Moi rodzice są bardzo wierzący. Nie są fanatykami (raczej?), ale żyją ściśle według Biblii i przykazań. Ja sama nie wierzę w Boga, rodzice wiedzą, ale traktują to jako młodzieńczy bunt.
Sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Mam 17 lat, dojrzewam, pojawił mi się popęd seksualny. Czasem się masturbuję, tak już w sumie od kilku lat. Tym razem korzystając z sytuacji, że rodzice byli w ogrodzie, postanowiłam sobie ulżyć w pokoju, przy zamkniętych drzwiach. A że było gorąco, nie okryłam się niczym. Byłam tak skupiona na tym co robię, że po prostu nie usłyszałam, że ktoś zbliża się do mojego pokoju. Mama otworzyła drzwi w momencie, gdy miałam opuszczone spodnie i rękę w wiadomym miejscu, do tego zarumienioną twarz, więc wyraźnie było widać, co robiłam. Wpadła w szał, zawołała tatę, zaczęły się krzyki, wyzwiska, bo przecież miliony razy odpytywali mnie ze znajomości przykazań bożych, a ja perfidnie zgrzeszyłam. Na nic były moje tłumaczenia, że to normalne, bo dojrzewam i odczuwam pewne napięcie. Gdy skończyły się wrzaski, rodzice stwierdzili, że należy mi się kara. Zabrano mi telefon i komputer, do tego resztę wakacji mam spędzić w domu na czytaniu Biblii. Mogę wychodzić jedynie z nimi do kościoła.
Najgorsze jest chyba to, że dziś rano mama oznajmiła mi, że z racji mojego „wybryku” zabiera mnie na rozmowę z zaprzyjaźnionym księdzem, abym zrozumiała, co zrobiłam. Przeżyję brak telefonu czy komputera, ale nie zamierzam o tak intymnej sytuacji opowiadać obcemu facetowi i słuchać jego pouczeń w sprawie MOICH miejsc intymnych. Po prostu nie chcę, nie czuję się z tym źle, niczego złego nie zrobiłam, ale wiem, że rodzice mi nie odpuszczą.
Może zacznę od tego, że moja rodzina to urodzeni ścisłowcy. Moja matka była nauczycielką chemii, a ojciec fizykiem, co wiązało się z tym, że wraz z rodzeństwem od małego uczyłem się tych przedmiotów.
Moja najstarsza siostra pracuje jako nauczycielka matematyki, a brat jest na studiach medycznych. A ja? Cóż, jestem dumnym polonistą, który za grosz nie nadaje się do ścisłych przedmiotów. Moja ukochana również po humanistyce. Zostało nam jedynie wyczekiwać, kim będzie nasz pierworodny.
Pół roku temu dostałam diagnozę. Borderline. Moim celem jest samouleczenie. Przeczytałam, jakie objawy daje to zaburzenie i staram się unikać tego typu zachowań. Niestety nie jest to proste... Teraz jestem na etapie stwierdzania, które moje zachowania są robione przez moje border.
Wstaję rano. Jest nieźle, w dobrym nastroju dzwonię do rodziców, zalewam ich cieplutkimi słówkami. Później zaczynam płakać, kończę rozmowę, mówiąc, że zmarnowali mi życie. Znowu to zrobiłam. Dzwonię z przeprosinami dla załagodzenia atmosfery, opowiadam o wczorajszej randce. Idę na uczelnię już pełna energii. Notuję wszystko skrupulatnie przez 20 minut, jednak za chwilę stwierdzam, że mam te studia gdzieś. Przez następną godzinę siedzę i gram na telefonie. Zmieniam zdanie — robię zdjęcie notatek z ostatniej godziny. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, uzupełnię je w domu. Wchodzę na prosektorium. Gdy niechcący urywam nerw martwej świni, stwierdzam, że jestem życiowym przegrywem. Resztę czasu spędzam, szlochając w łazience. Wracając, dzwonię do chłopaka. Mówię mu, że idę się powiesić. Kurka, kolejny raz borderline mną rządzi — skłonność do manipulacji ludźmi. Przepraszam i się rozłączam. Zadowolona wchodzę do domu. Zjadam trzy, może cztery porcje wcześniej ugotowanego obiadu. Przypomina mi się, że miałam tak nie robić. Teraz już za późno. Muszę rzygać. Znowu dzwonię do chłopaka. Nie odbiera pierwszego telefonu. Czuję, że tracę grunt pod nogami. Dzwonię jeszcze 30 razy. W końcu odbiera, jestem już całkiem spokojna. Trochę się jeszcze pouczę. Szloch, rzyg, umyć ząbki i spać.
