Pokochałem ją od pierwszego spojrzenia. Te oczy, ten uśmiech, te zaczepne odzywki, poczucie humoru, piersi, tyłek, nogi… No ideał. Miała w sobie ten magnetyzm, który sprawiał, że za każdym razem, gdy pojawiała się koło mnie, moje serce na chwilę przestawało bić, a potem tłukło jak wściekłe, usiłując wyskoczyć mi z klatki i upaść wprost na dłoniach obiektu mych cichych westchnień.
Osiem lat się za nią uganiałem. Lubiła mnie. Nawet bardzo. Ale jako swego najlepszego przyjaciela.
Pewnie niejeden raz już słyszeliście te historie o facetach, którzy to utknęli w „friendzone” i nie byli w stanie wyplątać się z tego paskudnego układu. No, to wyobraźcie sobie, że ja wczoraj stanąłem z nią przed ołtarzem. Wciśnięty w elegancki garnitur, prężyłem się dumnie przed zgromadzoną w kościele rodziną i naszymi wspólnymi przyjaciółmi. Spełniłem jej gorącą prośbę i zostałem świadkiem na jej ślubie...
Chyba nigdy nie byłam na tak tragicznej randce. Umówiła nas moja kuzynka, mówiąc, że to fajny kolega i w końcu przyda mi się jakieś wyjście z domu poza pracą, a może nawet coś wyjdzie z tej znajomości. Zgodziłam się.
Byliśmy umówieni na 15 w kawiarni. Spóźnił się 30 minut, tłumacząc tym, że musiał dopić piwo z kolegą. Zamówiliśmy po kawie i ciastku, gdy w trakcie wyszłam do toalety, on zjadł połowę mojego ciastka, ale udawał, że nic takiego nie miało miejsca. Następnie, zamiast zacząć od nieco luźniejszych, zapoznawczych tematów, prosto z mostu zaczął mnie pytać, czy jestem feministką („Bo ja tych k%$#w nienawidzę”), później było: „Ale mam nadzieję, że popierasz PiS?”, aż w końcu: „Ale w przyszłości chyba zamierzasz się poświęcić dla rodziny i prac domowych, jak prawdziwa kobieta?”. Dowiedziałam się również, że gejów nie znosi, ale lesbijskie porno jest zajebiste...
No i warto dodać, jakie ten pan miał maniery.
Ja rozumiem, że każdemu się zdarza i nie zawsze da się to powstrzymać, ale nie zliczę, ile razy beknął albo spierdział się przy jedzeniu. Do tego straszne mlaskanie, mówienie z otwartą buzią, aż mu kawałki ciastka wypadały. W pewnym momencie zapadła niezręczna cisza. Aby ją przerwać, pan westchnął: „Ach, jak ja nie cierpię tych feministek, co dzieci abortują, wystrzelałbym je wszystkie”. Po tych słowach miałam już dość, postanowiłam w końcu iść. Pan wyjechał do mnie z tekstem, że możemy iść do niego i nie pożałuję tej decyzji. Gdy z bardzo wyraźną dezaprobatą oznajmiłam, że nie chcę, on się zaśmiał, twierdząc, że żartował, bo chciał sprawdzić, czy nie jestem łatwa jak prawie wszystkie kobiety. Brak słów... Ostatecznie wyszliśmy, pożegnałam się i wróciłam do domu.
Na wieczór dostałam SMS-a, że proponuje kolejne spotkanie: „Spodobało mi się to, że nie kwestionujesz moich poglądów i znasz swoje miejsce, a do tego masz zajebisty dekolt”.
Chyba nie muszę mówić, że nie odpisałam, a kuzynkę czeka poważna rozmowa, bo nie wierzę, że umówiła mnie z kimś takim z innych powodów niż dla żartu.
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. Byłem wtedy studentem i w ramach praktyk terenowych przebywaliśmy nad morzem w celach badawczych. Obserwacja morza miała trwać także w nocy. Jako że na plaży w nocy jest dosyć niebezpiecznie, stwierdziliśmy, że lepiej, aby dziewczyny robiły badania w dzień, a w nocy sprawę przejmą mężczyźni. Z kolegą wzięliśmy więc namiot na plażę i przygotowaliśmy potrzebny sprzęt do badań.
Około godziny piątej rano do namiotu wleciał jakiś niezidentyfikowany owad. Ugryzł mnie dość boleśnie. Zacząłem stękać: „Boli... mmm... ale boli...”. Po kilku chwilach usłyszeliśmy, że ktoś obok przechodzi. Wystawiliśmy nasze łby, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Mina pana na plaży, który zobaczył dwóch chłopaków wystających z namiotu, gdzie przed chwilą stękałem, jak bardzo boli, była bezcenna.
