Uwielbiam piłkę nożną. Gram od dzieciaka.
W wieku 7 lat prosiłem tatę, żeby ze mną grał. Ja stałem na „bramce” (bramie garażowej), a tata strzelał. Niefartownie trafił w klamkę, przebijając moją ukochaną piłkę.
Młody byłem, głupi... Za karę przebiłem mu oponę w samochodzie.
Do teraz nie wie, że to moja sprawka.
Nie lubię swojego dziecka. Urodziłam 3 miesiące temu przez cesarkę, co było na tyle traumatyczne, że na samą myśl mam dreszcze i płaczę. Narzeczony jest zapatrzony w córkę, jest dla niego najważniejsza. Jak już jest w domu, to dla mnie nie ma czasu, a ja siedzę zamknięta w czterech ścianach całymi dniami i jak pies tylko czekam, aż wróci, bo może akurat dzisiaj coś będzie inaczej. Nigdzie nie mogę wyjść, bo nie mieszkamy w mieście. Jakby była okazja, to i tak nie mam nikogo oprócz niego. Czuję się, jakbym straciła całą siebie dla kogoś, kogo nie potrafię pokochać.
W zeszłe wakacje znalazłem w swoim samochodzie pająka. Stwierdziłem „O, świetnie, może będzie wybijał komary”, dlatego pozwoliłem mu żyć. Nazwałem go Rollo. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Jestem samotną osobą, więc hej, świetnie jest mieć żywą duszę przy boku. Wszystko układało się cudownie, aż do pewnego dnia.
Mój mały Rollo wszedł mi na twarz, a ja go zgniotłem, nie wiedząc, że to on.
Ta relacja trwała siedem dni i była najlepszą, jaka kiedykolwiek mnie spotkała.
Mój chłopak Marcin, często jeździ na delegacje ze swojej pracy, więc bywa tak, że nie ma go całymi tygodniami. Należę do osób o dość dużym apetycie seksualnym i dopóki mój ukochany jest ze mną, to staje na wysokości zadania. Gorzej, gdy go nie ma. Na szczęście dzięki udogodnieniom technologicznym możemy mieć namiastkę intymności. W skrócie – lubimy sobie wysyłać MMS-y z różnymi mniej lub bardziej rozebranymi fotkami. Zazwyczaj robimy to w najmniej oczekiwanym momencie. Na przykład gdy on wie, że akurat zajęta jestem sprawdzaniem raportów w robocie, nieoczekiwanie dostaję wiadomość z fotką jego hmmm… dzwonka.
Tego dnia akurat miałam chwile wolnego w pracy. Poleciałam do łazienki, zrobiłam zdjęcie swoich cycków i ciach! – wysłałam MMS do Marcina. Cała zadowolona schowałam smartfona i wróciłam do swojego biura.
Piętnaście minut później zapukał do mnie szef. To starszy pan, tak koło siedemdziesiątki. Ma zawsze bardzo poważną minę i nawet gdy mówi coś zabawnego, to jego twarz jest jak z kamienia. Pryncypał wszedł więc do mojego pokoiku, spojrzał na mnie surowym wzrokiem i rzekł bardzo spokojnym, aczkolwiek lodowato zimnym głosem: „Pani Magdo. W ubiegłym miesiącu dostała pani podwyżkę, daliśmy też pani dodatkowy tydzień urlopu. Zapłaciliśmy za pani nowy samochód służbowy oraz telefon. Zgodnie z umową zasponsorujemy też pani tygodniowy, rodzinny wyjazd na wakacje. Niestety, mimo wyraźnych sugestii, nie jesteśmy w stanie zafundować pani operacji powiększenia biustu”.
Skończywszy swój monolog, wyszedł z mojego biura, pozostawiając mnie w stanie głębokiego zmieszania. Spojrzałam na wysłane wiadomości w moim telefonie i dopiero wtedy do mnie dotarło. Zamiast do Marcina, wysłałam MMS do mojego szefa...
