Przez pewien czas śniło mi się, że idę do łazienki, chcę zapalić światło, ale nie mogę i nagle z drzwi wypływa zjawa, której twarzy nie byłam w stanie rozpoznać. Zaczynała mnie dusić. Dosyć często powtarzała słowa: „Nie wybaczę ci tego”. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Wielokrotnie w śnie moja mama słyszała, że krzyczę, ale nie widziała istoty duszącej. W moim śnie wyzywała mnie, że jestem głupia, że mam przestać krzyczeć jak durna. Sen powtarzał się dzień w dzień przez okres 2-3 miesięcy. Bardzo bałam się chodzić sama do łazienki, nawet po głupią szczotkę do włosów. W końcu pewnego dnia postanowiłam, że porozmawiam z księdzem na ten temat. Być może jakaś dusza nie może odejść w spokoju z tego świata.
Ksiądz zadał mi kilka pytań, po czym pomodlił się nade mną. Podarował mi dwie modlitwy. Poskutkowało. Po dwóch dniach po raz kolejny przysnęłam i że idę do łazienki, zapaliłam światło, zrobiłam to co musiałam. Wychodząc, zobaczyłam zjawę. Mężczyzna. Zaprowadził mnie do opuszczonego obok nas domu. Poszliśmy do kotłowni. Pokazał mi potłuczone słoiki. Wtedy powiedział: „Tego ci właśnie nie wybaczę”.
Nadal nie wiem, kim był mężczyzna, który mi się śnił. Jednak wina potłuczonych słoików była moja i kuzynostwa. Jako dzieciaki poszliśmy do tej kotłowni mieszczącej się na podwórku opuszczonego domu. No i jak to dzieciaki – nabroiliśmy. Od kiedy dowiedziałam się, czego mi ta zjawa nie wybaczy, sny ucichły.
Dziękuję księdzu za pomoc. I życzę wszystkim miłego dnia!
Zawaliłam ważną życiową sprawę. Wyszłam za mąż za kogoś, kogo chyba kochałam. Nawet nie wiem do końca, czy go kochałam, czy to była kwestia przyzwyczajenia się do drugiego człowieka. Byliśmy ze sobą prawie 10 lat, mieszkaliśmy razem i było nam dobrze. Zaręczyliśmy się, ale nie robiliśmy nic w stronę ślubu. Nie ustaliliśmy terminu, dosłownie nic. I tak sobie żyliśmy kilka lat w narzeczeństwie, bez planów na przyszłość, oboje pracując i pomagając sobie nawzajem. W pewnym momencie jego matka, z którą miałam całkiem niezły kontakt, zaczęła na nas naciskać ze ślubem. Że to już wypada, że jak się coś stanie, to przecież nie jesteśmy małżeństwem i tym samym najbliższą rodziną. Faktycznie dotarło do mnie, że trzeba ten temat ruszyć do przodu. Ustaliliśmy termin, właściwie ja to zrobiłam, orkiestra, sala itd.
Po weselu stwierdziliśmy zgodnie, że chcemy mieć dziecko. Udało się praktycznie od razu. Idealne życie, mogłoby się wydawać. Jednak gdy dziecko się urodziło, zaczęły się pierwsze zgrzyty. Mąż nie chciał pomagać przy dziecku, nie lubił się z nim bawić, nie lubił wychodzić na spacery. Tłumaczył się, że jest zmęczony po pracy (pracę miał biurową). Nie, że dziecka nie kochał, bo kocha je bardzo, ale nie lubi robić nic przy dziecku. Ja miałam serdecznie dość całodobowej opieki nad niemowlakiem, wstawania kilka razy w nocy, bez możliwości wyjścia choćby do fryzjera, więc gdy dziecko miało 1,5 roku, to poszło do żłobka, a ja do pracy. Oboje mieliśmy cały etat i oboje pracę biurową. Niestety tylko on miał prawo być zmęczony, ja musiałam nadal ogarniać dom i dziecko sama.
