#VaWGT

Mogę się założyć, że większość z Was, uczących się jakiś nietuzinkowych języków obcych, czasem komentuje jakieś tam sytuacje niekoniecznie po polsku. Ja, dla przykładu, jestem na japonistyce, więc nie dziw, że w sytuacjach codziennych mało osób ma pojęcie o tym, co mówię.

Pewnego dnia, po pewnym wykładzie z szanowanym doktorem, udałam się do łazienki. Jak tylko przekroczyłam próg pomieszczenia, me nozdrza uderzył okrutny smród. Jako że za mną była moja znajoma z roku, której mina wyrażała więcej niż tysiąc słów, pozwoliłam sobie skomentować smrodek w ubikacji. Więc wzięłam głęboki wdech i ryknęłam po japońsku "ALE CUCHNIE", bo przecież szansa na to, że ktoś w kabinie będzie rozumiał moje słowa wynosiła mniej niż 5%.

Na moje nieszczęście okazało się, że w chwilę po tym, jak triumfalnie skomentowałam zapaszki z kabiny, wyszedł ten sam szanowany doktor, w dodatku dyrektor katedry japonistyki. Uśmiechnął się w stronę mojej prawie duszącej się ze śmiechu znajomej i w stronę mojej czerwonej jak opakowanie Corn Flakes twarzy.

Na koniec dodam, że szanowny pan doktor teraz jest moim promotorem i jak okazjonalnie się mijamy w WC, to obydwoje mamy niezły polew.

#LDDOR

Rzecz działa się w pewnym gimnazjum.

Na lekcjach EDB mieliśmy uratować życie fantomowi. Wiecie, resuscytacja i tak dalej. Pewna dziewczyna chwaliła się, jak to ona już życia nie ratowała i jaka w tym jest obeznana. No po prostu cud, miód i musztarda.

Zgłasza się na ochotniczkę jako pierwsza i podchodzi do tego nieszczęsnego człowieka bez nóg i rąk. Standardowe "halo, słyszy mnie pan?" i potrząsanie za ramiona. W końcu przechodzimy do części odchylania głowy i sprawdzania, czy oddycha. Fantom jak to fantom - nie oddycha, dlatego trzeba mu w tym pomóc, bo jakże inaczej. Dziewczyna przystępuje więc do robienia trzydziestu uciśnięć klatki piersiowej. Gdy zadanie zostało wykonane, nastał czas na usta-usta. No to łapiemy za czółko, bródkę i lecimy w ślinę.

Niby daje te oddechy, ale plastikowe płuca ani trochę nie napełniają się powietrze. Wszyscy konsternacja - co tutaj mogło się stać? Z pomocą przybiega nauczyciel i ogląda biednego ludzika z każdej strony. W końcu grzebie mu coś przy gardle i po niecałych dwóch minutach sprawa się wyjaśniła.
Ta dziewczyna już na starcie go zabiła.
Wyrywając mu tchawicę.

PS. Fantom ma się dobrze i dalej uczęszcza z nami na lekcje :D

#u39DC

Oto jak dzięki anonimowym przestałem pić.

Od paru lat miałem problem z nadużywaniem alkoholu, pominę już z jakich powodów, ale nadmienię tylko, że jednym z nich była depresja. Po jakimś czasie dzień po opróżnianiu samotnie nieraz trzech butelek z winem coraz częściej pojawiały się lęki i różne nerwicowe „odpały”. Polecam poczytać, jak alkohol niszczy neurony i powoduje lub wzmacnia depresję i lęki.

Pewnego dnia podczas kaca przeglądałem anonimowe i natrafiłem na stare i słynne na tej stronie wyznanie o dziewczynie, która poszła na melinę z żulami i dawała się im wykorzystywać i upokarzać. Normalny człowiek obrzydziłby się, zszokował lub olał to, ale ja w moim stanie psychicznym wpadłem w jakiś stan paranoi. Od tego czasu przez około dwa miesiące miałem jakieś dziwne jazdy polegające na tym, że w każdej mijanej kobiecie widziałem bohaterkę tego wyznania, wydawało mi się, że prawie każda kobieta chciałaby być tak poniewierana przez brudnych żuli, co wywoływało lęki i ogromny dyskomfort. Wiedziałem, że to irracjonalne, ale mózg zniszczony przez alkohol dodatkowo napędzany przez lęki i depresję nie działa normalnie. Widząc żebrzącego żula i mijającą go jakąkolwiek młodą kobietę, w głowie pojawiał mi się niechciany obraz tej kobiety oddającej się gromadzie brudnych bezdomnych. Mocno przez to cierpiałem.

