Nienawidzę śpiochów. Mało co mnie tak wkurza, jak ludzie zasypiający zbyt wcześnie i olewający towarzystwo. Zaczęło się to od mojej matki, która miała problem z alkoholem. Nie była typem ani agresywnego alkoholika, ani zaniedbującego. Ale codziennie wieczorem wypijała sobie ok. czterech piw i zasypiała ok. 18, a ja jako dziecko czułam się opuszczona i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W dodatku potwornie chrapała — do dzisiaj nienawidzę tego dźwięku tak, że odczuwam głęboki dyskomfort psychiczny, gdy to słyszę.
Później miałam „przyjaciela” (dlaczego w cudzysłowie to temat na osobną opowieść), który zapraszał mnie do siebie, a potem po dwóch godzinach zgonił i ja przez kolejne 10 nie miałam co ze sobą robić. Pytacie, dlaczego nie wyszłam? Mieszkał na przedmieściach i często zapraszał mnie do siebie, gdy było ok. 20, zasypiał o 22, a ja zwyczajnie bałam się iść sama po nocy 10 km do nocnego autobusu, który rzadko jeździł. On nie widział problemu w tym, że zaprasza kogoś do siebie, a potem zasypia po dwóch godzinach i zgoni przez kolejne 10-12 godzin zostawiając gościa samego.
To samo potrafił zrobić, jak byliśmy na Mazurach — jego rekord to 18 godzin spania i kompletna zlewka na zaproszone osoby. Raz miał mnie zawieźć do szpitala, czekałam cały dzień. Dlaczego tego nie zrobił? Bo spał. To samo było, jak miał mi pomóc zabrać rzeczy z mieszkania po mojej zmarłej mamie. Byliśmy umówieni, ale się nie pojawił. Dlaczego? PONIEWAŻ SPAŁ. I nie, nie miał narkolepsji, po prostu był uzależniony od marihuany i swój komfort stawiał ponad wszystkich innych.
Ostatnią kroplą był mój były współlokator. Chrapał tak, że ściany się trzęsły i słyszeli to chyba sąsiedzi trzy piętra w dół i w górę. Przeżyłabym to, gdyby spał jak normalny człowiek przez 7, 8 lub 9 godzin, ale on spał cały dzień. Wstaję — chrapanie, wychodzę do pracy — chrapanie, wracam — chrapanie, kładę się spać — to przeklęte chrapanie. Jak przez chwilę nie spał i usiłowało się z nim pogadać przez jakieś pół godziny, to zaraz mówił: „To ja się jeszcze położę na drzemeczkę”. Wywaliłam go już, ale wciąż nienawidzę słowa drzemka, a tym bardziej drzemeczka.
Nienawidzę takich egoistycznych śpiochów, którzy ponad wszystko i wszystkich przekładają własną niekończącą się kimę. Wiem, że sen jest ważny, ale jednak jak ma się dziecko, gościa albo zobowiązania, to można chyba chwilę wytrzymać bez tego snu. Ja też nie lubię wstawać rano do pracy, ale jednak jakoś to robię.
Nienawidzę śpiochów.
Przechodzę teraz bardzo trudny czas. W grudniu zeszłego roku straciłam pracę i do tej pory nic nie znalazłam. Byłam na kilku rozmowach, wysłałam i osobiście rozniosłam kilkadziesiąt CV i dalej nic. W domu z rodzicami też nie układa mi się najlepiej. W dodatku mój chłopak sprawił mi ogromną przykrość, z którą zupełnie nie umiem sobie poradzić. Przed tym, żeby wsiąść do swojego samochodu i uderzyć z dużą prędkością w jakieś drzewo powstrzymuje mnie tylko fakt, że jeśli nie zginę na miejscu, tylko będę np. niepełnosprawną, to moi rodzice będą mieli kolejny kłopot na głowie.
Znalazłam kiedyś psa. Szukałam mu domu przez dwa dni, bo u mnie nie mógł zostać. Niestety nie udało się, trafił do schroniska.
Śledzę jego życie na stronie schroniska i ciągle widzę, że nikt go nie chce zaadoptować. Mam wyrzuty sumienia, mimo że wiem, iż ja nie mogę go wziąć do siebie.