Do tematu nigdy więcej nie wróciliśmy. Szef oszczędził mi obciachu i nigdy nawet nie wspomniał o tym incydencie. Do dziś, gdy o tej sytuacji pomyślę, to zalewam się różem pompejańskim. I szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy bardziej boli mnie moja fatalna pomyłka, czy fakt, że jeszcze nikt wcześniej nie dał mi do zrozumienia, że mam małe cycki...
Jestem nastoletnią mamą. Przynajmniej byłam, bo teraz mam dwadzieścia pięć lat. Ale łatka pozostała i do dziś nie mogę uwierzyć, że moja córka za pięć lat również mogłaby nią być... przecież to moja malutka dziewczynka, która wciąż potrzebuje się przytulić... Większość młodych mam z reguły przekrzykuje się w internecie na temat swojego szczęścia, mówią, że są dumne, że urodziły, że są idealne. Wiadomo, można sobie pisać i oszukiwać cały świat i samą siebie. Też taka byłam. Starałam się sobie wmówić, że jestem najlepszą mamą na świecie, że jestem bohaterką, a tak naprawdę na sali porodowej ze strachu traciłam przytomność. Byłam tam sama. Pomimo obecności personelu medycznego i mamy, byłam sam na sam z moim ciałem, bólem i wszystkim tym, co działo się w mojej głowie.
Kiedy po raz pierwszy ujrzałam moją córeczkę, zamiast wszechogarniającej fali miłości ja czułam strach. Bo sama byłam dzieckiem. Przez pierwsze pięć lat starałam się dobrze wypełniać swoje obowiązki, ale brakowało mi miłości i wsparcia ojca dziecka. W końcu to na moją mamę spadły wszystkie obowiązki, kiedy wreszcie postanowiłam wrócić do szkoły. Powoli zaczęłam odsuwać się od córki. Wtapiając się w towarzystwo rówieśników, chodząc na koncerty i imprezy, odzyskiwałam wszystko to, co straciłam w przeszłości. Wyrzuty sumienia mieszały się z euforią. W tej całej sytuacji było mi żal mojego dziecka, ale wiedziałam, że jest pod dobrą opieką. To moja mama była dla niej prawdziwą mamą. Kiedy po całym dniu wracałam do domu, nie miałam siły, żeby poświęcić czas córce ani też zmusić się do wstania w środku nocy, bo rano czekała mnie szkoła. Zresztą córka i tak widziała powierniczkę i towarzyszkę zabaw w mojej mamie. Na spacery chodziłam z nią raz w tygodniu, żeby zrobić dużo zdjęć. Z pozoru wszystko wyglądało pięknie i sielankowo.
Pewnego dnia wróciłam po zajęciach i usłyszałam płacz mojej mamy. Przez telefon rozmawiała ze swoją siostrą. Mówiła, że od momentu moich narodzin nie miała przerwy, ani jednej chwili dla siebie. Czułam, że z wyrzutów sumienia moje serce rozpadnie się na kawałki. To zaczyna mnie niszczyć. Kocham swoją córeczkę ze wszystkich sił, ale czuję, że dopiero teraz staję się kobietą. Dopiero teraz zaczynam odkrywać, czego chcę w życiu, jakie są moje pasje, jaki typ faceta mi się podoba. I mam podwójne poczucie straty. Zmarnowałam swoje dzieciństwo i dzieciństwo swojej córki, która we mnie widzi bardziej siostrę niż mamę. Mam poczucie, że córce wynagrodzę jej stratę, ale mamie nie będę już w stanie. Czasami słowo „dziękuję” to za mało. Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to bez wahania.
Na wstępie: mam astygmatyzm (problem z ocenieniem odległości, wielkości) i noszę dość mocne okulary korygujące, jednak na wszelkie imprezy chodzę bez nich, bo po prostu jest mi wygodniej tańczyć, bawić się (a soczewek nienawidzę).