Poznałam go 7 lat temu. Od razu zaiskrzyło i po 2 miesiącach byliśmy już parą. Te same pasje, ten sam temperament. Nigdy nie doświadczyłam takiego uczucia. Za każdym razem, gdy go widziałam, trzęsły mi się nogi, robiło mi się gorąco... Nie mieszkaliśmy razem, ale widywaliśmy się prawie codziennie. Raz u niego, raz u mnie... Wspólne wypady na weekend, zakupy. A po kilku latach poznał moją mamę (oboje mieszkamy za granicą, wiec spotkania rodzinne raczej nas omijają). W końcu zaliczyliśmy wpadkę mimo zabezpieczania się. Cały czas powtarzałam mu, że ja raczej dzieci mieć nie chcę. On się z tym zgadzał, więc kiedy okazało się, że jestem w ciąży, pierwszą myślą nas obojga była aborcja. Jednak z każdym dniem powoli przekonywałam się, że może to nie jest konieczne... Mam faceta, który mnie kocha, oboje mamy dobrą pracę, więc może rodzina wcale nie jest złym pomysłem. Tak więc poszłam jeszcze raz z nim o tym pogadać. Pierwszy raz widziałam go takiego... Powiedział, że albo usunę to dziecko, albo on się zabije. Nie planowaliśmy tego, on tego nie chce i to nie jest dobry czas, że jeśli chce dziecko, to w przyszłości, ale nie teraz i nie tak... Popłakałam się, byłam nawet gotowa go zostawić i zostać samotną matką. Ale przekonał mnie w końcu, że tak będzie lepiej, że nie jesteśmy gotowi. Byłam zaślepiona miłością i zgodziłam się... Bardzo to odchorowałam, wpadłam w depresję i miałam próbę samobójczą. On był przy mnie, mówił, że sobie poradzimy, ale jednak był nieco bardziej zdystansowany.
Zmagałam się z depresją ponad rok, nadal byliśmy razem, ale widziałam, że przestawało mu zależeć. A ja? Kochałam go, ale w tym stanie nie potrafiłam o nas walczyć. Zrobiliśmy sobie przerwę. Po dwóch miesiącach przyszedł do mnie, mówiąc, że nie może żyć beze mnie. On był facetem, który nie przepadał za zbytnim okazywaniem uczuć, wiec jak zobaczyłam go płaczącego, uwierzyłam, że naprawdę mnie kocha… Oświadczył mi się.
Byliśmy ze sobą jeszcze cztery miesiące. Dlaczego? Ponieważ zupełnym przypadkiem w innym mieście (oddalonym o jakieś 20 km) zobaczyłam go z inną kobietą i dzieckiem! Okazało się, że ten skurwiel miał już rodzinę i przez 6 lat prowadził podwójne życie! On mnie nie zauważył. Nie podeszłam do niego. Wróciłam do domu, spakowałam rzeczy, które miał u mnie, i zaniosłam pod jego drzwi. Zablokowałam numer i wyjechałam na tydzień do domu rodzinnego.... Może powinnam pójść do jego żony, może powinnam zrobić awanturę? Może...
To było pół roku temu. I nie, nie ma dobrego zakończenia. Dwa miesiące spędziłam w szpitalu psychiatrycznym przez załamanie nerwowe, po aborcji mam komplikacje i moje szanse na kolejną ciążę są bardzo niewielkie, straciłam pracę, bo przez tę całą sytuację olałam wszystko, nabawiłam się nerwicy, a każdy wieczór spędzam, pijąc przynajmniej pól butelki wódki... W wieku 30 lat jestem wrakiem. Straciłam połowę swoich włosów, przytyłam 10 kg...
Nie wydaje mi się, że jestem jakąś głupią, naiwną dziewuchą, ale skoro facetowi udawało się przez 6 lat mnie oszukiwać, to chyba jednak się mylę.
Moja żona w życiu by się do tego nie przyznała, więc ja wam napiszę anegdotkę.
Kiedy ją poznałem, była szczupłej budowy ciała. Pierwszy raz jej ciało się zmieniło, jak zaszła w ciążę. Wyglądała przepięknie, a brzuszek sobie rósł i rósł. Pewnego razu usiadła na sofie i oglądała swoje stopy. Patrzę na nią i pytam, co w tych stopach takiego ciekawego, a ona: „No nic... już dawno ich nie widziałam...”. Z biegiem czasu zauważyłem, że martwią ją dodatkowe kilogramy, ale pocieszałem, że ma czas i żeby sobie tym nie zawracała głowy. Zresztą dla mnie wyglądała coraz piękniej. Nasz syn urodził się w styczniu cały i zdrowy, a w czerwcu mojej żonie brakowało jakieś tam dwa kilogramy do wagi wyjściowej. Tłumaczyłem, że nie musi się aż tak spieszyć, że mnie w ciąży podobała się jeszcze bardziej. Wtedy żona się odwróciła i mówi: „Pamiętasz, kiedy nie mogłam widzieć swoich stóp? No właśnie. Nie widziałam też tego, co się dzieje przede mną... Chciało mi się naleśników, miałam na sobie sweter i zapalił się od gazu”. Zamarłem, a ona na to: „Nic się nie stało... Wzięłam kubek wody i zgasiłam. Ale wiesz, co jest najgorsze? W radio leciała ta piosenka Alicii Keys „This girl is on fire”. Od tamtej pory nie słucham jej i ćwiczę”.
