#aBaTU

Kiedyś poszłam na rozmowę o pracę. Byłam jedną z kilkunastu dziewczyn aplikujących na tę pozycję. Sama procedura rekrutacyjna polegała na zrobieniu testu dostarczonego nam w formie spiętych ze sobą kartek A4. Drugim etapem była rozmowa z samym szefem. Kiedy poproszono mnie do gabinetu, przywitał mnie bardzo kulturalny mężczyzna i już przy drzwiach, ściskając mi rękę, rzekł: „Poszło ci wspaniale i osobiście uważam, że jesteś najlepszą kandydatką ze wszystkich tych dziewczyn. Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyś została z nami na dłużej. Nie przedłużając: Witamy na pokładzie, Ewelina!”. Ucieszyłam się i powiedziałam, że jestem straszliwie podjarana faktem, że dostałam tę robotę i że zawsze marzyłam o takim rodzaju pracy oraz że już teraz czuję fajną atmosferę i na pewno szybko znajdę dobry „flow” zresztą ekipy. „Pod warunkiem oczywiście, że będziecie nazywali mnie Justyną, czyli moim imieniem, a nie jakąś Eweliną, he, he...” – dodałam na zakończenie. Uprzejmemu panu uśmiech momentalnie zszedł z twarzy, bez słowa otworzył teczkę, przekartkował jej zawartość, a następnie powiedział, że zaszła pomyłka i robotę dostała inna osoba. Zostałam wyproszona za drzwi, a na moje miejsce zawołano Ewelinę...

#yWiEe

Pracowałam kiedyś w restauracji. Najgorszy był maj i czas komunii. Jak to bywa w większości tego typu knajp, jest kilka rodzin na jednej sali, oddzielonych parawanami. Dzieciaki, wiadomo – biegają, piszczą, zaglądają na kuchnię. Łeb mi pęka, plecy też... W takiej chwili zawsze modliłam się o koniec zmiany... I nie tylko. Zawsze, ale to zawsze, wyobrażałam sobie, jak jakiś gówniak dostaje drzwiami od kelnera albo ja któremuś podstawiam nogę, kiedy biegnie.
Niefajnie, wiem, ale co ja zrobię, że nie lubię krzyczących dzieci?

#fMZyk

Studiuję dziennie i pracuję dorywczo. Wielkich pieniędzy z tego nie ma, ale odkładam zawsze coś dla siebie, trochę daję rodzicom na spłatę kredytu. Ot, łożyli na mnie, więc uznaję, że powinnam chociaż tak się odwdzięczyć. Żyję w średnio zamożnej rodzinie. Mimo to od pewnego czasu regularnie mam problemy z dostępem do jedzenia. Jakim cudem? Rodzice regularnie wyjadają moje jedzenie. 
Zaczęło się niewinnie, ot, ojciec zabrał zrobioną przeze mnie kanapkę, a gdy zwróciłam mu na to uwagę, mówił, że się pomylił. Potem zaczął znikać „mój” chleb — rodzice jedzą ciemny, niemal czarny, ja go nie cierpię, więc kupuję zwykły. Winnych nigdy za rękę nie złapałam, ale jak mieszkasz wyłącznie z rodzicami i bez żadnego zwierzaka domowego, winny nie jest trudny do ustalenia. Potem było znacznie gorzej — okazywało się, że nie starczało dla mnie obiadu albo zostawała marna resztka. Najgorsze jest to, że zawsze słyszę, żebym nie była małostkowa, przecież to nic. Jasne... Kiedy zaczęło znikać „moje” jedzenie, kupowałam najpierw obiady na wagę, jednak budżet nie był w stanie tego udźwignąć, chociaż całe pieniądze zostawiałam sobie. Zaczęłam więc sobie sama gotować, ale i to okazało się trudne do utrzymania, bo o ile nie jest trudno zrobić jedną porcję mięsa, to np. z makaronem gorzej. Nawet chowanie nadmiaru ugotowanego jedzenia do lodówki w pojemniku nic nie dawało, bo kolejnego dnia jedzenia nie było. Proponowałam, że mogę czasem robić im obiady, ba! nawet robiłam, ale zawsze słyszałam, że nie chcą. A potem mnie objadali. Żadne rozmowy nie dawały efektów.
Sytuacja jest tak absurdalna, że nadal ciężko mi w nią uwierzyć, chociaż trwa już trzy lata. Niedługo bronię licencjat, idę na zaoczną magisterkę i do pełnoetatowej pracy, mam nadzieję, że uda mi się wyprowadzić. Nie wiem, o co im chodzi, bo wychowanie do samodzielnego robienia sobie jedzenia jest ważne, ale zdecydowanie nie tędy droga. A zjadanie (żeby nie powiedzieć gorzej) czyjegoś jedzenia bez pozwolenia to zwyczajna kradzież.