Teraz dziecko ma 4 lata. A ja jestem wykończona nieustannym zajmowaniem się wszystkim. Teściowa okazała się wścibską babą, która zawsze musi postawić na swoim i jest pełna żalu oraz pretensji do wszystkich. Po jednej akcji z nią wyrzuciłam ją z mieszkania i od tamtej pory uniosła się honorem i na szczęście nie przyjeżdża. Najchętniej wyrzuciłabym też męża z mieszkania, nie mogę na niego patrzeć, na tego lenia skończonego, który kąpie się raz w tygodniu, goli dwa razy w tygodniu, bo częściej nie trzeba, ale nie mogę, bo mieszkanie jest wspólne, choć pieniądze na nie dali nam moi rodzice. Jego rodzice dali 1000 złotych, które przy okazji ostatniej kłótni teściowa wypomniała.
To był błąd życiowy brać z nim ślub, a potem jeszcze kupić wspólne mieszkanie. Ja jeżdżę z dzieckiem na wycieczki, ja uczę je jeździć na rowerze, ja gotuję, sprzątam, piorę. A leń nie ma innego życia, tylko praca i dom. Chciałabym uwolnić się od tego małżeństwa. Chciałabym, żeby się wyniósł i żebym więcej nie musiała na niego patrzeć.
Jak byłam mała, miałam ulubione miejsce na kanapie moich dziadków, zawsze tam siadałam. Zawsze też po kryjomu wycierałam „kozy” z nosa w obicie kanapy po prawej stronie (akurat tą stroną stała przy ścianie). Trwało to parę lat.
Nigdy nie zapomnę tego, jak było mi głupio, gdy dziadkowie chcieli zrobić przemeblowanie i odsunęli kanapę...
Ostatnio przy rodzinnym obiedzie postanowiłem powiedzieć wszystkim, że kilka lat temu, kiedy byłem dość młodym chłopcem, mój wujek przychodził do mnie w nocy i, bez wdawania się w szczegóły, molestował mnie.
Cała rodzina obróciła się przeciwko mnie, mówiąc, że powinienem siedzieć cicho, a nie niszczyć tak wspaniałą rodzinę takimi historyjkami.
Mój pies ma na mnie alergię. Jak tylko do niego podchodzę, głaszczę czy coś takiego, zaczyna kichać. Nie chodzi o żaden proszek do prania, perfumy ani kosmetyki, bo używamy z mamą wspólnych/takich samych (zależnie od konkretnego przedmiotu), a problem dotyczy tylko mnie. Najwyraźniej chodzi o MNIE.
Siłownia, do której uczęszczam, znajduje się w dwupoziomowym budynku, na dole którego znajduje się chińska restauracja. Czasem zdarza się, że wpadam na trening w pośpiechu i wiem, że natłok obowiązków nie pozwoli mi wrócić na obiad do domu. Zazwyczaj stołuję się wówczas we wspomnianej knajpie. Tak chciałem zrobić i tym razem. Wiedząc jednak, że przygotowanie mojego posiłku zajmie ok. 15 minut, tuż przed ostatnim ćwiczeniem, czyli krótkim galopem na bieżni, postanowiłem zadzwonić do restauracji i zamówić moje danie.
– Halo? Dzień dobry!
– No? – odezwał się znudzony głos po drugiej stronie słuchawki.
– Chciałbym zamówić tofu na ostro z makaro…
– Ale na dowóz czy do odbioru na miejscu chce? – warknęła oburzona baba.
– Nie, zjem na miejscu!
– Nie ma na miejscu. Na wynos chce czy na dowóz?
– To znaczy, że nie prowadzicie już restauracji, gdzie mogę sobie usiąść przy stoliku i zjeść moje danie, jak normalny człowiek?
– Czego pan nie rozumiesz? Przez telefon można zamówić tylko na miejscu lub na dowóz!! – ryknęła pani.
– Proszę się uspokoić – powiedziałem już nieco zirytowany. – Jestem dosłownie piętro wyżej. Kończę trening i zaraz 15 minut u państwa będę. Co za różnica, czy teraz zlezę na dół i zamówię osobiście, czy zrobię to przez telefon?
– Na wynos chce czy na dowóz?!!! – ryknęło babsko w słuchawkę.
– Dobra, na wynos poproszę. Tylko niech mi pani nie pakuje tego w pudełko…
– Czemu?! – zachrypiał zdziwiony głos baby.