W dzieciństwie byłam bita. Nie było to jakieś znęcanie się, tylko kary fizyczne, które w latach 80. i 90. były normalnością. Miałam 10 lat, gdy podczas większej imprezy ojciec powiedział przy wszystkich: „Najchętniej oddałbym cię do domu dziecka, a tak mam zasrany obowiązek wychowywania cię” (nie, nie był pijany). Potem zaczęłam dorastać. Do bicia doszło upokarzanie. Najchętniej publiczne. Powtarzał, że nigdy nie znajdę sobie faceta, a jak już, to takiego, co będzie pił, bił i zdradzał, bo na nic lepszego nie zasługuję. Nie pamiętam ŻADNEJ pochwały, nie pamiętam słów „kocham cię”, „jestem z ciebie dumny”, nie pamiętam określenia „córeczko” (za to doskonale pamiętam, jak mówił o mnie mamie per „twoja córka”). Nigdy nie byłam dość dobra. Czwórka? „A dlaczego nie piątka?” Piątka? „A dlaczego nie szóstka?” Sześć minus? „Ale dlaczego z minusem?!” Szóstka? „Pewnie wszyscy dostali”.
Mam 33 lata i zero zdrowych związków, w każdym zakochiwałam się w poczuciu bycia chcianą. Dużo wybaczałam, brałam winę na siebie, bo może jak ten facet mnie zostawi, to serio, jak mówił ojciec, nikt mnie więcej nie zechce? W syndromie ofiary byłam tak głęboko, że faceta, który mnie pół związku zdradzał i zaraził wenerykiem, na kolanach błagałam, by mnie nie zostawiał. Dziś jest lepiej, jestem w trakcie terapii, 3 lata sama, a znajomi twierdzą, że „wybrzydzam”. Bo śmiem mieć wymagania (typu wierny, bez nałogów, ze stałą pracą, wspierający).
Najbardziej jednak boli brak wsparcia ze strony najbliższych — mamy i brata. Jedną z historii kiedyś opisałam — od brata usłyszałam, że „mamie byłoby przykro, jakby to przeczytała”. Jeżdżę do nich raz na pół roku, głównie dla mamy, bo ojciec (a właściwie dawca nasienia) zawsze mnie jakoś zgnoi, teraz już subtelniej. Ale to ja jestem tą kręcącą afery i szukającą problemów. Namawiają do wybaczenia. A ja jakoś nie potrafię wybaczyć człowiekowi, który nie czuje się winny i ciągle krzywdzi.
Po prostu nie potrafię.
Jakiś czas temu odziedziczyłem po dziadku samochód i garaż. Sam samochód, mimo iż starszy ode mnie, sprawuje się świetnie. W tym wyznaniu bardziej chodzi o garaż, gdyż wraz z nim odziedziczyłem pewien problem. Garaż ten znajduje się blisko centrum mojej miejscowości, w okolicy gdzie trudno z parkowaniem. Dodatkowo naprzeciwko niego jest przychodnia lekarska. Ludzie z okolicy przez to, że dziadek parę lat garażu nie używał, przyzwyczaili się, że z podjazdu do niego (i z sąsiednich garaży, gdyż w większości ich właścicielami są emeryci) można korzystać jak z parkingu. I tu zaczyna się problem. Ludziom nie szło nijak przetłumaczyć, że tutaj stawać nie wolno. Już pomijam dni, kiedy nie muszę wyciągać samochodu z garażu, ale ludzie zastawiają mi podjazd prawie że 24/7. Raz kobitka, na oko typowa Karyna, stwierdziła, że to nie jej problem, że ja chcę wyjechać, gdyż ona zaparkowała i już. Innym razem facet zaparkował dostawczakiem. Poprosiłem go na spokojnie, żeby chociaż się ciut przesunął, bo chcę wyjechać. A on do mnie z mordą, że jak ja w ogóle śmiem wyjeżdżać, kiedy on tutaj stoi (?!).
Prośby i rozmowy przynosiły znikomy skutek, zawiesiłem więc na drzwiach kartkę z informacją, że ten garaż jest używany. Po dwóch dniach kartka została przez kogoś zerwana. Później zainwestowałem w metalową tabliczkę z informacją, że zakaz zastawiania. Po trzech dniach została ona, podobnie jak kartka, oderwana. Znalazłem ją pomazaną sprejem przy śmietniku.
Zgłaszałem sprawę i na straż miejską, i na policję. Ci pierwsi powiedzieli, że to nie ich działka i odesłali mnie na policję. A tam usłyszałem, że jak nie mam dowodów, to nie mam co przychodzić. Wróciłem do nich po kilku dniach z całą serią zdjęć ludzi parkujących na podjeździe. Policja odmówiła działania, gdyż „zdjęcia to za mały dowód”. Tak że ten, jak na razie jestem bezsilny.