Przejdźmy do historii. To był ciepły, jesienny wieczór. Wielu studentów korzystając z pięknej pogody, zebrało się między akademikami, wspólnie grillując, tańcząc, po prostu bawiąc się. Kończąc kolejne piwko, dostrzegłam w tłumie chłopaka w skórzanej kurtce z papierosem w ustach — od razu wpadł mi w oko. Bad boy idealny — John Travolta XXI wieku, 100% w moim guście. W mojej przepełnionej promilami i scenami z musicalu „Grease” główce zrodził się niecny plan. Wymyśliłam sobie, że odegram scenę niczym z filmu: podejdę, wyjmę mu papierosa z ust, powiem coś w stylu: „Palenie zabija”, po czym sama się zaciągnę. Byłam święcie przekonana, że taki „podryw” zaintryguje go w takim stopniu, że pociągnie rozmowę dalej. A potem wiadomo, ślub i dzieci. Nadeszła ta chwila. Powiedziałam zalotnie: „Heeej”, po czym miałam chwycić jego papierosa... no właśnie — bez okularów. Chwytałam jak debil powietrze, ale za nic nie mogłam trafić ręką w tę cholerną fajkę. Mój wybraniec lekko zirytowany rzucił tylko: „Co ty robisz?!” i zostawił mnie z ręką uniesioną do góry. Stałam w takim szoku dobre kilka sekund, aż w moją twarz trafił rozpędzony bumerang rzucony przez jakiegoś rozbawionego studencika... Tak, on i jego znajomi widzieli całą akcję. A ja stałam z czerwonym ryjem i mrużyłam oczy. Chciałam się zapaść pod ziemię, ale stwierdziłam, że będzie lepiej, jeśli najpierw najem się kiełbasek z grilla.
PS Czasami mijam go na uczelni. Za każdym razem krzywo na mnie patrzy... Jednak za dużo tego bad w tym boyu.
Ostatnio usychałem w domu. Praca przez Internet, zakupy przez Internet, wszystkie rozrywki przez Internet itp. Ile można? Czułem, że z dnia na dzień ucieka ze mnie radość życia. Pewnego dnia postanowiłem zrobić porządek w szafie ze starymi rupieciami — zawsze to odkładałem, bo nigdy jakoś nie chciało mi się grzebać w tych szpargałach, które pamiętały czasy, kiedy jeszcze tu mieszkałem z rodzicami (przepisali mieszkanie na mnie, kiedy się przeprowadzili). Okazało się, że było tam trochę ciekawych rzeczy, które przywoływały wspomnienia, lecz dwa znaleziska mnie poruszyły najbardziej — odkryłem mianowicie na nowo swój stary turystyczny plecak i karimatę, z którymi jako licealista jeździłem na obozy wędrowne, a było to prawie 20 lat temu. Coś chyba we mnie wtedy pękło. Nie mogłem w nocy zasnąć, bo myślałem intensywnie o swym życiu i o tym, jak zamknąłem się w czterech ścianach, bo po prostu tak mi było wygodniej, a przez siedzenie w czterech ścianach rozleniwiłem się i zacząłem obrastać w tłuszcz.
Spakowałem plecak, poczekałem do najbliższego weekendu i wyszedłem z domu. Cztery kilometry od mojego miasta przebiega szlak turystyczny — mimo że mieszkałem tu wiele lat, to jakoś nigdy nie pomyślałem, że mógłbym po prostu nim pójść. A było to przecież takie proste — trzeba było tylko uruchomić nogi i znaleźć w sobie energię.
Nie były to może najcieplejsze dni, sprzęt był trochę stary i nie wszystko działało, jak powinno, ale nigdy nie byłem szczęśliwszy. Wędrowałem wiele godzin i wróciłem późną nocą, zmarznięty, ale było warto. Następnego dnia w niedzielę zrobiłem powtórkę z rozrywki.
Teraz robię to co tydzień — biorę plecak, kij i ruszam na szlak. Uwielbiam to. Ludzi prawie nie spotykam, bo mało kto spaceruje w leśnej głuszy albo wśród pól uprawnych.