– Ano temu, że zjem na miejscu!
– NIE MA NA MIEJSCU!!! – kobieta tak wrzasnęła, że aż usłyszałem ją bez potrzeby używania telefonu. Szczerze mówiąc, bawiła mnie ta rozmowa, ale trochę też byłem wkurzony takim traktowaniem klienta.
– Okej, to wezmę na wynos. Tofu na ostro z makaronem sojowym, dwie porcje sajgonek, trzy zestawy frytek po wietnamsku i kotka gombao z ryżem. Będę za 15 minut.
Babsztyl zanotował zamówienie i bez słowa pożegnania rzucił słuchawką. Jedzenia oczywiście nie odebrałem.
Jestem matką niepełnosprawnego dziecka. Niejeden raz chciałam tu opisać moją sytuację, ale zwyczajnie się bałam hejtu. Teraz jednak nabrałam odwagi i postanowiłam wyrzucić to z siebie.
Sytuacja jest niewesoła. I nigdy nie będzie lepsza/dobra. Jestem wykończona psychicznie przez dziecko i naszą służbę zdrowia. Ciągle gdzieś się bujam po różnych specjalistach, co pomaga jak umarłemu kadzidło, no ale przecież muszę, bo co by ze mnie była za matka?! Jak sobie przypominam miesiące spędzone na różnego rodzaju oddziałach, to wyć mi się chce. Musiałam karmić piersią, czego nienawidzę, bo tak trzeba, bo ono chore i no muszę, bo ja i tak się nie liczę! Do tego wykańcza mnie nasze szkolnictwo, bo dziecko do szkoły chodzić musi, zrealizować podstawę programową, a rozumie i umie z tego tyle, co ja z języka suahili. Dopóki nie ma upośledzenia umiarkowanego, to musi realizować to samo, co zdrowi rówieśnicy. A mnie szlag trafia, bo już nie wyrabiam, bo i tak nie umie, nie potrafi, nie jest w stanie przyswoić, nauczyć się i zrozumieć, więc robię to za dziecko, żeby chociaż jakieś oceny pozytywne miało, bo każdy rok szkoły więcej to mój gwóźdź do trumny. Teraz dalej — jego zachowanie. Kolejna tragedia. Robi mi na złość, nie szanuje, zwraca się brzydko i lekceważąco. Żadne metody ustawienia go do pionu nie działają. W łeb dać nie mogę, bo jak się komuś pochwali, to będę miała problemy. A to chyba jedyny sposób, żeby go zbastować. Każdy rozkłada ręce, a jestem z tym problemem sama. Jak zwykle, od samego początku.
Godziny spędzone u psychiatry poszły się kochać. Tony leków, moje zrujnowane zdrowie. Mam dość. Mam tak cholernie dość. Wszyscy widzą, jaka jestem wykończona, no ale co zrobić? Takie jest życie. Każdy ma swoje problemy. I wiecie co? Ja po prostu żyję nadzieją, że któraś choroba (ma ich kilka) je w końcu zabije. A ja w końcu będę mogła zacząć żyć i zająć się sobą i moimi potrzebami i zdrowiem. Na razie to tylko egzystuję i zapewniam wszystko mojemu dziecku. Zmarnowałam sobie życie. I mam dość własnego dziecka. Ono mnie nienawidzi, a ja jego.
Nie ma morału, nie ma dobrego zakończenia. Żałuję tylko, że nie można podróżować w czasie. Nigdy bym nie powtórzyła tego błędu. Bo mam tak dość, że dla mnie moje dziecko jest tylko błędem.