Jak widać, nie trzeba odziedziczyć po przodku willi, domu czy pieniędzy, żeby wpaść w kłopoty, ale to z czym się męczę od czasu odziedziczenia tego garażu, przechodzi ludzkie pojęcie.
Kiedy byłam mała, tata bardzo lubił obcinać mnie na tak zwanego chłopaka. Na nic był mój płacz i błagania, no bo przecież w wieku sześciu lat jestem już kobietą i tak też chcę wyglądać, heloł. Ale nadszedł ten dzień, przełomowy... Tata, kiedy podcinał mi włosy, podciął również moje ucho. I dostał dożywotni zakaz obcinania mnie :)
Od tego dnia wyglądam jak kobieta!
No, może chociaż trochę ;)
Moi rodzice za młodu wyjechali do Norwegii, by się jakoś tam dorobić, mieli wszystko załatwione, nic tylko jechać i pracować. Pojechali. Po miesiącu okazało się, że moja mamunia będzie miała synka (mojego brata). Ojciec harował, dali radę. Sześć lat pracowali i postanowili wrócić do kraju. Kupili działkę, wybudowali dom na wsi, blisko ich rodzin, w tym czasie wynajmowali mieszkanie jakieś 40 km od ich przyszłego nowego domu. Do nowego domu wprowadzili się z kolejnym synkiem — mną.
Mija 20 lat i strzałą Amora oberwało się i mnie — zakochałem się w o dwa lata młodszej od siebie Ani, z wzajemnością, ale Ania jest moją kuzynką, bliską kuzynką (nasi ojcowie to rodzeństwo)...
Po dwóch miesiącach postanowiłem pogadać z mamunią, co mam zrobić, do jakiego specjalisty iść po pomoc, bo przecież nie mam szans na związek z kuzynką. Wymiękłem, nie potrafiłem wejść na ten temat. Po kilku dniach matula sama na siłę wyciągnęła ze mnie, co mnie spotkało. Dziwne, bo nie powiedziała nic, wyszła z pokoju i ewidentnie mnie unikała przez kilka dni (zawsze miałem fantastyczny kontakt z nią, mogłem jej o wszystkim powiedzieć, jak przyjaciółce). Po tygodniu w końcu przyszła do mnie i zaczęła się rozmowa o wszystkim i o niczym (luźna, żartobliwa rozmowa), a w tym padło takie wyznanie:
M: Tak w ogóle to wiesz, że nie jesteśmy twoimi biologicznymi rodzicami...
J: Oczywiście, przecież taki wspaniały syn nie może być wasz.
Ja sobie żartowałem, mama już nie.
Powiedziała mi, że ich drugie dziecko zmarło przy porodzie i przy tym więcej dzieci mieć nie będą, wiec mnie adoptowali, jak byłem noworodkiem. Wiedzieli o tym jej rodzice (już niestety nie ma ich wśród nas) i mój chrzestny (tata Ani), reszcie rodziny nie mówili, bo i po co. Wyznała mi to, bo rozmawiała z wujkiem, co ma teraz zrobić.
Zabawne, że przez 20 lat nic nie podejrzewałem, przez 20 lat nie dali mi odczuć, że w jakimś stopniu nie jestem ich, za co im dziękuję, nadal ich kocham.
Teraz chyba mogę się związać z własną kuzynką, w końcu nie jesteśmy w żaden sposób biologicznie spokrewnieni.
Gdy byłam w 3 klasie podstawowej, rozpoczęła się dysputa w mojej klasie na temat rodzeństwa. Byłam w całej klasie jedyną osobą bez siostry czy brata, co sprawiało mi wtedy ogromny zawód. Codziennie wracając do domu, prosiłam rodziców o siostrę, babcia mówiła, że trzeba się modlić. Oj, modliłam się, codziennie, w samym centrum salonu, przez co rodzice, przechodząc przez korytarz, słyszeli moje nawoływanie.
W końcu stało się, moja mama zaszła w ciążę. Wtedy jednak mi się odwidziało i zaczęłam modlić się, by jednak nie było siostry. Z rykiem wyskakiwałam do moich rodziców, że jej nie chcę, że nie chcę, by się urodziła. Stało się, moja mama poroniła w szóstym miesiącu ciąży, a ja mam poczucie winy do dzisiaj, mimo że minęło kilkanaście lat.
