Moja mama jest nauczycielem w przedszkolu. Nie zarabia dużo, ale dajemy radę. Wkurza mnie, kiedy osoby nie znające tematu się wypowiadają, jacy nauczyciele źli i okrutni. Nikogo nie interesuje, że moje dzieciństwo musiałam dzielić pomiędzy dzieci w przedszkolu, bo jednego dnia pani Grażynka zapominała odebrać Kacperka o czasie, a drugiego pani Karynka miała problem, bo jej Brajanek nie chciał wracać do domu.
Kiedy wyrastałam z zabawek, trafiały one do przedszkola, ponieważ dyrekcja nie miała środków na zakup nowych. Moja mama co święta, Dni Mamy, Taty, Kota, Psa, robi gazetki, wydając fortunę na papier, wkłady do laminarki i inne rzeczy i nikogo to nie interesuje. Nikogo nie obchodzi, że siedzi po trzy godziny, wypisując plany, opinie i inne rzeczy, zamiast poświęcić czas na siebie. Widzę falę jadu wylewaną na tę kobietę i innych nauczycieli i serce mi się łamie, bo w każdej grupie zawodowej są ludzie i parapety, a ci „normalni” cierpią, mając doklejaną kartkę nierobów, kawoszów i ciastożerców.
Jakiś czas temu siedziałam przy szkolnym komputerze i szukałam czegoś na mailu. Obok mnie stała pani od fizyki, ale mnie nie uczyła, więc znałam ją tylko z widzenia. Słyszę, jak mówi: „Nie gap się”, myślę – nie do mnie. Za chwilę znowu: „Nie gap się” (ja już lekko zdziwiona, bo przecież nikogo z nami nie ma, ale przecież na nią nie patrzę). Po chwili znowu usłyszałam: „Patłycja, nie gap się”. Użyła mojego imienia, więc to na pewno do mnie. Odpowiadam z irytacją: „Na co mam się nie gapić?!” . W odpowiedzi usłyszałam „Nie gałp się...”.
Pozdrawiam ludzi z wadą wymowy :D Pani na szczęście była bardzo miła i z dystansem do siebie, nie obraziła się. :)
Jestem osobą nieśmiałą, bardzo ciężko mi nawiązać nowe znajomości, czasem widzę, że ktoś potrzebuje pomocy, ale boję się odezwać, bo wtedy wszyscy się będą na mnie patrzeć.
Zaczęło się, jak byłam mała. Dzieci są różne, jedne są wstydliwe, a drugie od razu mogą się bawić z nieznajomymi. Zawsze gdy ktoś nowy się do mnie odezwał, moja mama mówiła coś w stylu: no dalej, nie wstydź się, przecież nie ma się czego wstydzić. Po tych słowach blokowałam się, nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale nie potrafiłam się odezwać. Wtedy ona śmiała się z tą osobą, jaka jestem nieśmiała, jakie to urocze...
Zostało mi to do dziś, boję się pierwsza odezwać, ale walczę z tym. Zagaduję kasjerki, jak nie ma kolejki, niby o cenę lub inną pierdołę, przepuszczam starszych w kolejce itp.
I wiem, że nigdy nie będę zawstydzać swoich dzieci, bo stracą pewność siebie.
Lubię chodzić na spacery w odosobnione miejsca. Wynika to trochę z tego, że jestem samotnikiem, ale również mam cichą nadzieję na to, że znajdę jakąś damę w potrzebie, którą będę mógł uratować z opresji.
Jestem zbyt nieśmiały, żeby normalnie zagadać, a wiem, że taki impuls dodałby mi odwagi.
Takie tam wyznanie przegrywa.
Mam dwóch starszych braci.
Jeden ma krótkie, proste blond włosy i niebieskie oczy. Drugi natomiast krótkie, kręcone brązowe włosy i oczy tego samego koloru.
Przód moich włosów jest kręcony (blond), a tył prosty (brąz). Mam też heterochromię: jedno oko mam brązowe, a jedno niebieskie. Wobec powyższego moi rodzice stwierdzili, że jestem zrobiona z resztek...
Cóż, przynajmniej jestem wyjątkowa :D
Pół roku temu poznałem dziewczynę, to ona uświadomiła mi, że z moją psychiką jest coś nie tak. W moim domu nic szczególnego się nie działo, jakieś kłótnie, zwykłe sprzeczki, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wcześniej tego nie dostrzegałem, że moje zdanie się w ogóle dla nich nie liczy, jestem raczej osobą od usługiwania moim rodzicom, a nie pełnoprawnym członkiem rodziny. Zauważyłem też, że rola rodzic-dziecko raczej zamieniła się i to ja muszę pomagać im, nie oni mi. Mieszkam z nimi całe moje życie, więc kwestia pomocy im została mi zaszczepiona w dziecięcych latach, czuję się źle, jak mówią, że im nie pomagam czy coś w tym stylu. Tylko ja mam prawo jazdy, więc robię za szofera, wożę ich zawsze kiedy chcą. Nie mogę z nimi porozmawiać na ważne dla mnie tematy, bo ojciec od razu zaczyna krzyczeć i gasić mój zapał do czegokolwiek. Z matką raczej mogę porozmawiać na zasadzie „cześć, co słychać”, ciągle siedzi w pokoju i wegetuje, ogląda jakieś seriale i filmy pokroju „Trudne sprawy”, cały ten chłam, który leci w telewizji. Często zachowuje się jak dwukierunkowa. Raz ma fajny humor i nawet mogę rzucić żartem, a raz zły, gdzie lepiej mam się nie odzywać, bo zaraz mnie potraktuje swoją dzienną dawką chłodu i obojętności. Ostatnio mój ojciec zachowuje się jeszcze bardziej władczo, nic nie pozwala mi robić, nie słucha tego, co do niego mówię. Przez te wszystkie lata zaborczości i złych wzorców jako tako utrzymałem się w mojej „normalności”.