Około północy słyszymy jakiś dźwięk, tata postanawia wstać, idzie do łazienki, po chwili wraca i mama pyta, czy wszystko OK, a on mówi, że moja babcia się przewróciła, ale odprowadził ją do łóżka i wszystko w porządku. Mama się zerwała, leci do babci, a ta ledwo kontaktuje, nie potrafi się wysłowić, ciężko jej się poruszać. Mama od razu dzwoni na pogotowie. Karetka przyjeżdża, lekarz bada babcię i stwierdza, że po prostu babcia jest już starszą osobą i to zwykłe zmęczenie, a potem po prostu odjeżdża, mimo próśb mamy. Mama spanikowana, babci się nie poprawia. W końcu dzwoni do cioci, która pracuje w służbie zdrowia. Ta przyjeżdża (chwilę to trwało, bo ciocia mieszka jakieś 25 minut od nas) i stwierdza, że coś ewidentnie jest mocno nie tak. Znów telefon na pogotowie, przyjeżdża ten sam lekarz, wyraźnie zły, że mu się głowę zawraca, na co ciocia robi awanturę i zabierają babcię do szpitala.
Co się okazało? To był wylew i gdyby babcię zabrano wcześniej, można by było podać jej jakieś leki, które to wszystko cofają, a tak było już za późno.
Kocham polską służbę zdrowia.
Obrzydzają mnie żeńskie narządy rozrodcze. Nawet moje własne. Mam prawie 20 lat, wciąż dojrzewam i nie radzę sobie z tym. Nie mam zielonego pojęcia o budowie swoich narządów i nie umiem sobie tego przybliżyć. Nigdy nie widziałam się tam na dole, po prostu nie potrafię tam popatrzeć. Nienawidzę podpasek, wolałabym tampony, ale nie potrafię ich używać. Mam wewnętrzną blokadę przed wkładaniem sobie czegokolwiek, nawet nie wiem, jak miałabym to zrobić, nie ogarniam, gdzie jest właściwa dziura i nie umiem jej poszukać, bo się brzydzę. Piersi też uważam ze nieestetyczne, choć już mogę na nie patrzeć. Nie podobają mi się te wypukłości, wolałabym mieć ładną, płaską klatę, a niestety piersi mam dość duże i mi przeszkadzają. Czasami zastanawiam się, czy ja może nie chcę przypadkiem być chłopakiem, często się za niego przebierałam swojego czasu, ale potem tak sobie myślę, że męskie narządy pewnie przeszkadzałyby mi tak jak wszystko inne. Najlepiej to bym chyba w ogóle nie chciała mieć żadnych cech płciowych. Chyba. Bo przecież wciąż czuję jakiś tam pociąg do płci przeciwnej, więc co, do cholery, jest ze mną nie tak?! Najgorsza jest ta blokada (żadnych traum, mam ją bez powodu), naprawdę chciałabym przerzucić się na tampony, ale nie potrafię! Jestem zagubiona i nie mam z kim o tym porozmawiać (nie ma absolutnie nikogo, serio), zresztą aż wstyd się przyznać. Dlatego piszę tu. Można się śmiać. Albo powiedzieć mi, jak zaaplikować sobie tampon.
Przestroga dla każdego, który ma dziewczynę, a ta siedzi w tych mejkapowych grupkach.
Chciałem być romantyczny. Wczoraj przed wyjściem do pracy wziąłem jakieś mazidło z jej kosmetyczki i narysowałem ogromne serce na lustrze w łazience. Cały ten proces twórczy uwolnił moją duszę artysty i wyciągnąłem jeszcze inne bibeloty i dorysowałem różowe chmurki, a nawet pomalowałem sobie sutek jakimś cieniem i odbiłem w kilku miejscach. Byłem tak dumny ze swojego dzieła, że w przedpokoju napisałem wierszyk jej pisakami, a szminką dorysowałem kilka serc. Chciałem jeszcze to wszystko pokolorować, ale w pośpiechu upuściłem paletkę mazideł i nie dokończyłem dzieła. Wrzuciłem to do kosmetyczki i szybko oddaliłem się do tyrki, bo czas naglił.
Kiedy wieczorem wróciłem do domu, moja ukochana księżniczka właśnie coś robiła w kuchni. Wpadłem, dałem jej buzi i w tym momencie zauważyłem ten nienaturalny uśmiech na jej twarzy. Patrzyła mi głęboko w oczy, jej usta rozchylały się w tym uśmiechu coraz bardziej. Już miałem zapytać, co gotuje, ale spojrzałem w dół i zobaczyłem, że ona kroi ser moim Wiedźminem.
Jestem martwy w środku i nie mogę się pozbierać.
Dodaj anonimowe wyznanie