#22b7e
Kiedy załatwiliśmy już wszelkie formalności, zaproponował mi, abym została jeszcze chwileczkę, bo tak dobrze nam się rozmawia. Po jakimś czasie mężczyzna powiedział mi, że widział mnie kilka razy na spacerze z psem oraz że bardzo mu się spodobałam, a on nie wiedział, jak zagadać, więc zarysował mi specjalnie auto, żeby mieć pretekst do spotkania.
Niestety jako mężatka nie mogłam się z nim znowu umówić, ale podziwiam za kreatywność! :D
#eyOyl
Nowa koleżanka, Karolina, przyszła do nas w sandałach. W zwykłych rzymiankach, krótkich spodenkach i zwykłym sweterku, kiedy to my byliśmy w trepach, polarach i przeciwdeszczówkach. Dodatkowo pod pachą niosła psa. Wiadomo, że do parku narodowego nie można wpuszczać psów, ale udało się jej przemycić czworonoga. Karolka nie przygotowała się na to, że w górach jest bardzo zmienna pogoda. Zaraz zaczął wiać wiatr. Koledzy pożyczyli jej jakieś polary, bo jej sweterek został przeznaczony dla psa, który również trząsł się z zimna. Nie obyło się bez pretensji, że polar za duży albo niewygodny. Te pretensje były na każdym kroku. A bo Bieszczady to zadupie, po co w ogóle się tu wybierała. Wiatr taki zimny, a ona myślała, że dzisiaj będzie ładna pogoda. A bo kamienie są, o które się potyka. No niesamowite, kamienie w górach! Trzeba było nieść wszystkie jej rzeczy, bo ledwo niosła tego psa. Przez jej kondycję wchodziliśmy trzy godziny na Tarnicę, gdzie normalny czas to półtorej godziny.
Następnego dnia Karolina nie mogła wstać z łóżka. Jej stopy były tak stłuczone, że nie mogła normalnie chodzić. Dodatkowo złapała jakieś przeziębienie. Kostki opuchnięte. Zapalenie pęcherza. Przynajmniej pies jakoś sobie poradził i był odważniejszy od pani. Oczywiście Ewka miała pretensje do nas, że tak urządziliśmy czas wolny jej przyjaciółce i że ostatni raz jedzie z nami na wyjazd.
A ja się pytam, czy zabiera się ameby w góry? NIE.
#y7fCx
Dla ciekawskich – chodzi o Petera z gry Your Boyfriend.
#L0zTq
Okazja natrafiła się w klasie maturalnej, jakiś tydzień czy dwa przed studniówką. Tego dnia akurat dwóch koleżanek Ewci nie było w szkole, więc bidulka nie miała z kim dokazywać na przerwach. Na jednej z tych przerw stoję sobie z boku i podchodzi do mnie Ewka. Rozgląda się i po cichu mówi „Ej, zerknij mi na tyłek, bo mam okres, zobacz, czy nie mam plamy”. Ja zdziwiona, że podeszła do mnie, ale w sumie koło innych dziewczyn z klasy stali chłopacy, może się wstydziła przy nich pytać. Patrzę — jest plama. W pierwszej chwili miałam jej mówić, ale z drugiej strony jak nie teraz, to nigdy taka okazja może się nie trafić... „Wszystko w porządku” odpowiedziałam, a ona zadowolona podziękowała i poszła do koleżanek i kolegów z klasy.
Po pewnym czasie któryś chłopak tę plamę zauważył i nie omieszkał tego głośno skomentować. Jej zmieszanie — bezcenne. Jak sprinter poleciała do łazienki w akompaniamencie śmiechów. Wróciła z bluzą przewiązaną w pasie (któraś koleżanka się zlitowała) i tak przesiedziała jedną lekcję, po czym zwolniła się z dwóch pozostałych lekcji i poszła do domu.
Czy miałam wyrzuty sumienia? Na początku tak, bo kobiety wiedzą, jak problematyczny może być okres, ale potem pomyślałam, że gdyby role się odwróciły, ona pierwsza śmiałaby się najgłośniej + te lata upokorzeń...
Niewiele ją ta lekcja nauczyła, ale było warto :)
#PleMm
Okazało się, że szef mimo wcześniejszej rozmowy, że mam mamę w szpitalu i potrzebuję urlopu, a wniosek zostawię jak zawsze na biurku, postanowił go nie podpisać, bo dowiedział się, że przechodzę do innego banku i bał się, że zabiorę mu klientów...
PS Czekam teraz na rozprawę w sądzie pracy, trzymajcie kciuki. I pamiętajcie, uważajcie na szefów, bo czasami najlepszy szef świata ma drugą twarz...
#eg3He
Wydając mnóstwo pieniędzy na diagnozy, prywatne badania, konsultacje, usłyszałam wiele opinii; mogę umrzeć w ciągu miesiąca, trzech miesięcy, roku bądź dziesięciu lat. Oczywiście najlepiej zacząć chemię i „walczyć”. Pytanie, co to za walka? Walka o jakie życie? Spędzając przynajmniej 2-3 miesiące w szpitalu, tracąc włosy, siłę i siebie nie mam pewności, że kiedykolwiek poczuję się tak jak teraz. Nie wiem, czy chemia nie dobije mnie szybciej w moim stanie.
Nie będę się leczyć, tak jak żyje, tak i umrę. Nie mam męża, dzieci; jestem sama i umrę sama. Z rodziny nikt nie wie o mojej chorobie, nie chcę słuchać o tym, że warto się leczyć, tracić siły i umierać, próbując walczyć o lepsze życie. Wolę umrzeć bez tej męki, która nigdy nie da mi gwarancji, że będę zdrowa.
#wbs5v
Tylko w podstawówce śmiano się ze mnie z tego powodu. Niby śmiałam się razem ze wszystkimi, ale smutek w sercu zostawał.
Na zielonej szkole, pod koniec chyba drugiej klasy, kiedy zostałam sama z głównym prowodyrem zaczepek (nazywał mnie Sumo), szczerze powiedziałam, że kiedy się ze mnie śmieje, jest mi przykro i chciałabym, by przestał. Zdziwił się, że robił mi przykrość, przeprosił i od tej chwili miałam spokój.
Nie do końca anonimowe, ale wiem, że pewnie jest tu kilka osób, którym rówieśnicy dokuczają. Spróbujcie pogadać, wyczuć moment, kiedy prowodyr będzie sam – nie będzie próbował nikomu zaimponować :)
#DGGpV
Chciałam podzielić się moją historią i tym, jak ja to widzę i jak boli mnie to podejście wielu ludzi, że „byłych swoich przyjaciółek się nie tyka”.
Liceum. Udało mi się zdobyć paczkę przyjaciółek. Częścią tej paczki była D. D miała chłopaka (X) i wkrótce wszystkie go poznałyśmy. Polubiłyśmy go i okazało się, że mam z nim dużo wspólnych tematów. Nasza znajomość opierała się na wymienianiu wiadomości na grupowym czacie, gdzie była też D oraz 5 innych osób. Byliśmy kolegami. Związek D trwał 2 lata i zaczął się psuć. D coraz częściej zaczynała mówić o zerwaniu z X, opowiadała nam o innych chłopakach i o tym, że chce z nimi być. Wszystkie odradzałyśmy D zerwanie i mówiłyśmy, że nie powinna flirtować z innymi, skoro ma chłopaka (miał na nią dobry wpływ, w przeciwieństwie do jej nowych amantów, którzy lubili używki). Mimo rozmów z D stało się nieuniknione i zostawiła X po dwóch latach związku dla chłopaka poznanego tydzień wcześniej. Kontakt z X nie urwał się ani mi, ani reszcie paczki. Znaliśmy go już ponad rok i był naszym przyjacielem, a nie tylko „chłopakiem D”. Po zerwaniu był załamany i potrzebował wsparcia. Rozmawialiśmy codziennie i z czasem po prostu się zakochałam. Na początku ignorowałam to, ponieważ „byłych chłopaków przyjaciółek się nie tyka”. D wiedziała, że utrzymuję z nim kontakt i wielokrotnie mówiła, że jeśli chciałabym się z nim umówić, to ona nie ma nic przeciwko. Sama na zmianę próbowała zeswatać go ze mną i z inną jego przyjaciółką, bo widocznie głupio jej było, że ona ma już drugiego chłopaka, a on dalej jest sam. No i stało się, zostaliśmy parą. Niestety D zaczęła się zachowywać, jakbym odbiła jej chłopaka. Na zmianę wyzywała mnie i przestawała się odzywać. Czułam się winna i chciałam przeprosić D, naprawić nasze relacje, ale to było niemożliwe. D traktowała mnie jak zdrajcę, nakładała zakazy typu, że nie wolno mi o nim wspominać, nie wolno mi go przyprowadzać do miasta, nie wolno mi się z nim nigdzie pokazywać. Wpadła w szał, gdy wstawiłam nasze wspólne zdjęcie na portal społecznościowy. Przy swoim nowym chłopaku potrafiła zadzwonić do mnie i nakrzyczeć za spotkanie się z X. Potem D odeszła z naszej paczki.
Najgorsze w tym jest to, że ludzie (nawet moja rodzina) gdy dowiadują się, jak poznałam X, zachowują się, jakbym faktycznie go odbiła. Jakby nawet po zerwaniu dalej był tylko „byłym chłopakiem D”, a nie indywidualną osobą, która ma charakter i uczucia. Zachowanie D jest traktowane jako norma, a moje jak kradzież i wbicie noża w plecy.
Nie rozumiem, co złego jest w zakochaniu się w wolnej osobie.
#K7xtJ
Do rzeczy...
Jadę sobie podmiejskim do mojej wioski, trasa dość długa i sporo ludzi w autobusie. Wtem na pewnym przystanku wsiada matka z dzieckiem w nosidełku. Oczywiście musiała zająć miejsce tuż obok mnie. Po kilku minutach jazdy dzieciak zaczyna płakać. Normalna matka, wiedząc, że będzie musiała jechać ponad godzinę w autobusie z małym dzieckiem, przygotowałaby jedzenie dla niego w butelce, żeby nie musieć eksponować swojego bufetu tłumowi ludzi. No ale nie nasza bohaterka! Więc wyciąga obie (?) piersi na wierzch i przystępuje do karmienia potomstwa. Zapach mleka unosi się w powietrzu i sprawia, że mój żołądek nakurwia salta wraz z dwunastnicą. Ludzie zniesmaczeni zwracają uwagę, jakaś pani oferuje swoją chustę w celu osłonięcia siebie i dziecięcia. A gdzie tam! Urażona Matka Polka rzuca kilka obelg i skupia się na dziecku. W końcu dzieciaczek najedzony, pani chowa jadłodajnię i przystępuje do oklepywania. Nieszczęśliwie, maleństwu się ulewa. Na moją bluzkę... Zapach mlecznych rzygowin daje sygnał fryteczkom z maka do opuszczenia żołądka. Fryteczki lądują szczęśliwie na kolanach niezbyt zadowolonej matki, która odstawia dziecko na bok i zaczyna mnie napieprzać torebką. Wszyscy widzowie w śmiech, a ja uciekam przez cały autobus, by wyjść na najbliższym przystanku.
Nigdy nie było mi tak wstyd...