#6ykiU

Jak byłam mała, to bardzo lubiłam oglądać teledyski. I za każdym razem, kiedy leciały przeboje Tiny Turner, ktoś z mojej rodziny mówił coś w stylu: „Ooo, babcia Tina”, oczywiście z uwagi na jej wiek. Ja jednak byłam święcie przekonana, że ona jest moją babcią... Często było mi smutno, że mnie nie odwiedza, nie bardzo też wiedziałam, czyją jest mamą, skoro znam babcie z obu stron rodziny... 

Dopiero potem mama wyjaśniła mi co i jak, ale do tej pory mi to wypominają. Dobrze, że nie zaniosłam do przedszkola jej zdjęcia, gdy przy okazji Dnia Babci każdy przynosił fotografie ;)

#l2drt

Jestem położną. Ostatnio mieliśmy tutaj parę. Jak wpadli na oddział, to ona już właściwie rodziła, a on tłumaczył jej, że nie może zostać, bo... koniecznie musi wracać do baru na finał Ligi Mistrzów.

Dwie godziny później PSG wygrało z Interem, a na świat przyszedł Oskarek Junior bez ojca na porodówce.

#qnmtN

Jakieś 2-3 lata temu moja babcia postanowiła odbyć podróż. Tak po prostu, ale nie byle gdzie! Chciała pojechać do siedziby Radia Maryja. Rzecz w tym, że babcia jako starowinka nie mogła sama jechać, zatem zwerbowała mojego tatę, a w tym mnie i mojego brata oraz swoją znajomą. Okej, wszystko umówione i ruszamy.
Jedziemy samochodem i błogą ciszę przerywała nawigacja GPS. Moja babcia z lekkim nieogarem zadała pytanie dnia: „Co ci tam ten DZIKI PIES gada?”.

Od tamtego dnia nawigacje są dzikimi psami :D

#cq2qM

Z moim facetem znam się od ośmiu lat. Od trzech jesteśmy parą. Od ponad roku mieszkamy razem. Nasi znajomi są zaręczeni, biorą śluby i wychowują dzieci. Otoczenie coraz częściej dopytuje, kiedy nasza kolej – jesteśmy przecież blisko ze swoimi rodzinami, mamy mieszkanie, prace, a nawet psa. Nikt nie wie, że niestety nasz związek stanął w miejscu, gdy przeszłam ciężkie załamanie nerwowe i trafiłam na oddział zamknięty, gdzie zdiagnozowano u mnie schizofrenię. Jestem pod opieką lekarza, przyjmuję leki, a choroba nie daje o sobie znać. Od tamtego czasu jednak nic dobrego się między nami nie dzieje. Ostatnio odkryłam, że dzwonił kilka razy nocami do swojej koleżanki, o której od dłuższego czasu ciągle mówi. Boję się, że przez epizod ze szpitalem on stracił zainteresowanie mną, przestraszył się, a wciąż jest ze mną tylko dlatego, że zabrnęliśmy już za daleko, oraz dla moich pieniędzy.

#gZURS

Gdy byłam mała, wykryto u mnie pewną nieprawidłowość, w wyniku której nigdy nie zajdę w ciążę. Po paru latach, gdy podrosłam na tyle, by to zrozumieć, strasznie rozpaczałam. To był dla mnie wielki cios. Od zawsze lubiłam dzieci, kochałam się z nimi bawić i doglądać ich, a tu co? Nigdy nie urodzę własnego, nie przytulę go, nie będę patrzeć, jak rośnie... Żyłam tak pogodzona ze swoim losem, z zazdrością patrząc na wszystkie te matki prowadzące wózki z maluchami (tak, w wieku kilkunastu lat zazdrościłam porodu innym kobietom). Aż pewnego pięknego dnia pewien ksiądz powiedział kilka zdań, które zmieniły moje życie. Zdań, które pamiętam do dzisiaj. Powiedział m.in., że nawet ja — bezpłodna nastolatka — mogę stać się matką. Bez wahania zgodziłam się na wszystko. Dziś jestem Duchową Mamą kilkuletniego dziecka, które w myślach nazywam Adasiem (od imienia księdza). W rzeczywistości nie wiem nawet, jakiej jest płci czy narodowości.

Zapewne zaraz zaleje mnie fala hejtu, że wierzę w te wszystkie brednie itp. Tak, wierzę i przynosi mi to coś w rodzaju ukojenia — mi, dziewczynie, która nie urodzi swojego własnego dziecka, ale wspiera duchowo zupełnie obce maleństwo.

#0Gcan

Jak dobrze, że nie mam dzieci... A nie, mam partnera, który zachowuje się jak dziecko.
To prawda, że nie ma ideałów... chociaż kiedyś myślałam, że mój partner taki jest. Przystojny, inteligentny, zabawny, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. W moim przypadku tym „ale” jest brak dystansu do siebie. Mój partner o wszystko się obraża, wszystko bierze do siebie na poważnie, nic nie można mu powiedzieć, bo od razu jest foch i milczenie przez parę dni.
Okazuje się, że mężczyźni też mają fochy, i to chyba nawet gorsze od kobiet.
Dodaj anonimowe wyznanie