No nic, nie jestem orłem kobiecej logiki, ale kłócił się nie będę. Najważniejsze, że kuchenka wymieniona na elektryczną, tak na wszelki wypadek.
Ostatnio matka zrobiła mi awanturę, bo stwierdziła, że skoro już nie mam dziewczyny, to na pewno się masturbuję... Na początku wziąłem to za żart, ale ona mówiła serio. Skończyło się na tym, że nie odzywała się przez tydzień i stwierdziła, że nie będzie tolerować takiej haniebnej czynności, że mogę robić, co chcę, ale nie u niej w domu.
Jestem facetem i mam 23 lata.
Razem z moją przyjaciółką byłam na basenie. Po chwili pływania rozerwał mi się czepek, więc musiałyśmy wrócić do szatni po zapasowy. Kierowałam się w stronę szatni dla kobiet i kiedy już otwierałam drzwi, zobaczyłam owłosionego faceta pod prysznicem. Niewiele się zastanawiając, powiedziałam: „Przepraszam, myślałam, że to szatnia dla kobiet” i szybko wybiegłam z pomieszczenia. Byłam zszokowana, kiedy zobaczyłam moją przyjaciółkę płaczącą ze śmiechu. Kiedy zapytałam ją, czemu się tak śmieje, ona tylko pokazała mi drzwi.
Okazało się, że weszłam do dobrej szatni i niechcący obraziłam panią, która kąpała się pod prysznicem... Tak mi było wstyd, że więcej nie poszłam na ten basen.
Napisałem w tym roku maturę i z powodu nadmiaru czasu zacząłem rozglądać się za jakąś pracą wakacyjną. Miałem w planach pojechać gdzieś za granicę, no ale cóż, nie wyszło. Szukałem więc czegoś na miejscu i w końcu wylądowałem w zakładzie, który zatrudnia ponad 3 tysiące osób. Praca w teorii ciężka — maszyny, zapiernicz, ciepło i patrzą na ręce. No właśnie nie do końca.
Od trzech tygodni nie ma dla mnie pracy, bo cała linia produkcyjna jednego produktu (akurat tego, przy którym pracuję) poszła na urlop, są przeglądy maszyn, a ja, jako że nie mam urlopu, błąkam się po zakładzie. Co lepsze, chodzę co tydzień do pracy w soboty (soboty są dodatkowo płatne, tak jakbyś był dwa dni w pracy, a nie jeden dzień, i rzadko ludzie chodzą, bo nie chcą ich brać), mimo że nie mam co robić. Spałem już za regałami, grałem osiem godzin w toalecie na telefonie, czasem znajdzie się jakaś mała praca, czasem szukają jakiegoś zajęcia specjalnie dla mnie typu czyszczenie nikomu niepotrzebnych pudełek albo taśmy, która dzień później zostaje wymieniona. Ale jako że mam dużo czasu, mam okazję, żeby poobserwować i poznać ludzi. Jest na przykład taki Marian, który robi 12 lat, mnie przydzielili do niego na dwa dni. Cały czas pytał, czy tak może być, czy robi dobrze i czy wszystko w porządku. Ja nie musiałem robić nic, więc tylko nadzorowałem, chociaż aż się z tym głupio czułem. Jego zmianowy kolega robił sobie panini na prasie do wytłaczania logo (dwie płyty, które się nagrzewają, a następnie zaciskają). Był agent, który w tej samej prasie próbował zrobić omlet, niestety jajko się rozlało, brudząc całą prasę. Jeden gość regularnie był napruty w pracy. Co ciekawe, przychodził praktycznie trzeźwy, okazało się, że przynosił wódkę w jogurcie pitnym i sobie popijał. Został zwolniony, przyszedł znowu jako nowy pracownik po dwóch tygodniach. Został przyjęty. Było kilku, którzy handlowali trawką, jeden z nich przyniósł jebitnego węża na parking dla pracowników i po pijaku nim wymachiwał w stronę ludzi. Został zabrany na izbę wytrzeźwień.
Inna sprawa to kradzieże. Ludzie tu kradną na potęgę. I to często jakieś nic niewarte rzeczy, biorą, co da się wynieść, nawet jeśli jest im niepotrzebne. Ja wykrajam rzepy, ale maszyna od paru tygodni stoi. Rzepy dostaję w 25-metrowych rolkach. Maszyna stoi, a 12 rolek rzepów już nie ma. 300 metrów, zgłosiłem majstrowi, żeby nie było na mnie, a on powiedział, że to norma.