Czuję, że jak już się od nich wyprowadzę, to nie będę raczej do nich dzwonił, czuję, że będą dzwonić po szofera lub żeby zrobić im duże zakupy, bo przecież samochód jest. Matka tylko narzeka, ojciec narzuca swoją wolę, dziadkowie wywierają nacisk. Na moje ostatnie urodziny usłyszałem od babci, że mam przynosić pociechę rodzicom i skończyć studia. Szczerze mówiąc, mam tego wszystkiego dość i zostawię ich. Zwłaszcza że chcę zająć się swoją rodziną. Rodzina mojej dziewczyny jest dla mnie milsza niż moja własna. Zacząłem zauważać, jak dużo mam symptomów z dysfunkcyjnej rodziny. Z reguły jestem cichym chłopakiem, bo zawsze moje zdanie/opinia, pomysł był zabijany w zarodku.
Czuję się strasznie obcy w towarzystwie moich rodziców. Cieszę się, że mam ogromne wsparcie ze strony mojej dziewczyny, bo gdyby nie ona, siedziałbym dalej w tym ułudnym wrażeniu dobrej rodzinki. Wisienką na torcie jest wybuchowość mojego ojca i to, że ja mam robić tak, jak on zagra. Mam tylko nadzieję, że szybko otrząsnę się i nauczę normalności, prawdziwej normalności. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.
Pracuję w dużej firmie, gdzie jest częsty przemiał ludzi — jedni odchodzą, inni przychodzą. Ale jest kilka osób, które pracują tu naprawdę długo i można powiedzieć, że jesteśmy zgraną paczką (taka stara gwardia, he, he).
Wczoraj się dowiedziałem, że kolega, który jest z nami od jakichś trzech lat... jest byłym księdzem-pedofilem.
Badum-tsss...
Przeżywam teraz dość ciężki okres w swoim życiu. Jestem młodym chłopakiem i przechodzę dojrzewanie (burza hormonów i tym podobne), dodatkowo moi rodzice właśnie się rozstają, a na dokładkę nieszczęśliwie się zakochałem. Wszystko to sprawia, że chodzę ostatnio bardzo przygnębiony.
Dziś po szkole poszliśmy z kolegami na przystanek autobusowy, gdy staliśmy tam chwilę, zauważyliśmy, że spaceruje tam niewidomy mężczyzna, ale po chwili okazało się, że po prostu uczy się na pamięć tej okolicy. Wszystkiemu asystowała jego żona/partnerka. To, że kobieta go kocha, było widać nawet po tym, jak prowadziła niewidomego mężczyznę i jak on był nastawiony do niej. Cały czas rozmawiali, byli uśmiechnięci, nawet zwykłe „kotku” padające z ust mężczyzny było ciepłe i wyjątkowe.
To, jak nastawieni do siebie i do świata byli ci ludzie, wywołało we mnie radość i poczucie szczęścia ze szczęścia innych ludzi. Dzięki nim przez chwilę znów byłem wesoły jak jeszcze do niedawna. Nawet moi koledzy, którzy zwykle nie przejmują się uczuciami innych, coś poczuli, zrozumieli — widziałem to.
Podsumowując: cieszę się po prostu, że żyją jeszcze ludzie, którzy potrafią tak oddziaływać na innych. :)
Nikt nie wie, że zaczęłam ćwiczyć tylko dlatego, że moja przyjaciółka zaczęła ćwiczenia. A ja wystraszyłam się, że będzie szczuplejsza i zgrabniejsza ode mnie.
Mając 7-8 lat, w ciepłe przedpołudnie wróciłam sama ze szkoły do domu. Często się tak zdarzało, mama pracowała poza miastem, kończyła przeważnie godzinę czy dwie po mnie, a ze szkoły do domu miałam dosłownie 5 minut drogi.
Poprzedniego wieczoru mama obiecała mi, że po pracy pojedziemy na wieś do cioci. Ucieszyłam się, lubiłam tam jeździć. Godzina minęła, zaraz dwie i obiecany czas minął. Mama się spóźniała, a ja z każdą minutą byłam coraz bardziej niecierpliwa. Chwyciłam za bluzę i małą butelkę wody, po czym wyszłam ot tak z domu, zmierzając w kierunku mojej babci. I wszystko byłoby OK, gdyby moja mama została jakoś powiadomiona, a babcia nie mieszkała 20 kilometrów dalej... Często jeździłam do nich na weekendy, więc zapamiętałam drogę zza szyby samochodu.
Na początku było w porządku. Szłam zawzięcie, popijając wodę. Jednak z czasem zaczęło robić się coraz cieplej, woda się skończyła, a razem z nią chodniki pod stopami. W połowie drogi wydawało mi się, jakbym przechodziła drugi raz przez to samo miejsce, jakbym krążyła. Miałam ochotę zawrócić, byłam zmęczona, a nawet już i przestraszona. W końcu po sześciu godzinach stałam pod domem babci. Wszyscy byli co najmniej w szoku, widząc mnie w progu drzwi po setnym telefonie mamy. Dzwoniła i jeździła po całej mojej klasie, była bliska zgłoszenia zaginięcia.
Ja byłam tak zmęczona, a moje stopy w takim stanie, że gdy tylko usiadłam, od razu się rozpłakałam.
Dodaj anonimowe wyznanie