Tam, wśród szumiących traw i śpiewu ptaków, odnajduję siebie sprzed lat – pełnego energii i ciekawości świata. Każda wycieczka to krok ku wolności, którą sam sobie odebrałem, a teraz na nowo odzyskuję. Otworzyłem drzwi swojego więzienia i już nie zamierzam ich zamykać.
To tyle. Idę na kolejną wycieczkę.
Miałem kiedyś do załatwienia rankiem ważne sprawy i jak to zwykle bywa, zostawiłem przygotowania na ostatnią chwilę. Niestety zaspałem, więc rano panika, bieganie jak kurczak bez głowy i robienie trzech rzeczy naraz – kawa, papieros, śniadanie, prasowanie, kompletowanie dokumentów itd. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że siedzę na sedesie, jem kanapkę i walę kupę jednocześnie... No cóż, zaśmiałem się i dokończyłem obydwie czynności.
Mam 20 lat i podobają mi się starsi, atrakcyjni mężczyźni. Kręci mnie ich mądrość, doświadczenie i opanowanie. Podniecają mnie męskie potężne dłonie, zarost i zadbana sylwetka. Najlepsze jest to, że ja rzadko zwracam uwagę na rówieśników, tylko zawsze na tych starszych koło 40. Ostatnio również mam fantazje na temat BDSM, gangbang z takimi facetami, chciałabym w czymś takim uczestniczyć, nie mogę tego przezwyciężyć i wyrzucić z umysłu, to jest rodzaj mojego fetyszu i rzecz, której chciałabym spróbować. Marzę o tym, by być porządnie zdominowana. Podnieca mnie fakt, że taki facet mógłby mnie wiele nauczyć, nie tylko w sprawach łóżkowych, ale i tych życiowych. Fascynuje mnie intelekt, wiedza, chciałabym ją zdobywać w taki sposób od takiego doświadczonego faceta, bardzo mnie to kręci.
Uwielbiam, jak prawią mi komplementy.
Mam skłonności do bycia uległą i potulną, małą dziewczynką, chociaż ogólnie jestem raczej opanowana i pewna siebie, to dla takich facetów mogłabym się uniżać.
Najgorsze jest to, że kręci mnie ojciec mojej koleżanki, nie potrafię tego zwalczyć, ale nigdy nie posunęłabym się do relacji z nim, nie chciałabym, by ktokolwiek na tym cierpiał.
Jestem studentką, chodzenie na niektóre wykłady to dla mnie raj! Kocham, jak profesorowie mówią, tłumaczą, uwielbiam słuchać panów, którzy mają wiedzę i doświadczenie, to dla mnie jest takie fascynujące. Lubię, jak są bezwzględni i zimni, jak zapuszczą cynizmem... Ludzie drżą, a mnie oblewa fascynacja.
Plus jest taki, że kompletnie się nie stresuję i na dobre mi to wychodzi.
Mam tak tylko w stosunku do facetów mniej więcej 35+, rówieśnicy nie robią na mnie takiego wrażenia, nawet jeżeli też strzelają wiedzą i są atrakcyjni, to w ogóle mnie to nie powala. Nie wiem skąd takie zafascynowanie tym wszystkim... to mnie przerasta.
Nikomu o tym nie mówię, zresztą wątpię, że ktokolwiek mnie zrozumie. Przez to nie potrafię być w związku, bo tacy w moim wieku mnie nie zaspokajają pod wieloma względami.
Jadę sobie autobusem, widzę ładną dziewczynę czytającą Anonimowe. Chcąc zagadać, wykrzyknąłem na cały autobus: „KALAFIJOR!”.
Podniosła wzrok, uśmiechnęła się.
Jutro bierzemy ślub.
Żartowałem.
W ogóle nie zwróciła na mnie uwagi. Za to pozostali pasażerowie do końca podróży patrzyli na mnie jak na wariata, a jedna pani nie pozwoliła nawet swojemu dziecku wziąć ode mnie zabawki, którą upuściło, a którą ja grzecznie chciałem podać.
Dodaj anonimowe wyznanie