, jak czarny ford focus na krakowskich blachach znika w oddali. Moja szansa na romantyczną przygodę roku odjechała szybciej niż pendolino.

Najgorsze? W głowie już układałem scenariusz, jak ta dziewczyna opowiada wnukom o tajemniczym wybawcy z bramek, a ja… no cóż, zapomniałem numeru telefonu. Brawo, ja! Teraz czasem wracam do tej chwili, śmiejąc się z własnego nieogarnięcia. Może kiedyś wpadnę na nią w korku i powiem: „Hej, pamiętasz tego kolesia, co dał ci kasę i zgubił szansę na love story?”. Ale znając moje szczęście, znów zapomnę numeru. 😅

Mam tylko nadzieję, że ona też kiedyś komuś rzuci te 20 zł w potrzebie. I może, gdzieś tam, wspomni faceta, który był rycerzem na pięć minut… zanim nie zepsuł wszystkiego swoją pamięcią do bani.

#JWStD

Dostałam się do Mensy i ogólnie to się tego wstydzę, bo przyjrzałam się dokładniej i wychodzi na to, że ta organizacja polega tylko na wyciąganiu hajsu od ludzi.
Opłata członkowska wynosi 100-150 złotych rocznie, niby niedużo, ale zauważcie, za co się płaci: za nic. Legitymacja nic nie daje. Absolutnie nic. Co najwyżej ma się dostęp do dedykowanego sklepu z odzieżą, akcesoriami i gadżetami (czyli hej, mądralo, kupuj u nas i zostaw nam swoje pieniądze). Dzięki niej można sobie zwiększyć ego czy dodać tym +5 do rzekomej zajebistości, bo członkostwa nawet do CV nie wpiszesz, bo i po co się tym przechwalać? Legitymacja udowadnia jedynie, że wynik testu plasuje się w dwóch górnych procentach populacji. To tak, jakby namówić wszystkich ludzi  z rzadkim imieniem na opłacanie specjalnej legitymacji, która będzie tylko potwierdzała to, że mają rzadkie imię, i nic więcej. Absolutny bezsens. To jest robienie ludzi w balona i trzeba być ostatnim nieogarem, żeby tego nie wyłapać. No a ja z początku nie wyłapałam. Czujecie w ogóle całą przewrotność tej akcji? Łaskotać ego ludzi, wmawiając im, że są inteligentni i powinni za to płacić?
Nikomu nie powiem, że wyrobiłam legitymację Mensy. Nikomu.

#BQuAI

Moi rodzice od kilkunastu lat prowadzą małą firmę transportową, której biuro mieści się w naszym domu. Kilka lat temu, gdy polscy kierowcy zaczęli stawiać zbyt wysokie wymagania, mama zdecydowała się zatrudnić Ukraińców. Początkowo byli zwykłymi pracownikami, ale z czasem zaczęli pojawiać się na firmowych spotkaniach — grillach, imieninach — i stopniowo stali się najlepszymi przyjaciółmi moich rodziców. Często zdarzało się, że ja i brat schodziliśmy na dalszy plan, bo zabawa z „kolegami” była dla rodziców ważniejsza niż wspólne oglądanie bajek czy granie z nami w gry. Przestaliśmy spędzać razem czas. Doszło do tego, że mama zaczęła wychodzić na dyskoteki ze swoimi „przyjaciółmi”, a ja zostawałam w domu sama z sześcioletnim bratem. Z biegiem czasu coraz bardziej oddalałam się od rodziców. Nie mam z nimi bliskiej relacji, a moje problemy zawsze zostają tylko moimi. To mnie irytuje — chciałabym mieć takich rodziców, jakich mają moi znajomi. Zazdroszczę koleżance, która może powiedzieć swojej mamie wszystko, podczas gdy ja czuję się z tym zupełnie sama.

Marzę o tym, by moje przyszłe dzieci zawsze mogły liczyć na moje wsparcie, niezależnie od okoliczności.

#xS042

Czasy gimnazjum. Dyskoteka walentynkowa w piątkowy wieczór, zgaszone światło, muzyka złożona z samych fantastycznych kawałków w tym muzyki z „Titanica” (?!) i mała szara ja, która, powiedzmy sobie szczerze, była niezłym kujonem. Nagle podchodzi do mnie jeden absztyfikant. Całkiem miły, tańczymy sobie, on wie o mnie całkiem sporo — przygotował się chłopak. Ja wiem o nim jedynie tyle, że ma brata bliźniaka, ale nie wiem nawet, który jest który... tak... jakoś wyszło. Resztę dyskoteki spędziłam właśnie z nim.
Następnego dnia zakochana ja z samego rana napisałam do niego na Naszej Klasie... Wszystko było świetnie, odpisał, pisaliśmy cały weekend, było super.
Do poniedziałku.
Wtedy okazało się, że pisałam z jego bratem... 

Nigdy nie zapomnę dramy, która wtedy była końcem świata. Dokładnie od tego poniedziałku to jest najbardziej skłócona para braci, jakich znam i nie, nie wyszłam za żadnego za mąż. W sumie to od tego poniedziałku żaden się do mnie nie odzywa, a minęło już ponad 10 lat... Ale tego mi nie szkoda, szkoda mi tylko ich relacji, wrr...

#Uujyd

Mieszkam w przepięknej stolicy Wielkopolski. Każdy, kto w Poznaniu mieszka, wie doskonale, że stężenie dresów i wszelkiej patologii na kilometr kwadratowy jest ogromny.
Wracałem w piątkowy wieczór z pracy. Potwornie zmęczony, chciałem tylko dojechać, zjeść kolację i spać. Jadę sobie autobusem, gdy gdzieś w okolicach centrum wpada podchmielona grupka rdzennej ludności miasta koziołków. Moje długie włosy i drobna postura nie umknęły ich uwadze. Zaczęło się od zaczepek słownych, a skończyło na załamanym nosie, śliwie pod okiem i rozciętym łuku brwiowym. 
Dostałem po gębie tylko dlatego, że zapuszczam włosy, by oddać je na peruki dla osób po chemioterapii. Kocham to miasto... doznań.

#dyIfG

Grałem z młodszą siostrą na konsoli i po mojej wygranej dostała jakiegoś szału! Wykręciła mi z całej siły palec, mówiąc: „Ciekawe, jak teraz będziesz grać, pizdo!”. Nawet nie wiedziałem, że zna takie słowa. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem też, że ta mała istota da radę złamać mi palec.
Dodaj anonimowe wyznanie