Wiedziałem, że to przez alkohol i postanowiłem, że przestaję pić, nie chciałem skończyć w psychiatryku lub na ulicy. Od tego czasu minęło pół roku i jestem czysty, lęki znacząco osłabły, ale nadal są niestety obecne. Rzuciłem przy okazji palenie, bo papierosy wzmacniały inne lęki (plus nie chciałem umierać na raka).

Na koniec napiszę tylko (może to i truizm, ale warto przypomnieć), że kiedy cierpi się na lęki i depresję, to alkohol nie jest żadnym rozwiązaniem, wręcz przeciwnie. Można się doprowadzić do takiego stanu jak mój lub nawet jeszcze gorzej.

#N8a8C

Jak miałem 4-6 lat, jak to dzieci, lubiłem się chować wszędzie. Rodzice znaleźli mnie schowanego w wersalce, w koszu na pranie (był pusty, musiałem wejść oczywiście), w szafie (do Narnii się nie dostałem niestety), w wielkiej szufladzie pod moim łóżkiem, raz wlazłem na blat kuchenny i schowałem się w pustej szafce.
Punkt kulminacyjny? O tym rodzice nadal nie wiedzą.
Mama kiedyś kupiła dużo lodów. Pewnego dnia zostawili mnie samego w domu na chwilę. Lody były w zamrażarce... A ona była w połowie pusta...
Wlazłem do niej.
Minęło już wiele lat od tego, ale nic mi się nie stało. I było warto do niej wchodzić.

#O9ofP

Mieszkam w mieszkaniu studenckim z 3 dziewczynami, z jedną mam taki sobie kontakt, na cześć - i w sumie tyle. Czasem bywa, że mimo iż jesteśmy obie w mieszkaniu, to tak się mijamy, że cały dzień się nie widzimy - a mieszkamy przez ścianę.

Pewnego razu byłam chora, przespałam cały dzień i noc i kolejnego ranka też długo spałam i generalnie gniłam w łóżku nie wychodząc i nie generując hałasów. W mieszkaniu byłam tylko ja i owa wspomniana koleżanka, która najwyraźniej sądziła, że mnie nie ma. Koło południa zadzwonił dzwonek, otworzyła, po głosie było słychać, że jakiś facet wszedł do mieszkania, pogadali, weszli do jej pokoju, a po krótkiej chwili sami zaczęli generować hałasy pochodzenia typowego dla spotkań damsko-męskich, if u know what I mean :P
Potrwało to chwilę, potem zaczęli się chyba ubierać, wyszli na korytarz, pogadali chwilę i padło pytanie "150 zł?" i wyszedł.

Tak dowiedziałam się, że moja współlokatorka sprowadza na mieszkanie panów i na tym zarabia :)

#yonNk

Pojechałem kiedyś na obóz z niepełnosprawnymi jako opiekun.
Każda osoba odpowiadała za jedno dziecko lub dorosłego (wiek był różny). Zazwyczaj po tych ludziach widać chorobę.

Pierwszego dnia na stołówce podeszła do mnie dziewczyna z pytaniem: „A ty to jesteś podopiecznym czy opiekunem?”.
Chyba odstaję od standardów...

#tnh3h

Moja babcia nigdy nie jadła jabłek. I miała ku temu naprawdę dobry powód...

Historia działa się jakieś 60-70 lat temu. Około 12-letnia wówczas babcia mieszkała na wsi. Ot, typowa polska wieś tamtych czasów. Z tą różnicą, że w tej wsi, poza domkami mieszkańców, znajdował się dworek. A w dworku mieszkał on. Dziedzic.
Dworek był piękny, olbrzymi, zadbany. Otoczony w całości wysokim, solidnym murem. Nie wiadomo było, kto dba o ten dworek, bo Dziedzic mieszkał sam. I zupełnie się od reszty wsi odcinał. A im bardziej się odcinał, tym bardziej wokół jego osoby narastały niesamowite, straszne historie. Że własną matkę i żonę zakopał w ogródku. Że podpisał pakt z diabłem. Że śpi w trumnie. Ludzie w to naprawdę wierzyli, a dzieci miały absolutny zakaz zbliżania się do dworku.

Ale dzieci jak to dzieci.