I tak to się kręci praca w wielkim zakładzie.
Gdy byłam w liceum, nasz szkoła zorganizowała wycieczkę poza granice naszego kraju. Wyjazd był w godzinach wieczornych. Jak każdy wie, już w autobusie zaczyna się dobra zabawa, wypiliśmy z kolegami kilka piw. Po jakiejś godzinie mój pęcherz prosił o to, żeby go opróżnić. Jak na złość kierowca, który miał klucz do toalety w autobusie, właśnie spał w luku. Moje błagania o postój nie przynosiły żadnych rezultatów, obudzenie kierowcy też nie wchodziło w grę. Koleżanka, z którą siedziałam, poszła spać na wolne siedzenie. Ja wiedząc, że już długo nie wytrzymam, wpadłam na genialny pomysł. Miałam butelkę po dużej Nestea, otwór duży... Patrzę dookoła — wszyscy śpią, może się uda. Nie zastanawiając się dłużej, kucnęłam między siedzeniami i zaczęłam działać. Musiałam robić to bardzo powoli, żeby nie było słychać dźwięku moczu odbijającego się o ścianki butelki.
Ulga była niesamowita. Butelkę zakręciłam i schowałam. Nie wiem, czy ktoś to widział albo słyszał i domyślił się, co robiłam. Do tej pory mi wstyd.
Najlepsze, że postój był ok. 5-10 min później. Wiedząc o tym, pewnie bym wytrzymała.
Jestem pielęgniarką i od 14 lat pracuję w szpitalu na oddziale wewnętrznym. Opiszę Wam pewną historię.
Dyżur zaczęłam o szóstej, była nas czwórka – dwie opiekunki medyczne i dwie pielęgniarki. I około 45 pacjentów (zwykle jest więcej). Opiekunki zaczęły toalety pacjentów, koleżanka szykowała leki – wstrzyknięcia i tabletki. Robimy to jak najszybciej, ale też bardzo dokładnie, bo źle podany lek może zaważyć na życiu czy zdrowiu pacjenta. Ja poszłam pobierać krew do badań, a potem pomóc opiekunkom, uwijałyśmy się jak mrówki, bo już zaczęli rozwozić śniadanie. Każdego pacjenta trzeba umyć jak najdokładniej, ale szybko. Druga pielęgniarka w tym czasie zaczęła karmić pacjentów (sześciu potrzebowało pomocy). Nakarmiłam też trzech pacjentów, bo koleżanka musiała rozwieźć tabletki, a leki trzeba podać na określoną godzinę. Potem poleciałam po aparat do mierzenia ciśnienia, każdemu pacjentowi zmierzyłam RR, temperaturę, puls, zapytałam o samopoczucie, ból itp., uzupełniłam karty gorączkowe (koleżanka w tym czasie przyjmowała nowych pacjentów na oddział). Musiałam jeszcze upewnić się, że od każdego pacjenta pobrano próbki do badań. Po 11:00 poszłam do dyżurki i miałam chwilę przerwy – usiadłam na 15 minut, pierwszy raz od szóstej rano, zrobiłam sobie kawę. Potem zaczęłam szykować leki na popołudnie. Po 12:30 podawanie leków, a w międzyczasie kilkanaście odłączeń kroplówek, zmiany opatrunków, rozmowy z rodzinami pacjentów i lekarzami (to razem z koleżanką). O 14:00 opiekunki poszły do domu, a ja zwiozłam 12 pacjentów na różne badania – USG, TK, RTG i inne takie. Z chodzącymi nie ma problemu, ale trzy osoby musiałam wozić na tych dużych łóżkach szpitalnych sama (koleżanka nie mogła zostawić oddziału, a w tym czasie uzupełniała dokumentację). Jak wróciłam, zabrałam się za swoją część dokumentacji, a koleżanka poszła do pacjentów – niektórych przewinąć, innych obrócić, komuś coś podać. Miałyśmy dwie krótkie przerwy na kawę i jedzenie, ale ciągle w stanie gotowości, bo w każdej chwili ktoś mógł czegoś potrzebować.
Po 17:00 miałam trochę luzu. Usiadłam w gabinecie zabiegowym, żeby trochę odpocząć. Drzwi były otwarte, więc widziałam, jak na oddział weszło starsze małżeństwo. Spojrzeli na mnie, przywitaliśmy się... i usłyszałam, jak kobieta mówi cicho do męża: „A te k**wy nic tylko siedzą. Cały dzień na dupie i jeszcze podwyżek by chciały”...
Jakby mi ktoś dał w twarz.
Dodaj anonimowe wyznanie