Dziękuje za przeczytanie, ja sama się cieszę, że mogłam na swoje zachowanie spojrzeć z boku, opisując tutaj to wszystko. ;)
Czasy gimnazjum, na religii katechetka zrobiła nam jakby grę w podróż. Kazała nam w zeszycie narysować siedem zapakowanych toreb lub rzeczy, które ze sobą weźmiemy. Powiedziała, że możemy w tym zawrzeć jakieś wartości typu miłość, rodzina, przyjaźń.
Jako że myślałam dość praktycznie, wzięłam ubrania, kosmetyki, książki itp. oraz... konia, bo co będę cały czas na piechotę chodzić.
Zaczęliśmy grę. Na każdym „przystanku” kazała nam wykreślić jedną rzecz, no to wykreślałam. Na przedostatnim przystanku był taki typowy autobus Trzeciego Świata, gdzie jest wszystko, począwszy od bakterii, na kozach kończąc. No to wchodzę z jedną torbą i tym biednym koniem, bo przecież biedaka nie zostawię gdzieś na pustkowiu. Ostatni „przystanek” był pod górą. Ostatnia rzecz do wykreślenia – poszła torba, przecież konia samego nie zostawię. Katechetka kontynuuje swoją opowieść, jak wchodzimy na tę górę, i wreszcie pada hasło: „Jesteśmy na miejscu, pod bramami nieba. Z czym zostaliście?”. Jak reszta klasy miała rodzinę, przyjaźń, koleżanka (też praktyczna) została ze zwykłą torbą, tak ja wybrałam się do królestwa niebieskiego z koniem :)
Co robię dla zabicia czasu? Analizuję ludzi na przystanku.
Zaczęło się kiedy jadąc tramwajem, nie miałem biletu. Pomyślałem, że będę obserwował ludzi, a jak zobaczę kogoś przypominającego kontrolera, to jak najszybciej wysiądę z pojazdu.
Teraz robię to nawet jak mam bilet.
Wszystko polega na metodzie prób i błędów. Wiadomo, matka z dzieckiem znaczy „cywil”. Starsze osoby również. Ale zabawa zaczyna się od szczegółów. Jeśli ktoś ma słuchawki, to nie na obaw, jak trzyma kartę Peka też. Chyba że ma średniej wielkości torbę. Wtedy jest duża szansa, że trzyma w środku terminal.
Oczywiście kryteriów jest więcej i zawsze można dodać kolejne. To jest strasznie fajne, czuję się jak Sherlock Holmes szukający sprawcy. Szczerze polecam taką rozrywkę.
Mam 26 lat, od dwóch lat jestem mężatką. Pracuję w typowo kobiecym zawodzie i jak na złość jestem najmłodszą mężatką w zespole — większość dziewczyn ma dzieci w zbliżonym do mnie wieku. No właśnie — dzieci.
Odkąd tam pracuję, co chwilę któraś pyta mnie, dlaczego jeszcze nie zaszłam w ciążę. Non stop. Ostatnio jak poszłam zanieść zwolnienie (miałam wypadek), to zapytały, czy już jestem w ciąży, bo mam czas rozkładać nogi.
Czy tylko mi wydaje się, że to indywidualna sprawa moja i mojego męża? Ostatnio nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie wmówić im, że jestem bezpłodna, to może mi dadzą spokój. Naprawdę nie rozumiem, skąd ta presja. W końcu to moje życie i moja macica...
Na co dzień jestem normalnym 17-latkiem, pochodzę z bardzo zamożnej rodziny, prowadzę dosyć szczęśliwe życie. Mam jednak w nim jedną ciemną stronę, na myśl o której zdarza popadać mi się w stany depresyjne. Mianowicie mam nietypowy fetysz/hobby, nie wiem jak to określić... po prostu raz na jakiś czas (pod nieobecność rodziców w domu) przebieram się za kobietę. Robię pełny makijaż, przebieram się w sukienki, spódniczki, damskie topy, zakładam szpilki lub kozaki oraz perukę – w pełni charakteryzuję się na dziewczynę. Robię to dosyć rzadko, jednak wywołuje to we mnie uczucie podniecenia. Nie czuję potrzeby wychodzić przebrany na miasto, robię to tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Gejem nie jestem, podobają mi się tylko i wyłącznie dziewczyny. O zmianie płci również nie ma mowy, ponieważ czuję się w 100% mężczyzną. Do tej pory nie wchodziłem w dłuższe, poważniejsze związki (najdłuższy trwał 2 miesiące). Nie zamierzam nikomu ujawniać się w przyszłości, jednak uważam, że druga połówka powinna wiedzieć o takich rzeczach. Bardzo boję się, czy znajdę przez to drugą połówkę, która zaakceptowałaby moje zachowania, czy jakakolwiek dziewczyna będzie w stanie to zaakceptować.