Pewnego dnia, wieś obiegła informacja, że Dziedzic wyjechał. Było lato, babcia z przyjaciółmi postanowili, że w ramach przygody pójdą "na szaber". Dziedzic miał wspaniały sad z fantastycznymi jabłoniami.

Dzieci nie miały problemu z przeskoczeniem przez mur. Jabłka były przepyszne, wielkie, soczyste, pogoda piękna. Grupa leżała pod drzewami, grzała się w wakacyjnym słońcu, jadła jabłka... Nagle zerwał się silny wiatr. Był tak nagły i tak silny, że powiało grozą. Z drzewa zaczęły spadać jabłka, wprost na leżące na trawie dzieciaki. To był dosłownie grad jabłek! Młodzież błyskawicznie pochowała po kieszeniach i do koszulek ostatnie łupy i czym prędzej czmychnęła z posesji. Biegli, jakby ktoś ich gonił. I tak rzeczywiście było - gonił ich wiatr, goniła ich burza, która rozpętała się w mgnieniu oka. W końcu dopadli do jakiejś starej stodoły. Zmachani, padli na słomę. Po chwili powyciągali ostatnie jabłka z kieszeni i koszulek. Zobaczyli i... zaczęli krzyczeć.

Jabłka były zepsute! Wszystkie były zgniłe, robaczywe, śmierdzące.
Grupa z krzykiem wybiegła ze stodoły i mimo deszczu i burzy pobiegła do wsi.

Dorosłym się nigdy nie przyznali, ale już nigdy więcej nie zbliżali się do Dworku. A babcia jabłek nie je do dziś.

#pDt3K

Przez całe życie myślałem, że słowo „studniówka” bierze się od słowa „studia”, jako że idą na nią ludzie, którzy za kilka miesięcy będą już studiować. Dziwiło mnie tylko, dlaczego nie mówi się na to „studiówka”, tylko jeszcze – nie wiadomo po co – dodaje się literę „n” w środku. Oświecenia dostałem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem w Internecie zdjęcie z takiej uroczystości z wielkim napisem „100 dni do matury”...

#reprR

Ludzie oceniają po wyglądzie.

Jestem sobie ja - zwykła dziewczyna, z jedną wadą. Natura poskąpiła mi urody. Cóż zrobić. Szanse na związek porzuciłam już w szkole, ale ja nie o tym.

Czemu jestem traktowana gorzej przez obcych ludzi, wyśmiewana? Nawet nie mogę poprosić kogoś, by mi zwyczajnie podał coś z górnej półki, a ładnej dziewczynie podają z uśmiechem.

Przykre. Każdy zasługuje na szacunek.

#ECt9C

Tę stronę znalazłam przez kuzynkę, która co wieczór czyta tu wyznania.

Może jestem za młoda, aby w ogóle cokolwiek tu dodawać. Niestety jestem do tego zmuszona, bo już naprawdę nie wiem co robić.

Jak już wcześniej wspomniałam jestem młoda, bardzo młoda. Lat mam naście, ale nie osiemnaście, a trochę mniej. Mój problem tyczy się wiary, a dokładniej mojego chrześcijaństwa.

Moja rodzina nigdy nie była bardzo wierząca, ale ta wiara była. Kiedyś co niedzielę chodziłam do kościoła. Jednak z czasem to się zmieniło: szkoła, nauka, lenistwo i brak chęci na stracenia godziny w dzień wolny. Wraz z brakiem czasu zaczęłam zauważać, że moja wiara jest bezsensowna... Wszystko co się jej tyczy jest nierealne. Kiedy jestem zmuszona iść do kościoła (np. na mszę za zmarłą osobę), próbuje się z tego wymigać. Niestety mi się to nie udaje, ale kiedy już jestem na tej mszy, czuję że wszystko co wpaja nam ksiądz, to bzdury i same kłamstwa. Nie rozumiem dlaczego np. związki homoseksualne są złe według kościoła albo tego, że Bóg jest miłosierny, a zło na świecie się dzieje.
Nawet już nie cieszę się ze świąt, bo czuję, że obchodzimy coś na cześć osoby, która mogła nigdy nie istnieć.

Już nie wiem co robić, może i to mój młodzieńczy wymysł. Po prostu czuję, że przestaję w to wszystko wierzyć. Nie wiem jak pogadać o tym z rodzicami, tym bardziej, że mój ojciec staje się coraz bardziej wymagający, jeżeli chodzi o uczęszczanie na mszę niedzielną...
Dodaj anonimowe wyznanie