Poznałem świetną kobietę. Piękna, starsza ode mnie o 5 lat (lubię starsze). Dobrze się nam rozmawiało. Wszystko było cudownie aż do momentu, w którym nie wylądowaliśmy w pościeli. Gdy zobaczyłem jej małe piersi, to po prostu nie mogłem kontynuować. Najprawdopodobniej miała staniki z push-upem, bo w ubraniach wyglądała normalnie. Wykręciłem się nagłym bólem głowy i poszedłem do domu. Jest mi strasznie wstyd. Unikam kontaktu z nią.
Niestety to nie była pierwsza tego rodzaju sytuacja. Próbowałem się przełamać, aby nie być takim „płytkim”, no ale po prostu nie daję rady. I nie jest to kwestia tego, że mały biust mnie nie zaspokoi. Małe piersi kojarzą mi się z małą dziewczynką i uprawianie seksu po powstaniu w mojej głowie tego skojarzenia jest dla mnie niewykonalne.
Spotykam się z kobietą, robię jej nadzieję, a potem uciekam z tak niepoważnego powodu. Źle się z tym czuję, wiem, że nie powinno się oceniać ludzi na postawie cech fizycznych i chciałbym, aby się to więcej nie powtórzyło, no ale przecież na pierwszej randce nie będę pytał o to, jaki nosi stanik...
Mój partner przez całe życie mieszkał z rodzicami. Tak oto trzydziestoletniemu mężczyźnie mama robiła kanapki do pracy, prała, prasowała, sprzątała pokój, ogólnie wręczała go we wszystkim — bo to facet, nie musi umieć (jej mąż zrobił się typowym Januszem, co wraca z pracy, siada przed telewizorem z piwkiem i czeka, aż żona go obsłuży). Jako że dzieliło mnie i partnera około 600 km, a ja nie mam rodziny w swoich stronach, zostawiłam wszystko i przeprowadziłam się do niego. Dopiero wtedy zauważyłam, jak zachowuje się teściowa. Wytrzymałam miesiąc. Stanowczo za dużo.
Wynajęliśmy mieszkanie 20 km od jego rodziców. Chłop totalnie niezaradny. Kanapek nie zrobi, ziemniaków nie ugotuje. Nie wysprząta łazienki, pokoju, kuchni. Nie włączy pralki. Nie zrobi zakupów, nawet z kartką — bo nie wie, gdzie co leży.
Jestem niesamowicie cierpliwa, więc partnera uczyłam wszystkiego. Krojenia i obierania warzyw, robienia zakupów, gotowania... wszystkiego, czego nie potrafił. Teraz pomaga w zakupach, w kuchni, w sprzątaniu, nie zawsze zrobi to idealnie, czasem po nim muszę poprawić lub pokazać raz jeszcze, ale nieważne, ważne, że widzę, że się stara. Moją radość zaburzyła ostatnia wizyta teściowej u nas... Mój partner oczywiście pomagał mi przy wszystkim, co było do zrobienia, nie muszę go zmuszać, oboje pracujemy, oboje mamy obowiązki. Ale bardzo nie spodobało się to teściowej. Usłyszałam wiązankę jakich mało, że z jej syna pantofla robię, że to facet jest, że miejsce kobiety jest w kuchni i tym mam się zająć. Że ona nie dopuści do tego, żeby jej syn robił babskie rzeczy... Kazała mu się spakować i wracać do domu, bo ona sobie nie życzy, by jej syn tak się zachowywał.
Mojemu przyszłemu ślubnemu ciśnienie się podniosło, mi również. Wyrzuciłam teściowej wszystko, szczególnie to, że zrobiła z męża i syna życiowe kaleki, że po prostu są nieprzygotowani do życia w społeczeństwie. W tym momencie mój partner zaczął pakować rzeczy do walizki... Pomyślałam, że postradał zmysły i wraca do mamusi — a proszę bardzo! Jednak on pozytywnie mnie zaskoczył. Spakował wszystkie rzeczy, które miał od matki, łącznie z ciuchami i laptopem i po prostu wystawił ją za drzwi razem z walizką, oświadczając, że w jego obecności nikt jego przyszłej żony obrażał nie będzie, mamusi już dziękuje, a za dwie godziny mamusia ma pociąg i życzy miłej podróży. Teściowa zapowietrzyła się i od tamtej pory ani jednego komentarza, SMS-a czy telefonu od niej nie miałam :)
Kochane kobietki, nie róbcie z synów i partnerów takich sierot, oni naprawdę zginą w społeczeństwie!
Dodaj anonimowe wyznanie