Nienawidzę śpiochów. Mało co mnie tak wkurza, jak ludzie zasypiający zbyt wcześnie i olewający towarzystwo. Zaczęło się to od mojej matki, która miała problem z alkoholem. Nie była typem ani agresywnego alkoholika, ani zaniedbującego. Ale codziennie wieczorem wypijała sobie ok. czterech piw i zasypiała ok. 18, a ja jako dziecko czułam się opuszczona i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W dodatku potwornie chrapała — do dzisiaj nienawidzę tego dźwięku tak, że odczuwam głęboki dyskomfort psychiczny, gdy to słyszę.
Później miałam „przyjaciela” (dlaczego w cudzysłowie to temat na osobną opowieść), który zapraszał mnie do siebie, a potem po dwóch godzinach zgonił i ja przez kolejne 10 nie miałam co ze sobą robić. Pytacie, dlaczego nie wyszłam? Mieszkał na przedmieściach i często zapraszał mnie do siebie, gdy było ok. 20, zasypiał o 22, a ja zwyczajnie bałam się iść sama po nocy 10 km do nocnego autobusu, który rzadko jeździł. On nie widział problemu w tym, że zaprasza kogoś do siebie, a potem zasypia po dwóch godzinach i zgoni przez kolejne 10-12 godzin zostawiając gościa samego.
To samo potrafił zrobić, jak byliśmy na Mazurach — jego rekord to 18 godzin spania i kompletna zlewka na zaproszone osoby. Raz miał mnie zawieźć do szpitala, czekałam cały dzień. Dlaczego tego nie zrobił? Bo spał. To samo było, jak miał mi pomóc zabrać rzeczy z mieszkania po mojej zmarłej mamie. Byliśmy umówieni, ale się nie pojawił. Dlaczego? PONIEWAŻ SPAŁ. I nie, nie miał narkolepsji, po prostu był uzależniony od marihuany i swój komfort stawiał ponad wszystkich innych.
Ostatnią kroplą był mój były współlokator. Chrapał tak, że ściany się trzęsły i słyszeli to chyba sąsiedzi trzy piętra w dół i w górę. Przeżyłabym to, gdyby spał jak normalny człowiek przez 7, 8 lub 9 godzin, ale on spał cały dzień. Wstaję — chrapanie, wychodzę do pracy — chrapanie, wracam — chrapanie, kładę się spać — to przeklęte chrapanie. Jak przez chwilę nie spał i usiłowało się z nim pogadać przez jakieś pół godziny, to zaraz mówił: „To ja się jeszcze położę na drzemeczkę”. Wywaliłam go już, ale wciąż nienawidzę słowa drzemka, a tym bardziej drzemeczka.
Nienawidzę takich egoistycznych śpiochów, którzy ponad wszystko i wszystkich przekładają własną niekończącą się kimę. Wiem, że sen jest ważny, ale jednak jak ma się dziecko, gościa albo zobowiązania, to można chyba chwilę wytrzymać bez tego snu. Ja też nie lubię wstawać rano do pracy, ale jednak jakoś to robię.
Nienawidzę śpiochów.
Przechodzę teraz bardzo trudny czas. W grudniu zeszłego roku straciłam pracę i do tej pory nic nie znalazłam. Byłam na kilku rozmowach, wysłałam i osobiście rozniosłam kilkadziesiąt CV i dalej nic. W domu z rodzicami też nie układa mi się najlepiej. W dodatku mój chłopak sprawił mi ogromną przykrość, z którą zupełnie nie umiem sobie poradzić. Przed tym, żeby wsiąść do swojego samochodu i uderzyć z dużą prędkością w jakieś drzewo powstrzymuje mnie tylko fakt, że jeśli nie zginę na miejscu, tylko będę np. niepełnosprawną, to moi rodzice będą mieli kolejny kłopot na głowie.
Znalazłam kiedyś psa. Szukałam mu domu przez dwa dni, bo u mnie nie mógł zostać. Niestety nie udało się, trafił do schroniska.
Śledzę jego życie na stronie schroniska i ciągle widzę, że nikt go nie chce zaadoptować. Mam wyrzuty sumienia, mimo że wiem, iż ja nie mogę go wziąć do siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie