Sesja, wiadomo, stresujący czas dla studentów. Miałem bardzo ważny egzamin, od którego wiele zależało. Długo się przed nim uczyłem, a mimo to miałem wrażenie, że dalej nic nie umiem. Dzień przed egzaminem poziom mojego stresu sięgnął zenitu. Nieskutecznie próbowałem się uspokoić, wmawiając sobie, że jestem dobrze przygotowany, bo przecież się dużo uczyłem i już więcej zrobić nie mogłem. Mimo to ten ostatni dzień chciałem maksymalnie wykorzystać na powtórzenie całego materiału.
Po południu, kiedy wreszcie udało mi się trochę opanować stres i skupić na nauce, słyszę dzwonek do drzwi. Rodzice wyjechali, byłem sam w domu, a jedyną osobą, która mnie odwiedza, jest mój kumpel sąsiad, któremu się nudzi, bo w tym roku wszystko zdał przed sesją. Słyszę dzwonek po raz drugi. Zaczynam się irytować. Kumpel dobrze wie, jak ważny jest ten egzamin, a mimo to przyłazi i mi przeszkadza, bo sam nie ma co ze sobą zrobić. Jak dzieciak z podstawówki. Potem dostaję od niego SMS: „Czekam pod drzwiami”. Zagotowało się we mnie, rzucam książki i notatki, zbiegam po schodach na dół, po drodze wyzywając go od najgorszych. Niby przyjaciel, a nie rozumie, że muszę się uczyć! Otwieram drzwi z impetem, gotowy na opieprzanie... i co widzę? Kumpel stoi z naczyniem żaroodpornym (!) i mówi: „Pomyślałem, że skoro ciągle się uczysz, to nawet nie masz czasu, żeby zjeść coś konkretnego”. Momentalnie zrobiło mi się głupio, że go przed chwilą tak zwyzywałem w myślach, a on tylko był dla mnie dobry i przyniósł mi ciepłe jedzenie.
To cała historia. Chciałem tylko, żebyście wiedzieli, że mam najlepszego przyjaciela na świecie.
PS Egzamin zdałem, nawet lepiej niż sądziłem.
PPS Lazania była trochę mało słona, ale i tak go uwielbiam.
Prowadzę bloga, piszę fanfiction. Nic specjalnego, gdyby nie to, że coraz bardziej się w nie angażuję, tracąc grunt pod nogami. Utożsamiam się z moją główną bohaterką na tyle, że moje prawdziwe życie mnie nie interesuje. Pracuję, uczę się, spotykam ze znajomymi, ale nie jest mi to potrzebne. Nie jestem zaangażowana w prawdziwe życie. Bo przecież mam świetnych przyjaciół i przygodę do przeżycia... Tam. Jeszcze nie widzę na żywo moich bohaterów. Ale słyszę ich. Odzywają się, podsuwając swoje kwestie lub pomysł na następną przygodę. Widzę ich tylko w głowie — ich ruchy, gesty, uśmiechy. To straszne. I ekscytujące.
Nie wiem, kim jestem.
Uwielbiam klocki Lego. Kupuję sobie małe i duże zestawy, by w domu rozkoszować się ich składaniem. Często kupuję przez internet. Jednakże jeśli w sklepie z zabawkami sprzedawca spyta mnie, czy może mi w czymś pomóc, udaję, że wybieram zestaw dla mojego dziecka.
Mam prawie 30 lat, jestem bezdzietna, pracuję i mieszkam z chłopakiem. Przynajmniej on nie uważa, że jestem dziwakiem :)
Nauczycielka naszego syna nie wiedziała, jak zacząć tę rozmowę, ale w końcu wyjawiła, że nasz syn powiedział jej, że jego brat, Kuba, jest przez nas zmuszany do siedzenia w garażu, spania na podłodze, nie pozwalamy mu korzystać z toalety, je z podłogi i często nie jest wpuszczany do domu.
Kuba to nasz pies.
Mam 20 lat. Dwa lata temu zaczął się mój romans. Mój romans z moim kuzynem.
Historia rozpoczyna się dwa lata temu, kiedy on, nazwijmy go M., zerwał ze swoją dziewczyną (obecnie żoną). Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. On 22-latek, przyjeżdżał do swojej 18-letniej kuzynki, aby pogadać. Nikt nic nie podejrzewał, bo niby co, wychowaliśmy się razem, więc to normalne, że mamy dobry kontakt.
Aż za dobry.
Zaczęło się od głupiego łapania za rękę, obejmowania, aż w przeciągu kilku tygodni wylądowaliśmy w łóżku. I tak ciągle. Każde nasze spotkanie kończyło się zbliżeniem.
Czy to rodzinne spotkania, czy samotne odwiedzanie siebie nawzajem.
M. po pół roku naszego romansu wrócił do swojej byłej dziewczyny, oświadczył się, planował ślub. Byłam załamana, ale nic się nie zmieniło. Wciąż widywaliśmy się, wciąż spaliśmy razem, a ja się zakochałam na zabój, on chyba też.
Miesiąc temu M. wziął ślub, ale to między nami trwało i trwa. Na jego ślubie pod pretekstem „przejścia się” wyszliśmy z sali i zrobiliśmy to na jakimś samochodzie.
Teraz M. jest na miesiącu miodowym, ale dzwoni i pisze do mnie codziennie.
Czuję się strasznie. Z jednej strony przecież jestem świadoma tego, że jesteśmy rodziną i to tak bliską (nasi ojcowie to bracia), a z drugiej nie mogę o nim zapomnieć, kocham go i nie potrafię związać się z nikim innym. Boję się, że to się kiedyś wyda, to trwa aż dwa lata, a za chwilę może wszystko runąć, wystarczy, że ktoś zainteresuje się naszymi częstymi odwiedzinami albo ja zajdę w ciążę. Boję się, naprawdę się boję, ale nie potrafię tego zakończyć i nigdy nie dam rady... Kocham mojego brata.
8 lat temu poznałam Damiana. Zwykła domówka u znajomych i nagle pojawił się on – serce mi mocniej zabiło. Całą imprezę starałam się zwrócić jego uwagę i udało mi się, w dodatku procenty zrobiły swoje i nawet się trochę poprzytulaliśmy na koniec... Tak się rozpoczęła nasza znajomość, która dla mnie była związkiem, dla niego nie. Wiele razy u niego spałam, zostawałam na kilka dni, sprzątałam i robiłam kolację... Byłam zakochana na zabój. Ślepa jak kret, ignorowałam fakt, że on mnie nie kocha, że jestem tylko taką zapchajdziurą, zanim znajdzie coś lepszego. Starałam się, jak mogłam, żeby i on pokochał mnie tak ja jego. Wiele musiałam znosić – ignorowanie przez tygodnie, „zdrady”, bo w końcu nie byłam jego dziewczyną, brak czułości przy znajomych czy zero wyjść wspólnie w różne miejsca. Naprawdę, z perspektywy czasu, jak tak patrzę... Jak ja się mogłam na to godzić? Przez cztery lata ani razu nie był u mnie w domu. Nie poznał moich rodziców. A ja wciąż się łudziłam i miałam nadzieję. Taka głupia byłam.
Po tych czterech latach nastąpił jakiś przełom. Nie rozumiałam tego wcale, ale nawet nie próbowałam tego pojąć. Zaproponował... abym u niego zamieszkała. Myślałam, że padnę z radości! Boże, jak ja się wtedy cieszyłam... Po tej rozmowie na drugi dzień już miałam spakowane pół swojego dobytku. Całemu światu obwieściłam, jak to dopięłam swego i on jest mój. Miałam się wprowadzić po weekendzie, bo w sobotę jechał na imprezę urodzinową kolegi ze studiów i miał wrócić dopiero w niedzielę wieczorem. I tak minęła sobota, normalnie rozmawialiśmy przez telefon, pisaliśmy... Nadeszła niedziela i do południa wszystko było w porządku. Nagle przestał odpisywać, odbierać, no zero kontaktu. Odezwał się dopiero w poniedziałek rano, że przeprasza i chciałby się spotkać. Ja naiwnie myślałam, że zwyczajnie zachlał i chce mnie przeprosić.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy oznajmił mi, że musimy zakończyć naszą znajomość... Wyobrażacie sobie taki cios? Byłam na szczycie góry i spadłam w jakąś otchłań. Jak to koniec? Dlaczego? Przecież mieliśmy mieszkać razem! Mieliśmy w końcu być razem! I wtedy padły kolejne ciosy. On dwa miesiące temu poznał dziewczynę. On się zakochał. Faktycznie, nasz kontakt dwa miesiące wcześniej mocno się ograniczył i w sumie z tydzień przed jego propozycją dopiero się poprawił. On się z nią spotykał, ale ona go nie chciała. W niedzielę zadzwonił do niej i jakoś tak wyszło, że po powrocie to z nią się spotkał, nie ze mną. Oni chcą spróbować. On przeprasza, że tak wyszło, ale przecież wiedziałam, jak jest...
No i spróbował z nią. Minęło już kilka lat. Wzięli ślub. A ja wciąż nie mogę się pozbierać. Wciąż mam nadzieję, że ją zostawi i wtedy może znowu będę miała swoją szansę... Najgorsze jest to, że mam chłopaka i go oszukuję.
Mam straszne worki pod oczami i zawsze, gdy gdzieś idę, to muszę się mocno pomalować, korektor i dość spory makijaż oczu, bo dość mam ludzi, którzy mówią mi, że mam podkowy pod oczami. Po co ludzie, zwłaszcza kobiety, mi to wytykają? Co mam z nimi zrobić, poddać się operacji plastycznej? Gdybym miała taką możliwość, to zrobiłabym to, ale to jest cholernie drogie.
Przez tych wszystkich ludzi, gdy spojrzę w lustro, to widzę tylko moje worki pod oczami i ogromną dolinę łez aż do policzków. Tak właśnie rodzą się kompleksy.
Gdy miałem 9 lat, moja mama przyjechała po mnie do szkoły... pijana. Mnie odwieźli do Domu Dziecka, a mama została zawieziona na komisariat. Odwiedzała mnie dwa razy w tygodniu przez około rok. Potem przestała przychodzić. Nie wiem dlaczego.
Mając 11 lat, trafiłem do kolejnego Domu Dziecka, który nieco różnił się od poprzedniego. W tym pierwszym wszyscy byli w miarę mili i uśmiechnięci, natomiast drugi dom oferował krzyk, płacz i chęć wydostania się z niego.
Pół roku po moich czternastych urodzinach adoptowała mnie rodzina. Jestem z nimi do dziś i bardzo ich kocham (mam 17 lat). Dziękuję im za to, że wyrwali mnie z tego piekła, bo inaczej tego nie można nazwać.
Co się stało z moją biologiczną mamą? Umarła. Ostatni raz widziałem ją jakieś 6-7 lat temu. Chciałbym jej powiedzieć, iż mimo nałogu kochałem ją tak bardzo, że gdybym ją teraz przytulił, złamałbym jej żebra.
Kocham mamę numer 1, mamę numer 2 i tatę, który wraz z mamą numer 2 mnie adoptował, bo pierwszego nie znałem.
Dziękuję za przeczytanie.
Miłego życia wszystkim :)
Jeżeli poznajecie już kogoś, z kim chcecie być, bądźcie z nim szczerzy. Zwłaszcza jeżeli planujecie wspólną przyszłość. Brzmi banalnie? Otóż nie dla każdego jest to tak oczywiste, jak się z pozoru wydaje...
Poznałam kogoś dawno temu, staliśmy się sobie bardzo bliscy. Trzy lata znajomości — niektórzy powiedzą pewnie, że to zbyt mało. Potem zaręczyny, ślub, początkowa sielanka. Nasz związek miał być z tych mało konserwatywnych: od samego początku mówiłam, że nie chcę mieć dzieci, że mam zamiar zarabiać własne pieniądze, a pracą w domu dzielimy się po równo. I on też tak twierdził. Na początku.
Z czasem zaczął mnie namawiać, żebym rzuciła pracę i została w domu. Najpierw niezbyt nachalnie, to były raczej sugestie. Potem było coraz gorzej. Stale narzekał na zmęczenie (wyobraźcie sobie, że ja też mogłam być zmęczona po pracy, a nie miałam problemu z wykonaniem „swojej tury” porządków domowych czy posiłków), biadolił, że dużo lepiej i dla niego, i dla mnie (!) byłoby, gdybym została w domu, kiedy przychodziła jego kolej sprzątania czy gotowania, ostentacyjnie (wcale tego nie ukrywał, parę razy przyznał, że robi to złośliwie) robił wszystko na odczepnego.
Z czasem zaczęły się też „batalie” o dziecko, którego na początku rzekomo nie chciał. Zaczęły się kłótnie. Gdy pytałam, dlaczego nie postawił sprawy jasno wcześniej, potrafił odpowiedzieć, że był pewien, że z tego wyrosnę...
Historia bez happy endu. On nie potrafił dalej brnąć w „równy” związek, ja nie poczułam nagle przypływu instynktu macierzyńskiego. Rozwiedliśmy się niedawno. Rozmawiamy ze sobą, ale wątpię, żeby długo to pociągnęło — zbyt dużo wzajemnego żalu i jakiegoś takiego niesmaku.
Proszę Was, dla dobra Waszego i Waszych przyszłych bliskich — stawiajcie sprawy jasno, nie pozostawiajcie miejsca na niedomówienia. Nie wierzcie w to, że ktoś się nagle potem zmieni, że komuś odwidzi się nagle jego wizja życia, że specjalnie dla Was zrezygnuje ze swoich planów. W związku, żeby nikt nie cierpiał, trzeba po prostu się dobrać przynajmniej w najbardziej podstawowym zakresie...
Nie mam przyjaciół, stronię od poznawania nowych ludzi i w zasadzie nie dążę do tego, aby ktoś mnie polubił jak przyjaciela czy nawet znajomą. Nie oznacza to, że jestem totalnym odludkiem, który się do nikogo nie odzywa i nie podnosi głowy.
W każdym razie widać to w pracy, wiele osób się dziwi tym faktem. Mówię im, że zbyt wiele razy się przejechałam na „koleżankach”, które okazały się fałszywe i teraz nie mam zbytnio zaufania do ludzi — to wystarczy, by zrozumieli i to zaakceptowali.
Prawda jest taka, że po prostu jestem zbyt leniwa, by wychodzić na przeróżne imprezy czy spotkania i wolę zdecydowanie grać w gry w domu. Właśnie pobieram Heroes VII i znikam na parę godzin.
Dodaj anonimowe wyznanie